- Odkąd się urodziłem, tata był na wózku, nie pamiętam i nie znam go innego. Nigdy nie postrzegałem go jako osobę z niepełnosprawnością. Będąc dzieckiem, nie myślałem w ten sposób, bo aktualny stan rzeczy to zawsze była nasza normalność. Nie poddał się nigdy, dlatego jest moim mentorem. Kimś, kogo zawsze się słucham i u kogo szukam rad - mówi Aleksander Balcerowski, środkowy reprezentacji Polski i koszykarz klubu Unicaja Malaga.
Aleksander Balcerowski to jeden z najbardziej wyrazistych koszykarzy reprezentacji Polski. Spośród pierwszoplanowych graczy jest najmłodszy – w listopadzie skończy 25 lat. Jest też najwyższy – mierzy 216 cm wzrostu. Jego tatuaży nie zliczyliśmy, ale pod tym względem też się zdecydowanie wyróżnia.
To on pierwszy wbiega na parkiet, wykonując charakterystyczny gest lecącego ptaka. To on intonuje okrzyk: "Dumna Polska!". To on okazuje w trakcie meczu najwięcej emocji – cieszy się po udanych wsadach, krzyczy ze złości po nieudanych rzutach, grymasi po decyzjach sędziów, spiera się z kolegami z zespołu.
A przy okazji Balcerowski jest też najbardziej utytułowanym polskim koszykarzem. Ucałował trzy najważniejsze trofea w europejskim baskecie: z Panathinaikosem Ateny wygrał Euroligę, z Gran Canarią – Eurocup, a z Unicają – Ligę Mistrzów. A w Lidze Letniej NBA występował w koszulce Boston Celtics, czyli najbardziej utytułowanego klubu tej ligi.
Balcerowski, którego selekcjoner Igor Milicić nazwał kiedyś "potworem polskiej koszykówki", był też bohaterem najdziwniejszego koszykarskiego wywiadu przed kamerami w ostatnich latach. W sierpniu 2023 r., po zwycięstwie z Bośnią i Hercegowiną w prekwalifikacjach do igrzysk, tak odniósł się do akcji, w której próbował władować piłkę do kosza nad skaczącym do bloku Jusufem Nurkiciem, graczem NBA: – Pomyślałem: "Ku***, dobrze, że mu tego nie zaj***łem, bo bym mu skończył karierę. Przepraszam za przekleństwa, ale dużo emocji jest we mnie".
Pamela Wrona: Tamten wywiad dla TVP Sport zakończyłeś hasłem „Je*** hejterów!". Doświadczyłeś kiedyś hejtu?
Aleksander Balcerowski: – Ta sytuacja miała miejsce podczas meczu, któremu towarzyszyło naprawdę wiele emocji. Miałem upadek, który na szczęście nie był poważny, natomiast na wywiad poszedłem, będąc na środkach przeciwbólowych. Szczerze? Pod wpływem emocji niezupełnie wiedziałem, co mówię. Ale odpowiadając na pytanie: tak, doświadczyłem.
Zdaje się, że niemal każdy sportowiec boryka się z hejtem – mniejszym bądź większym. Tam, gdzie są sukcesy, porażki lub rywalizacja, zawsze znajdą się osoby, które albo będą cię wspierać, albo będą cię krytykować. W sporcie jest to "normalne".
Spotkałem się z ogromną falą krytyki przed ostatnim EuroBasketem. Jakoś sobie z tym poradziłem. Miałem duże wsparcie Mateusza Ponitki, który pokazał mi, jak powinienem się z tym mierzyć. Teraz już nie patrzę na to, co mówią inni. Nie muszę nikomu niczego udowadniać. Wszystko robię dla siebie, dla drużyny i dla rodziny, a nie dla kogoś, kto nie ma o niczym pojęcia – albo sądzi, że ma, ale nie był w mojej skórze lub moich kolegów i nie wie, jak to jest. To jest coś, czego się trzymam.
W trakcie tamtej rozmowy powiedziałeś też: "Dużo emocji jest we mnie". I to prawda – obserwując cię na boisku, widać, że czasem kipisz nimi. Skąd one się biorą?
– Mam wrażliwą osobowość. Borykam się z tym, że niekiedy nie kontroluję swoich emocji. Sporo pracuję nad tym, by we mnie zostawały, ale jestem zbyt ekspresyjny. Taki jestem. Wolałbym trzymać je w sobie, ale czasami po prostu nie jest to możliwe.
Te emocje bardziej pomagają czy przeszkadzają? Momentami widać u ciebie wielką radość, momentami – dużą frustrację.
– Zależy od osoby i od zawodnika. Niektórym pomagają, zaś niektórych mogą pozbawić koncentracji podczas meczu i zamknąć im oczy. U mnie jest różnie – zwłaszcza te dobre emocje mogą pomóc. Ze złymi jest tak, że czasami pomogą, albo szkodzą. Dostrzegam u siebie progres. To ważne, by nad tym pracować, bo te negatywne emocje powinno się przekształcać w coś pozytywnego i dobrą energię. Jeśli tak nie jest, trzeba szybko zejść na ziemię, otrząsnąć się, skoncentrować i ujarzmić swoje emocje.
Masz dopiero 24 lata, ale w profesjonalnej koszykówce jesteś już od niemal dekady. Jak zmieniałeś się przez te lata – jako zawodnik, ale przede wszystkim jako człowiek?
– Moją pierwszą myślą jest: chodzi o doświadczenie, które nabywałem z roku na rok. O poznawanie samego siebie. Największy udział w tym procesie miała dojrzałość koszykarska, na parkiecie i poza nim.
Gdy zaczynałem swoją przygodę z koszykówką, byłem młodym grzdylem. Z każdym sezonem kształtowały się moje preferencje, zmieniało się moje podejście do życia i koszykówki. Odkrywałem, jakim jestem graczem. To wszystko przychodzi z czasem. Na początku nie podchodziłem do tego w ten sposób, ale potem miałem poczucie, że dojrzewam, biorę koszykówkę coraz bardziej na poważnie – i tak samo życie.
Sądzę, że za kilka kolejnych lat będę jeszcze innym człowiekiem.
Kiedy poczułeś, że to ty robisz różnicę, a nie twój wzrost?
– Prawdę mówiąc, jeszcze tego nie dostrzegłem. Wciąż jestem na etapie odkrywania samego siebie i tego, jakim graczem jestem, w zależności od tego, co dana drużyna – klub lub kadra – ode mnie oczekuje. To wszystko przychodzi z czasem.
Już, bądź dopiero, mam 24 lata i jeszcze nie wiem, jakim będę koszykarzem za kilka lat. Mam świadomość, że głowa jeszcze dojrzeje, przyjdzie większe doświadczenie.
Powoli dociera do mnie to, że nie tylko gra się wzrostem i chyba mam talent do koszykówki. Natomiast staram się jeszcze bawić sportem i poznawać siebie.
Od lat mieszkasz i grasz za granicą. Czego nauczyło cię życie z dala od Polski – o sobie samym, o relacjach, o dorosłości?
– Wychowałem się w Hiszpanii, bo właśnie tu spędziłem swoje młodzieńcze lata i byłem najdłużej. Hiszpanie mają inną mentalność, inną kulturę, i z tym dorastałem. Byłem z dala od rodziny i dużo sam ze sobą.
Z pewnością ukształtowało mnie to, że w tak młodym wieku mogłem poznać inną kulturę i to właśnie w Hiszpanii uczyć się dorosłości. Wydaje mi się, że mam bardziej hiszpańskie podejście do życia. Myślę, że dzięki temu jestem dziś takim człowiekiem, jakim jestem.
Zatem, jak żyje ci się dziś w Maladze?
– Tak jak powiedziałem, Hiszpanię znam od lat. Nawet jeśli wcześniej mieszkałem na Wyspach Kanaryjskich, a teraz na kontynencie, nie ma to znaczenia. Znam tę kulturę, mentalność i język. Odnajduję się tam idealnie. Niczego mi nie brakuje.
Co dziś daje ci poczucie domu?
– Dom to ludzie, czyli moja rodzina. Najbliższe otoczenie, które o mnie dba i które daje mi siłę. Im jestem starszy, tym mocniej doceniam i coraz wyżej stawiam w hierarchii wszystkie elementy rodzinnej integracji. Dom daje mi spokój.
Jeremy Sochan przyznał w podcaście Piotra Wesołowicza, że razem z Andrzejem Plutą jesteście blisko. Będąc sportowcem, trudno jest utrzymywać relacje, trzeba nieustannie się dostosowywać i niekiedy wiele poświęcać. Jak to u ciebie wygląda?
– W nasz zawód wpisana jest częsta zmiana otoczenia i konieczność nawiązywania nowych relacji, dostosowywanie się do nowych miejsc i okoliczności. Mam jednak grono znajomych i przyjaciół, z którymi cały czas trzymam się niezależnie od tego, gdzie jestem.
Jeśli mowa o Andrzeju i Jeremym, to jesteśmy w kontakcie i gdy tylko mamy okazję, to się zgadujemy. Natomiast w relacjach nie chodzi o to, by rozmawiać ze sobą codziennie. Najważniejsze jest to, że gdy w końcu się z kimś zobaczysz, to nie trzeba nawet zbyt wiele mówić, bo czujesz, że ktoś za tobą tęsknił i mimo upływu czasu o tobie nie zapomina i nic się nie zmienia.
Gdy przyjeżdżamy na zgrupowania, to wygląda to tak, jakbyśmy widzieli się wczoraj. Nie musimy być ze sobą w stałym kontakcie, by się rozumieć. I to jest świetne. A druga sprawa: na zgrupowaniach wykonujemy swoją pracę, mamy wspólny cel. To też nas jednoczy.
Jak ważne jest dla sportowca wsparcie rodziny? Jaki rodzice mieli udział w tym, że jesteś dziś w tym miejscu i właśnie takim człowiekiem, z własną tożsamością?
– To wszystko zależy od człowieka i sytuacji. W moim przypadku rodzice odegrali dużą rolę w mojej dotychczasowej karierze. To oni zabrali mnie na pierwsze treningi, zawozili mnie, a potem czekali. Gdyby nie oni, moja przygoda z koszykówką mogłaby wyglądać inaczej.
Jeśli nie czułbym wsparcia, nie widział ich zaangażowania, może nie zakochałbym się w koszykówce? Moja rodzina zawsze mnie wspierała. Mamy stały kontakt i mogę zawsze na niej polegać.
Twój tata, Marcin Balcerowski, to inspirująca postać: koszykarz i trener, a jednocześnie osoba z niepełnosprawnością. Jak jego doświadczenie ukształtowało twoje podejście do życia? Jaką najważniejszą lekcję od niego wyniosłeś?
– Odkąd się urodziłem, tata był na wózku inwalidzkim, zatem nie pamiętam i nie znam go innego. Nigdy nie postrzegałem go jako osoby z niepełnosprawnością. Będąc dzieckiem, nie myślałem w ten sposób, że jest inny, bo aktualny stan rzeczy to zawsze była nasza normalność. Nie zdawałem sobie sprawy, że coś mu jest. Dopiero później uświadomiłem sobie, jakie musi w życiu pokonywać przeszkody, co przez wypadek poświęcił.
Nie poddał się jednak nigdy, dlatego w moim życiu jest inspirującą postacią. Jest moim mentorem. Kimś, kogo zawsze się słucham i u kogo szukam rad. Najważniejszą lekcją jest to, by nigdy się nie poddawać. Z każdej sytuacji zawsze jest jakieś wyjście, nawet jeśli po drodze napotykasz różne przeszkody.
Czy pamiętasz chwilę, w której uświadomiłeś sobie, że twoja rodzina jest inna i wyjątkowa – ale nie w słabości, tylko w sile?
– Uświadamiam to sobie cały czas. Zawsze w życiu zdarzają się sytuacje, które są trudne. Nawet po wypadku jako rodzina musieliśmy się z czymś mierzyć. Wciąż są momenty, w których widzę, że jesteśmy "specjalną" rodziną, ale w dobrym tego słowa znaczeniu.
To, co łączy cię jeszcze z Jeremym, to fakt, że obaj mieszkacie bardzo blisko rodziny. Ty, mimo wielu przeprowadzek, zawsze masz obok siebie rodziców i rodzeństwo. To ważne, żeby mieć taki punkt odniesienia?
– Tak. Niektórym taka relacja może pomóc i ułatwić skupienie się tylko na koszykówce, albo w drugą stronę. To bardzo personalne. W mojej sytuacji jest to coś, co jest nieocenione. Dzięki temu zaczynam zauważać, że koszykówka to nie wszystko, życie się na niej nie kończy, i kiedyś się skończy. Rodzina, bliskie osoby i relacje z ludźmi są najważniejsze. Jest ze mną myśl, że rodziców kiedyś zabraknie, dlatego staram się doceniać i wykorzystywać czas, który mogę z nimi spędzać.
Jak zaczęła się twoja współpraca z psychologiem sportu i jak ważna jest sfera mentalna w życiu – zwłaszcza młodego – sportowca?
– Będąc w Maladze, w połowie sezonu rozpocząłem współpracę z nowym, hiszpańskim psychologiem sportu. Mamy codzienny kontakt, w każdym tygodniu przeprowadzamy sesje.
Nie każdy tego potrzebuje. Natomiast jeśli jest się osobą szczególnie emocjonalną, taką jak ja, to jest to coś, co może dużo zmienić. Mam potrzebę, by z kimś rozmawiać, przepracowywać pewne rzeczy. Głowa u sportowca jest bardzo istotna. Dlatego nad tym pracuję, poświęcam temu uwagę i czuję, że daje mi to dodatkową siłę. Nie wstydzę się tego, a co więcej: jeśli ktoś czuje w środku, że to mogłoby mu pomóc, zachęcam bardzo mocno.
Coraz więcej mówi się o odporności psychicznej sportowców, ale rzadziej o ich wrażliwości. Czy sądzisz, że to właśnie ona – ta "cicha siła" – pomagała przetrwać różne momenty?
– Każdy jest inny. Każdy musi odnaleźć swoją drogę. Nie chcę nikogo do niczego przekonywać. Nic na siłę. Mnie psycholog bardzo pomaga, czuję, że jest to dla mnie wartościowe. Zachęcam, jeśli ktoś wewnątrz siebie do tego dojrzał, ale jeszcze nie podjął decyzji. Ale nic ponadto.
W krótkim czasie w europejskiej koszykówce wygrałeś niemal wszystko. Czy rola rezerwowego, którą otrzymałeś, dawała ci pełną satysfakcję? Czy jesteś cały czas głodny sukcesów?
– Myślę, że cały czas jestem głodny, ale nie tylko sukcesów. Po prostu: gry w koszykówkę na najwyższym poziomie i bycia konsekwentnym w tym, co robię.
Wszystkie trofea to niesamowite i budujące doświadczenia, ale bardziej zależy mi na tym, aby być konsekwentnym – w minutach, grze, moich występach, stabilności. Jest to obecnie moja największa motywacja i coś, do czego dążę.
Wspomniałeś, że masz emocjonalną osobowość. Można odnieść wrażenie, że masz wobec siebie wysokie oczekiwania i ukrytego wewnętrznego krytyka.
– Tak, to prawda. Ale chyba większość sportowców chce zawsze być najlepsza. W końcu wszyscy jesteśmy trochę narcyzami. Dlatego właśnie w naszym przypadku ta poprzeczka jest często zawieszona zbyt wysoko. Takie osoby stawiają sobie bardzo wysokie wymagania. Niestety gdy coś nie pójdzie po naszej myśli, możemy się bardzo dołować.
Praca z psychologiem sportu pomogła mi radzić sobie z wewnętrznymi wysokimi oczekiwaniami wobec siebie. Owszem, można stawiać sobie wysoko poprzeczkę. Duże ego nie jest wcale złe. Ale ważne jest, by się samemu nie biczować.
Nie być dla siebie zbyt surowym.
– Zgadza się.
A kiedy robi to trener? Ostatnio miałeś doświadczenia z trenerami, którzy nie znoszą nieposłuszeństwa, są wymagający i surowi, czyli z Erginem Atamanem i Ibonem Navarro. Wolisz trenera, który jest – w dużym skrócie – katem czy przyjacielem?
– Jestem typem zawodnika, który woli trenerów, którzy są wyrozumiali i kierują się empatią. Takich, którzy mają twardą rękę i są wymagający, ale potrafią się ze mną utożsamić i wiedzą, na co mnie stać, oraz dają mi szansę.
Zależy, w jakim momencie kariery się jest, jakie ma się doświadczenia i status w zespole. Wszystko zależy od miejsca i czasu. Przede mną na pewno jeszcze wielu trenerów. Dalej będę próbował znaleźć tego gracza, który we mnie jest. Szukam swoich najmocniejszych stron, cały czas się uczę i chcę się rozwijać. Być może za kilka lat będę potrzebował kogoś, kto będzie surowszy?
Skoro wygrałeś już wszystko, co się da w tak młodym wieku, jak chcesz wykonać ten ważny krok ku rozwojowi sportowemu?
– Wygrać to wszystko jeszcze raz, ale… mieć w tym większy udział.
Gdybyś mógł cofnąć się do momentu, w którym wyjeżdżałeś z Polski i zaczynałeś nowy rozdział, to co byś sobie wtedy powiedział, mając tę perspektywę i doświadczenie co dziś?
– Powiedziałbym sobie: będą dobre chwile. Ale też nie zabraknie tych gorszych. Nie przejmuj się. Rób swoje. Wszystko przyjdzie w swoim czasie. Odetnij się od głosów, które ci nie służą i pochodzą od osób, których nie ma nawet w twoim życiu, a mają najwięcej do powiedzenia. Skup się tylko na tym, co ma znaczenie.
Czy masz w sobie poczucie, by coś zostawić po sobie, nie tylko w statystykach, ale w ludziach, którzy cię obserwują?
– Chciałbym, żeby niektórzy kibice w Polsce zaczęli postrzegać nie tylko mnie, ale i pozostałych członków reprezentacji jako ludzi, którzy walczą, osiągają sukcesy. Mam nadzieję, że uda nam się to pokazać i udowodnić podczas tegorocznego EuroBasketu.
Co dziś daje ci prawdziwe poczucie szczęścia – niezależnie od parkietu, wyników, tytułów?
– Rodzina. Koszykówka jest i będzie tu czy tam. Ale rodzinę ma się tylko jedną. To coś, co trzeba pielęgnować. Z czasem zrozumiałem, że nie wszystko opiera się na koszykówce. Są też rzeczy po prostu ważniejsze.
Przed Wami najnowszy Magazyn.Sport.pl! Polscy koszykarze zagrają w Katowicach o mistrzostwo Europy. Korespondenci Sport.pl czuwają, a już teraz mamy oryginalny starter pack kibica basketu. Ekskluzywne wywiady, odważne felietony i opinie przeczytasz >> TU