Trudno objąć rozumem to, co się stało w czwartek wieczorem w katowickim Spodku. Żeby się upewnić, iż nie jest to tylko sen, trzeba było spojrzeć na tablice wyników. Ale tam uparcie, na czerwono, widniał wynik – 105:95 dla nas!
Znów, znów to zrobiliśmy! Bo przecież w 2022 r. sprawiliśmy największą sensację EuroBasketu, wygrywając ze Słowenią, obrońcą trofeum, w ćwierćfinale 90:87 i awansując do najlepszej czwórki. Dzisiaj ten mecz polscy kibice koszykówki nazywają "koszykarskim Wembley", wywołuje on u nich łzy wzruszenia.
Gdy spytaliśmy przed meczem Lukę Doncicia, czy wraca pamięcią do tamtego starcia, odpowiedział chłodno: – W ogóle. Ani trochę. Ale czuć było, że gwiazdor Lakers pamięta tamto starcie aż za dobrze. No i będzie chciał wziąć srogi rewanż.
Ale po raz kolejny to Polacy okazali się górą! Znów pokazaliśmy coś w rodzaju sportowego geniuszu. I to przed własną publicznością, na oczach ponad 10 tysięcy kibiców w katowickim Spodku, w momencie, kiedy nikt się takiego triumfu nie spodziewał. W końcu bez Jeremy'ego Sochana miała być stypa. Ale było wielkie święto. Znów pojawiła się wielka radość, znów były tańce i śpiewy, znów było szaleństwo!
A jak to wyglądało w trakcie gry? Po pierwszej kwarcie prowadziliśmy 29:25. Zakończyliśmy ją celną dwójką równo z syreną Kamila Łączyńskiego. To było podsumowanie kapitalnych dziesięciu minut polskiej kadry, podczas których brylowali Mateusz Ponitka i Jordan Loyd.
Nasz kapitan zaczął od dwóch celnych trójek. A chwilę później zaliczył jeszcze znakomite wejście pod kosz. Widać było, że znowu – jak przed trzema laty podczas EuroBasketu 2022 – jest na misji. Rozgrywał, asystował, zbierał. I trafiał, kiedy inni dopiero rozpoznawali rywala, oswajali się z meczem.
Świetną pracę wykonał też Loyd. 32-letni Amerykanin, który dopiero niedawno dostał polski paszport, jest znakomitym strzelcem. I znowu to udowodnił. W pierwszych dziesięciu minutach trafił dwukrotnie za trzy, był pewnym punktem zespołu.
Ponitka i Loyd szaleli w ataku, ale co ważne w defensywie mrówczą robotę wykonywał Michał Sokołowski.
Tak – ten sam Sokołowski, który trzy lata temu wybił Donciciowi z głowy awans do półfinału mistrzostw Europy, teraz również okazał się jego największym koszmarem. "Sokół" obrzydzał życie gwieździe Lakers, biegał za nim krok w krok, przeszkadzał, za wszelką cenę chciał wyprowadzić go z równowagi.
Dzięki dobrej, cierpliwej grze w ataku, oraz ograniczeniu Doncicia, do przerwy prowadziliśmy 47:46. Minimalnie, ale byliśmy na fali, w powietrzu wisiało coś, co trudno wyrazić słowami. Coś, co czuliśmy przed trzema laty w Berlinie – że bez względu na wszystko my ten mecz wygramy.
Wracając do Sokołowskiego: jego krucjata przeciwko Donciciowi trwała także w trzeciej kwarcie. Ale to przynosiło efekt! Przy prowadzeniu 57:49 sfrustrowany Doncić otrzymał faul techniczny za dyskusje, a tuż potem przewinienie techniczne za zbyt ekspresyjne reakcje otrzymała ławka rezerwowych Słoweńców.
Czuć było frustrację rywali, ale... w to nam graj! My płynęliśmy na fali. W trzeciej kwarcie wskoczył na nią Andrzej Pluta. Gracz, który na co dzień występuje w Legii, a Doncicia do tej pory oglądał tylko w telewizji, wziął na siebie ciężar zdobywania punktów.
Choć to nie oddaje tego, co na parkiecie robił Pluta. On bezczelnie trafiał – bez względu na pozycję, na rywala, na moment akcji. Trzy trójki, w tym jedna na zamknięcie kwarty – to był wymarzony finisz tej części! Prowadziliśmy 80:69. I czekała nas wojna nerwów w ostatnie 10 minut gry.
— Z przedmeczowego skautingu wynika, że 70 proc. gry Słoweńców to Luka, 20 proc. to Klemen Prepelić, a pozostałe dziesięć cała reszta – mówił nam tuż przed tym spotkaniem rozgrywający reprezentacji Polski Kamil Łączyński.
To było jasne. Wszystkie oczy zwrócone były właśnie na Lukę. O tym, że cały koszykarski świat patrzył tego wieczoru na Spodek, niech świadczy fakt, iż do Katowic przyjechali Jeanie Buss i Rob Pelinka. Buss do niedawna była właścicielką Los Angeles Lakers, Pelinka to zaś generalny menedżer zespołu, jedna z najważniejszych postaci w świecie NBA.
Oboje przyjechali oczywiście zobaczyć w akcji Doncicia, wielką gwiazdę Lakers. Ale miny mieli nietęgie. I nie ma się czemu dziwić. Luka Doncić oczywiście szalał w ataku, w sumie zdobył 34 punkty, ale tak jak w 2022 r. stracił nerwy. Denerwował się, machał rękoma, dyskutował z arbitrami.
A my tę wojnę nerwów wygraliśmy! Choć łatwo nie było. Przełomowy moment nastąpił niecałe cztery minuty przed końcem. Spod kosza z faulem trafił Aleksander Balcerowski, i choć Słoweńcy odpowiedzieli trójką, to za chwilę za trzy trafił też Ponitka, a Loyd dorzucił dwa "oczka" z półdystansu. A kiedy na finiszu Amerykanin — "polski Jordan"! — trafił z dystansu, było jasne, że tego nie oddamy!
"Guess who's back?" — wybrzmiało z głośników. A Słoweńcy, którzy wzięli przerwę na żądanie, doskonale wiedzieli, że to powrócił ich największy koszmar — koszykarska reprezentacja Polski. Ponitka, Sokołowski i spółka.
Dla Polski był to pierwszy mecz turnieju. Kolejny już w sobotę z Izraelem. I będzie to spotkanie podwyższonego ryzyka — o czym pisaliśmy w Sport.pl. W kolejnych dniach Biało-Czerwoni zmierzą się z Islandią, Francją i Belgią.