Doncić zobaczył, jak grają Polacy! Kosmiczny mecz ze Słowenią

Piotr Wesołowicz
To nie sen! My znów to zrobiliśmy! Reprezentacja Polski na oczach koszykarskiego świata pokonała Słowenię na otwarcie katowickich mistrzostw Europy 105:95. To nie pobożne życzenia, a fakty: staliśmy się koszmarem dla Luki Doncicia, jednego z najlepszych koszykarzy globu.
Mecz Polska - Słowenia
screen TVP

Trudno objąć rozumem to, co się stało w czwartek wieczorem w katowickim Spodku. Żeby się upewnić, iż nie jest to tylko sen, trzeba było spojrzeć na tablice wyników. Ale tam uparcie, na czerwono, widniał wynik – 105:95 dla nas!  

Zobacz wideo Gortat o ciężkich meczach w NBA: Wracałeś do domu, wypijałeś maluszka i szedłeś spać

Znów, znów to zrobiliśmy! Bo przecież w 2022 r. sprawiliśmy największą sensację EuroBasketu, wygrywając ze Słowenią, obrońcą trofeum, w ćwierćfinale 90:87 i awansując do najlepszej czwórki. Dzisiaj ten mecz polscy kibice koszykówki nazywają "koszykarskim Wembley", wywołuje on u nich łzy wzruszenia.

Znów jesteśmy lepsi od Słowenii i Luki Doncicia!

Gdy spytaliśmy przed meczem Lukę Doncicia, czy wraca pamięcią do tamtego starcia, odpowiedział chłodno: – W ogóle. Ani trochę. Ale czuć było, że gwiazdor Lakers pamięta tamto starcie aż za dobrze. No i będzie chciał wziąć srogi rewanż.  

Ale po raz kolejny to Polacy okazali się górą! Znów pokazaliśmy coś w rodzaju sportowego geniuszu. I to przed własną publicznością, na oczach ponad 10 tysięcy kibiców w katowickim Spodku, w momencie, kiedy nikt się takiego triumfu nie spodziewał. W końcu bez Jeremy'ego Sochana miała być stypa. Ale było wielkie święto. Znów pojawiła się wielka radość, znów były tańce i śpiewy, znów było szaleństwo! 

A jak to wyglądało w trakcie gry? Po pierwszej kwarcie prowadziliśmy 29:25. Zakończyliśmy ją celną dwójką równo z syreną Kamila Łączyńskiego. To było podsumowanie kapitalnych dziesięciu minut polskiej kadry, podczas których brylowali Mateusz Ponitka i Jordan Loyd.

Nasz kapitan zaczął od dwóch celnych trójek. A chwilę później zaliczył jeszcze znakomite wejście pod kosz. Widać było, że znowu – jak przed trzema laty podczas EuroBasketu 2022 – jest na misji. Rozgrywał, asystował, zbierał. I trafiał, kiedy inni dopiero rozpoznawali rywala, oswajali się z meczem.

Świetną pracę wykonał też Loyd. 32-letni Amerykanin, który dopiero niedawno dostał polski paszport, jest znakomitym strzelcem. I znowu to udowodnił. W pierwszych dziesięciu minutach trafił dwukrotnie za trzy, był pewnym punktem zespołu.

Ponitka i Loyd szaleli w ataku, ale co ważne w defensywie mrówczą robotę wykonywał Michał Sokołowski.

Tak – ten sam Sokołowski, który trzy lata temu wybił Donciciowi z głowy awans do półfinału mistrzostw Europy, teraz również okazał się jego największym koszmarem. "Sokół" obrzydzał życie gwieździe Lakers, biegał za nim krok w krok, przeszkadzał, za wszelką cenę chciał wyprowadzić go z równowagi. 

Dzięki dobrej, cierpliwej grze w ataku, oraz ograniczeniu Doncicia, do przerwy prowadziliśmy 47:46. Minimalnie, ale byliśmy na fali, w powietrzu wisiało coś, co trudno wyrazić słowami. Coś, co czuliśmy przed trzema laty w Berlinie – że bez względu na wszystko my ten mecz wygramy.

"Sokół" wszedł Luce do głowy. A ten oszalał z nerwów

Wracając do Sokołowskiego: jego krucjata przeciwko Donciciowi trwała także w trzeciej kwarcie. Ale to przynosiło efekt! Przy prowadzeniu 57:49 sfrustrowany Doncić otrzymał faul techniczny za dyskusje, a tuż potem przewinienie techniczne za zbyt ekspresyjne reakcje otrzymała ławka rezerwowych Słoweńców.

Czuć było frustrację rywali, ale... w to nam graj! My płynęliśmy na fali. W trzeciej kwarcie wskoczył na nią Andrzej Pluta. Gracz, który na co dzień występuje w Legii, a Doncicia do tej pory oglądał tylko w telewizji, wziął na siebie ciężar zdobywania punktów.

Choć to nie oddaje tego, co na parkiecie robił Pluta. On bezczelnie trafiał – bez względu na pozycję, na rywala, na moment akcji. Trzy trójki, w tym jedna na zamknięcie kwarty – to był wymarzony finisz tej części! Prowadziliśmy 80:69. I czekała nas wojna nerwów w ostatnie 10 minut gry.

— Z przedmeczowego skautingu wynika, że 70 proc. gry Słoweńców to Luka, 20 proc. to Klemen Prepelić, a pozostałe dziesięć cała reszta – mówił nam tuż przed tym spotkaniem rozgrywający reprezentacji Polski Kamil Łączyński. 

Wojna nerwów na korzyść Polaków!

To było jasne. Wszystkie oczy zwrócone były właśnie na Lukę. O tym, że cały koszykarski świat patrzył tego wieczoru na Spodek, niech świadczy fakt, iż do Katowic przyjechali Jeanie Buss i Rob Pelinka. Buss do niedawna była właścicielką Los Angeles Lakers, Pelinka to zaś generalny menedżer zespołu, jedna z najważniejszych postaci w świecie NBA. 

Oboje przyjechali oczywiście zobaczyć w akcji Doncicia, wielką gwiazdę Lakers. Ale miny mieli nietęgie. I nie ma się czemu dziwić. Luka Doncić oczywiście szalał w ataku, w sumie zdobył 34 punkty, ale tak jak w 2022 r. stracił nerwy. Denerwował się, machał rękoma, dyskutował z arbitrami. 

A my tę wojnę nerwów wygraliśmy! Choć łatwo nie było. Przełomowy moment nastąpił niecałe cztery minuty przed końcem. Spod kosza z faulem trafił Aleksander Balcerowski, i choć Słoweńcy odpowiedzieli trójką, to za chwilę za trzy trafił też Ponitka, a Loyd dorzucił dwa "oczka" z półdystansu. A kiedy na finiszu Amerykanin — "polski Jordan"! — trafił z dystansu, było jasne, że tego nie oddamy!

Guess who's back?

"Guess who's back?" — wybrzmiało z głośników. A Słoweńcy, którzy wzięli przerwę na żądanie, doskonale wiedzieli, że to powrócił ich największy koszmar — koszykarska reprezentacja Polski. Ponitka, Sokołowski i spółka. 

Dla Polski był to pierwszy mecz turnieju. Kolejny już w sobotę z Izraelem. I będzie to spotkanie podwyższonego ryzyka — o czym pisaliśmy w Sport.pl. W kolejnych dniach Biało-Czerwoni zmierzą się z Islandią, Francją i Belgią. 

Piotr Wesołowicz
Więcej o: