"Szeryf" apeluje do Polaków. "To trzeba reklamować. Każdy powinien to wiedzieć"

Łukasz Cegliński
- Powiem, czego mi u was zabrakło: zrobiliście świetny wynik na mistrzostwach Europy, zajęliście czwarte miejsce. Wygraliście ze Słowenią, to był ogromny sukces. Koszykarze i trenerzy zrobili wielki wynik. Ale czy on się odbił na popularności dyscypliny, czy nagle pojawiło się mnóstwo dzieciaków chcących trenować koszykówkę? - pyta Tomas Pacesas, były gwiazdor ekstraklasy koszykarzy, z którym o polskim, ale i litewskim baskecie rozmawiamy przed czwartkowym meczem Litwa - Polska.

Tomas Pacesas to jeden z najbardziej utytułowanych koszykarzy w historii polskiej ekstraklasy. Grał w niej w Legii Warszawa, Śląsku Wrocław i Anwilu Włocławek, a najdłużej w Prokomie Treflu Sopot. Wywalczył w tych klubach sześć złotych medali mistrzostw Polski jako zawodnik, a cztery kolejne jako trener Prokomu, z którym w 2010 roku awansował do ćwierćfinału Euroligi. 53-letnie obecnie Litwin, którego nazywano "Szeryfem", zakończył pracę w Polsce w 2012 roku, ale wciąż można go spotkać na ligowych meczach w Gdyni lub w Warszawie. Przed czwartkowym meczem Litwa - Polska w eliminacjach EuroBasketu 2025 porozmawialiśmy z Pacesasem o jego obecnych zajęciach, o grającym w Gdyni synu, o stanie litewskiego i polskiego basketu.

Zobacz wideo Sportowcy w sejmie. "Nie wyrażałem zgody na poprzedni kierunek"

Łukasz Cegliński: W 2012 roku wyjechał pan z Polski z workiem złotych medali i trochę straciliśmy pana z radaru. Czym pan się zajmował przez ostatnie lata?

Tomas Pacesas: Rzeczywiście, wyjeżdżałem w momencie, w którym miałem 10 mistrzostw Polski z rzędu w roli zawodnika, a potem trenera, z Wrocławia, Włocławka, Sopotu i Gdyni. A gdyby doliczyć mistrzostwo Rosji z Uralem Great Perm z 2001 roku, to ta seria jest jeszcze dłuższa. Wspomnienia piękne, lubię wracać do tych czasów, ale nie muszę tego robić, bo u mnie wciąż wszystko dobrze. Po wyjeździe z Polski byłem dyrektorem sportowym ligi VTB, prowadziłem jako trener Lietuvos Rytas, okazjonalnie bywałem koszykarskim ekspertem w litewskiej telewizji, teraz od niemal trzech lat jestem wiceprezesem naszego związku koszykówki. Ale przede wszystkim założyłem swój klub – Dżukiję Olita. Był tam polski ślad, bo w pierwszym sezonie grał u mnie Czarek Trybański, potem trenerem przez kilka lat był Andrej Urlep, naszym zawodnikiem był też Adam Łapeta.

Zakładał pan ten klub od zera?

- Tak, ale od razu, w 2012 roku, kupiliśmy licencję od klubu Erelitos KTU Kowno. Dotarliśmy do finału zaplecza ekstraklasy, ale przegraliśmy decydujący mecz po tym, jak kontuzji doznał kluczowy dla nas Trybański. Udało nam się jednak kupić kolejną licencję od KK Kowno, którego właścicielem był Arvydas Sabonis i weszliśmy do ekstraklasy.

W Dżukiji byłem właścicielem, częściowo finansowałem klub. Walczyliśmy o play-off, raz awansowaliśmy do półfinału Pucharu Litwy, byliśmy takim średniakiem. A ja przez klub, przez koszykówkę, wszedłem też do lokalnej polityki, przez osiem lat byłem radnym Olity. To była konieczność, by klub był istotny, zauważalny w mieście, ale to też nic nowego, bo wielu litewskich trenerów i byłych koszykarzy pełni rolę w samorządzie – Jonas Kazlauskas jest radnym Wilna, kiedyś był nim Darius Maskoliunas, Rimas Kurtinaitis pełnił tę rolę w Kownie, od trzech kadencji w Szawlach radnym jest Antasas Sireika. Działałem w imieniu klubu, ale też szerzej – koszykówki i w ogóle sportu. Ale z czasem finansowe wsparcie miasta zmalało i dwa lata temu wycofałem się z klubu. Nie byłem w stanie zapewnić mu finansowania, a Olita to małe miasto, lokalne firmy nas nie wspierały. Moja misja się skończyła.

A dlaczego nie pracuje już pan jako trener? Miał pan sukcesy z Asseco Prokomem Gdynia, także w Eurolidze, z Lietuvos Rytas zdobył pan Puchar Litwy i awansował do Top 16 Pucharu Europy. Ale w lutym 2017 roku pan zrezygnował.

- Nie chciałem być trenerem tylko po to, by nim być. Po tym, jak w 2010 roku awansowaliśmy z Prokomem do najlepszej ósemki Euroligi powiedziałem, że teraz trzeba ten klub zamknąć i zacząć od nowa. Żeby znów ustalać sobie ambitne, ale realne cele – wówczas kolejny krok, awans do Final Four, był po prostu nierealny. Poza tym ja sukcesy już mam – te wszystkie mistrzostwa, a do tego brązowy medal igrzysk olimpijskich. Nie chciałem pracować tak z roku na rok, żeby zarabiać pieniądze. Wolę wspominać dobre czasy, choćby to jak mnie krytykowano. Jak choćby ty pisałeś po tym, jak zatrudniliśmy Qyntela Woodsa: "Czy Pacesas wie, co robi?". Ale ja tę krytykę miło wspominam, konstruktywne opinie dopingują do lepszej pracy.

Czy z tych wspomnień wyłania się jakieś jedno konkretne, najlepsze?

- Każdy sezon jest wyjątkowy i inny, dzięki ludziom, z którymi pracujesz. To nie były tylko moje osobiste sukcesy. Bez szefów klubów, bez administracji, bez lekarzy, masażystów, trenerów i koszykarzy byłyby one niemożliwe.

No dobrze, ale to najlepsze wspomnienie, to jakie?

- Ale jak to wybrać, przecież kilka sezonów było wyjątkowych. Mistrzostwo ze Śląskiem Wrocław było ostatnim z długiej klubowej serii. Mistrzostwo z Anwilem Włocławek było z kolei jego pierwszym w historii – miejską halę nazwano Halą Mistrzów, więc musieliśmy zdobyć tytuł. Zdobyliśmy, było świetnie, bo Włocławek naprawdę żyje koszykówką. Mistrzostwo z Prokomem Treflem Sopot w 2004 roku też było pierwszym w historii klubu i jest wyjątkowe pod każdym względem. Przedostatnie, już w roli trenera, w 2010 roku, wygraliśmy bez porażki w play-off.

Ja najlepiej pamiętam mecz nr 7 finału z 2008 roku, kiedy wygraliście zacięty, gorący bój w Zgorzelcu, a Milan Gurović rzucił 36 punktów.

- Ten sezon 2007/08 był moim pierwszym trenerskim i był dla mnie bardzo ciężki. Musiałem prowadzić ludzi, z którymi grałem – Filipa Dylewicza, Tomasa Masiulisa czy Donatasa Slaninę. Transformacja była ciężka, bo byłem młody, emocjonalny, bardzo ambitny. Teraz, przez pryzmat doświadczenia, wiele rzeczy robiłbym inaczej, inaczej bym reagował.

Ale ten siódmy, decydujący mecz finału pamiętam doskonale – pierwsze punkty Milan Gurović zdobył tak, że wyszedł zza zasłony i trafił trójkę nad rękami Thomasa Kelatiego. Pomyślałem: „No, to będzie się działo". No i się działo, Milan był znakomity, ustalił wynik wsadem z kontry, ale też w końcówce bardzo ważną trójkę trafił Igor Milicić, który grał dobry mecz. To był niesamowity finał, pełen zwrotów akcji, pamiętam, że w meczu w Sopocie Iwo Kitzinger z Turowa miał trójkę z otwartej pozycji i gdyby trafił, to byłoby 3-0 dla rywali. No ale nie trafił… Bardzo ważną akcją tego finału był też blok Simonasa Serapinasa na Davidzie Loganie w tym bardzo zaciętym meczu. Z drugiej strony siódmego spotkania w ogóle by nie było, gdyby nie Andres Rodriguez, który słabo rzucał za trzy, my go odpuszczaliśmy, a on nam nagle trafił pięć trójek w Sopocie i wyrównał wynik finału na 3-3.

My ten finał musieliśmy wygrać, czuliśmy na sobie presję. Presję bycia mistrzem, presję Prokomu, presję pieniędzy, które były wpakowane w ten zespół. Turów nie musiał, tylko mógł, dlatego grało mu się łatwiej.

Debiutował pan wówczas jako trener, ale przy linii bocznej skakał pan i krzyczał będąc czerwonym z emocji. Tymczasem poza boiskiem był pan raczej cichy – ile w prowadzeniu zespołu było takiego sportowego teatru?

- U mnie adrenalina była wysokociśnieniowa. Nienawidziłem przegrywania meczów. Wyznaję przekonanie, że skoro coś na tym świecie jest możliwe do wykonania przez jakichś ludzi, to znaczy, że jest możliwe do wykonania przez nas, przeze mnie. OK, grasz czasem z Realem Madryt, ale to też są ludzie. Wyobraź sobie, że to nie Madryt, tylko Gorzów Wielkopolski, zapomnij o ich nazwiskach, zerknij jak na takich samych sportowców, daj z siebie wszystko. Czasem samo hasło, nazwa, sprawia, że czujesz się na straconej pozycji. Przeciwnicy więcej zarabiają? To zagraj tak, żebyś zaraz ty zarabiał więcej.

A co do teatru - spójrzmy na dyrygenta orkiestry. Sam nie gra, nie krzyczy, ale nadaje ton grze. Ludzie na niego patrzą i chłoną te emocje, potrafią je przekazać. Mimika, gestykulacja, mowa ciała - on tym gra i tak samo gra trener. Trener musi być wiodącą osobą, liderem. W krzyku nie ma nic złego, o ile nikogo nie obrażasz. Trener musi zrobić wszystko, by jego gracz, który też jest przecież pod presją, potrafił zrobić więcej niż myśli, że potrafi zrobić. Trener bierze odpowiedzialność za wynik i jest od tego, żeby pomóc graczom w każdy możliwy sposób - strategią, taktyką, psychologią. I to nie jest tak, że ja coś niesamowitego wymyśliłem, po prostu dużo uczyłem się od lepszych trenerów. Podpatrywałem Mike’a Krzyzewskiego, Ettore Messinę, Żeljko Obradovicia, brałem pod uwagę to, jak ważna jest psychologia, starałem się wszystko łączyć.

Rozmawiamy o różnych pańskich rolach: zawodnika, trenera, dyrektora, właściciela, radnego. Ale był pan jeszcze blogerem i to takim bezkompromisowym. Pod koniec kariery w Polsce mocno krytykował pan ówczesnego prezesa i władze Polskiego Związku Koszykówki. Właściwie dlaczego?

- Ja krytykę uważam za bardzo pożyteczną rzecz, o ile oczywiście wynika ona z doświadczenia i jest logiczna. Krytyczny punkt widzenia zawsze jest potrzebny, staram się w ten sposób podchodzić do życia. Obserwowałem polską koszykówkę, przez długi czas w niej funkcjonowałem i po prostu wiele widziałem i wiedziałem. Teraz też ją obserwuję i nie uważam, że nie mogę o niej mówić.

Teraz, gdy sam pan jest wiceprezesem związku, zmieniła się panu perspektywa? W PZKosz od kilku lat rządzi Radosław Piesiewicz. Jak pan ocenia to, co dzieje się w polskim baskecie?

- Wiem, że budżet PZKosz jest zdecydowanie wyższy niż był, wynosi ponad 30 mln złotych i jest dwa razy większy niż litewski. Pieniądze są bardzo ważne i Piesiewicz pod tym względem jest produktywny - potrafi, a przynajmniej potrafił przy poprzedniej ekipie rządzącej, je zorganizować. Ale równie ważne jest to, jak te pieniądze wykorzystać, jak nimi zarządzać. Czy polska koszykówka odczuwa, że te pieniądze są?

Na pewno – choć za pieniądze nie kupisz wyniku reprezentacji - można powiedzieć, że od kiedy Piesiewicz został prezesem, a budżet związku zaczął rosnąć, Polacy zaczęli grać na poziomie europejskiej czołówki.

- Powiem, czego mi u was zabrakło: zrobiliście świetny wynik na mistrzostwach Europy, zajęliście czwarte miejsce. Wygraliście ze Słowenią, to był ogromny sukces. Koszykarze i trenerzy zrobili wielki wynik. Ale czy on się odbił na popularności dyscypliny, czy nagle pojawiło się mnóstwo dzieciaków chcących trenować koszykówkę?

No, szału nie ma.

- I to źle. Koszykarze powinni pojawiać się na każdym tramwaju, autobusie, w programach telewizyjnych. Oczywiście, za to trzeba zapłacić, tę pracę trzeba wykonać. Mam wrażenie, że polska koszykówka jej nie zrobiła. A zrobiła to, oczywiście wiele lat wcześniej, siatkówka. I dlatego, choć na świecie jest inaczej, u was to siatkówka jest bardziej popularna niż koszykówka.

My mamy podobny problem na Litwie, gdzie koszykówka zaczyna wśród najmłodszych dzieci i ich rodziców przegrywać z piłką nożną. Analizujemy to i widzimy, że piłka nożna oferuje dzieciom coraz więcej i więcej, i ta liczba chętnych się wyrównuje, czego nigdy nie było. Piłkarska federacja ma większy budżet niż koszykarska, dostaje dotacje z UEFA, zaczyna z tego korzystać.

Litwa, od dziesięcioleci zwariowany na punkcie koszykówki naród, odejdzie od basketu? Trudno w to uwierzyć.

- No nie, wiadomo, że koszykówka wciąż jest najbardziej popularnym sportem na Litwie. O niej rozmawiają, na niej znają się wszyscy, pewnie tak, jak u was na Robercie Lewandowskim. Najbardziej oglądanymi programami w telewizji wciąż są mecze Żalgirisu Kowno w Eurolidze czy naszej reprezentacji, ale wysokie wskaźniki mają też rozgrywki o Puchar Litwy. Jakiś „Big Brother" czy programy rozrywkowe, nie są w stanie przebić transmisji koszykarskich. A jak jakiś bloger czy youtuber chce zaistnieć, to mówi coś kontrowersyjnego o koszykówce i tak wybija się na szersze forum.

Ale z tego, co pan mówi, wśród dzieci na konkurencję wyrasta piłka nożna.

- Bo piłka zaczęła na tym polu inwestować i my, jako federacja koszykarska, musimy zareagować. Bo jeśli chcemy być koszykarsko konkurencyjni poza granicami swojego kraju, to musimy być bezkonkurencyjni wewnątrz. Tak samo powinniście myśleć o koszykówce w Polsce - w walce o największe talenty przegrywacie z siatkówką. To siatkówka ma najszerszy nabór, to ona zachęca dzieci o najlepszych predyspozycjach fizycznych, genetycznych. Do koszykówki trafia mniej młodzieży, często są to ci, których na treningi przyprowadzają rodzice związani wcześniej z dyscypliną.

To się zgadza, ale na pierwszym miejscu, ze zdecydowaną przewagą, jest jeszcze piłka nożna, która ma mnóstwo większych i mniejszych akademii i klubów, a treningi dla najmłodszych zaczyna w bardzo wczesnym wieku. Dopiero potem jest siatkówka i dalej koszykówka.

- Dlatego pod względem selekcji polska koszykówka jest daleko z tyłu. I nie ma znaczenia, że basket jest na świecie dużo bardziej popularny niż siatkówka. U was są świetne siatkarskie reprezentacje, są sukcesy klubowe, są wybitne gwiazdy, a w telewizji siatkówka momentami jest non stop. Dlatego takie sukcesy koszykarzy, jak czwarte miejsce w mistrzostwach Europy, trzeba wykorzystywać.

Tylko jak, skoro siatkarze od dekady regularnie grają w finałach mistrzostw świata, dwukrotnie wywalczyli złote medale, na mistrzostwach Europy nie schodzą ostatnio z podium, a w 2023 roku wygrali wszystko? Polska koszykówka w porównaniu z polską siatkówką nie wygrała nic.

- Dlatego musi włożyć mnóstwo pieniędzy w przekonywanie wszystkich, a najbardziej dzieci i ich rodziców, że to jest świetny sport. To musi być przemyślana, a przede wszystkim długofalowa strategia działania. Moim zdaniem to jest najważniejsze zadanie polskiego związku, to jest coś, na co warto wydawać pieniądze.

A co jest takim najważniejszym waszym zadaniem w litewskiej federacji?

- Szukanie pieniędzy i wspieranie akademii i klubów, ale przede wszystkim inwestowanie w trenerów. Bo to trener jest na pierwszej linii, jeśli chodzi o przekonanie do koszykówki dzieci i ich rodziców. Bycie trenerem młodzieżowym, tym od pierwszych koszykarskich kroków, to szalenie wymagające zajęcie. Potrzebne są wiedza, cierpliwość, konsekwencja, umiejętność zachęcenia. A przede wszystkim - umiejętność rozmowy z rodzicami. Żartujemy sobie, ale to w sumie poważna rzecz, że najciężej jest trenować rodziców. Oni przychodzą na mecze, wiedzą, kiedy robić zmiany, jak ustalać taktykę, jak dzielić czas między zawodników. Rodzic płaci i chce wymagać. Trenerom naprawdę ciężko jest się odnaleźć w tym chaosie i związek musi ich wspierać.

Pod tym względem w Polsce jest podobnie. Ale a propos bycia rodzicem - proszę opowiedzieć o synu, bo Tomas Pacesas gra od tego sezonu w drugoligowym zespole Gdyńskiej Akademii Koszykówki. Ma 23 lata, 202 cm wzrostu, gra na skrzydle i średnio zdobywa po 11,1 punktu oraz 4,1 zbiórki. Sądzi pan, że może pójść w górę, do lepszej ligi?

- To, co Tomas na pewno ma, to dobre warunki fizyczne i dobrze ułożony rzut. Nie ma może takiego charakteru jak ja, bo wychowywał się głównie z mamą. Ale papiery na niezłe granie ma, podobnie jak koszykarskie ciało. W ostatnich latach zmagał się z kontuzją, niełatwo było mu też w moim zespole w Olicie. Dostawał szanse, wychodził na boisko w ekstraklasie, ale musiał mierzyć się z presją, z głosami, że gra, bo ojciec jest właścicielem. Na marginesie: presja na zawodników na Litwie, która bierze się z dużego zainteresowania koszykówką, jest ogromna. To m.in. także dlatego Arvydas Sabonis postanowił, że jego synowie będą uczyć się grać w Hiszpanii, a syn Szarunasa Marciulonisa wyjechał do USA i występuje w lidze akademickiej.

Wracając do Tomasa - widzę, że po wyjeździe z Litwy, po odłączeniu się od mamy, od rodziny, od miejsca, w którym się wychował, on się odradza. Mentalnie i psychicznie. Nie kieruję jego karierą, nie stawiam przed nim wymagań. Będzie jak będzie. Tomas potrafi grać w koszykówkę, a jak to wykorzysta i co z tym zrobi, zobaczymy. Na razie wiem, że przez dwa poprzednie lata coś stracił, cofnął się, obniżył poziom. Teraz się odbudowuje.

Wspomniał pan w kontekście syna o charakterze - jak ważny on jest w sporcie w porównaniu z talentem? Co jest ważniejsze, by zrobić karierę?

- Jak masz charakter, to łatwiej nabyć technikę. Charakter to dyscyplina, chęć do pracy, mocny trening. To walka z samym sobą, by wstawać rano, pracować długo, dawać z siebie wszystko. Można powiedzieć, że aby zwyciężyć przeciwnika, najpierw musisz pokonać siebie samego.

Ale tu zestawia pan charakter z dyscypliną, a jest jeszcze jego inna odmiana - ta, która przejawia się w boiskowej pewności siebie. Groźny wzrok, mowa ciała - one też grają na boisku. Pan był takim charakternikiem na parkiecie.

- Ja wyrosłem na ulicy i zawsze musiałem walczyć o swoje. Zmieniłem szkołę, to w tej nowej musiałem się bić. Łokciami, pięściami, nieważne - trzeba było znaleźć swoje miejsce w grupie. I ta chęć wypracowania sobie mocnej pozycji przełożyła się na boisko. Ale żeby być dobrym sportowcem, to trzeba mieć wszystko - dobre przygotowanie fizyczne, technikę, ambicję, charakter. Z tej kombinacji wynika pewność siebie, która pomaga wygrywać. A do tego pomaga jeszcze przegrywanie w tym sensie, że trzeba nauczyć się na nie reagować. Otrząsać się i wstawać. Jak w boksie - nieważne ile razy byłeś na deskach, ważne, że wstajesz. Jak wstaniesz o jeden raz więcej niż przeciwnik, to wygrałeś.

Wspomniał pan o boksie, a kiedy grał pan w Polsce, to mawiano, że był pan kiedyś pięściarzem.

- Nie, to legenda. Chodziłem w młodości na zajęcia - na dżudo czy boks, ale tylko jako dodatki, pojedyncze treningi. Uważam je za bardzo przydatne, zresztą gdy prowadziłem Lietuvos Rytas, to zabierałem koszykarzy na zajęcia pięściarskie. Całą drużynę. Koszykarz nie może bać się kontaktu, uderzenia, agresji. Boks to dobry dodatek.

Przejdźmy do tego, jak pana zdaniem wygląda polska ekstraklasa. Bywa pan w Polsce, spotykamy pana na meczach. Jak zmieniła się liga przez ostatnią dekadę, od kiedy pan wyjechał?

- To zależy, jakie przyjąć kryterium oceny. Dla mnie najważniejsze są wyniki w europejskich pucharach, bo to one stanowią o sile ligi. To, że rywalizacja w Polsce jest wyrównana, to wiemy. Ale na jakim poziomie? O tym mówią nam wyniki w pucharach.

Śląsk, Stal, Legia i King w ostatnich trzech sezonach Pucharu Europy i Ligi Mistrzów miały bilans 10-61.

- No i to mówi wszystko. To jest odpowiedź na pytanie o to, jaki poziom prezentuje polska liga.

Jeśli spojrzeć na ostatnie trzy dekady w polskiej koszykówce, to zwykle mieliśmy dominujący zespół, który potrafił wygrywać w Europie. Śląsk na przełomie wieków, Prokom z panem jako zawodnikiem a potem trenerem, ostatnio Stelmet. A obecnie mamy taką sytuację, że pięć ostatnich tytułów mistrzowskich zdobyło pięć różnych zespołów. Liga jest ciekawa, ale odbija się od Europy.

- Ta konkurencyjność na zewnątrz jest szalenie istotna. Ona potrafi dać impuls całej dyscyplinie. Drużyna w Eurolidze oznacza regularną rywalizację z Realem, Barceloną, Olympiakosem, Bayernem. Tego w Polsce teraz brakuje.

I umówmy się - nie ma szans, że w najbliższej przyszłości się to zmieni. Polskie kluby nie mają takich pieniędzy, obiektów i pozycji na to, by grać w Eurolidze. To dla nas poziom niewyobrażalny.

- W tym momencie tak, ale do tego musicie dążyć. Na różne sposoby, choćby porządkując kwestie właścicielskie, bo przecież - co jest bardzo dziwne - większość akcji ligowej spółki ma w Polsce PZKosz. Liga powinna być niezależną organizacją, która kieruje się dobrem klubów i produktu, który ma być jak najbardziej atrakcyjny.

Ale czy gdyby było inaczej, gdyby to kluby były właścicielami ligi, przełożyłoby się to na szanse, by polski klub występował w Eurolidze? Wciąż bylibyśmy na to, potocznie mówiąc, za krótcy. Litwa ma w Eurolidze Żalgiris Kowno, który ma przede wszystkim pieniądze nieosiągalne dla polskich klubów.

- Żalgiris ma obecnie 15 mln euro budżetu. Jego budowanie zaczyna się od tego, że miasto oddało klubowi halę - to Żalgiris nią zarządza. W dużej hali gra mecze, w mniejszej, która jest obok, trenuje, ale obiekt prawie cały czas jest w użytku. Klub organizuje targi, imprezy, cokolwiek chce i na tym zarabia. Ale zarabia też oczywiście na meczach, z samych biletów ma sześć milionów euro wpływów do budżetu. Do tego dochodzi dotacja z miasta w wysokości dwóch milionów. Miejskie firmy też chcą się pokazywać, reklamować przy Żalgirisie - to są kolejne dwa miliony. A do tego dochodzą jeszcze sponsorzy, na przykład z branży bukmacherskiej, którzy dopełniają ten budżet do 15 mln euro. Ten model jest nie do przegrania, ale wszystko zaczyna się od samorządu.

Wróćmy do Polski.

- Tu też podstawą powinno być to, by miasta - Warszawa, gdy w końcu zbuduje halę, Gdynia czy Zielona Góra przekazywały obiekty w zarządzanie klubom. Ale tego oczywiście nie ma, kluby są na łasce samorządów, polityków. To trzeba odwrócić i przygotować długofalowy plan.

Czego potrzebuje liga? Mocniejszego wsparcia samorządów, jeśli chodzi o obiekty oraz dbania o tych właścicieli klubów, którzy przekazują na nie swoje własne pieniądze. Przecież gdyby nie Ryszard Krauze i jego finanse, wielkiego Prokomu by nie było. Podobnie, choć na niższym poziomie, było potem z Januszem Jasińskim w Zielonej Górze. Stal i King nie byłyby mistrzami, gdyby nie Paweł Matuszewski i Krzysztof Król, swoje prywatne pieniądze daje na Trefla Kazimierz Wierzbicki. Tacy ludzie, bogaci pasjonaci, też są potrzebni. I tu wrócę do wcześniejszego wątku, czyli po prostu przyciągania jak największej liczby ludzi do koszykówki. Nie każdy dzieciak, nie każdy nastolatek zostanie zawodnikiem, ale jest szansa, że nawet jak przestanie grać, to przy koszykówce będzie jako kibic. A potem, kto wie, może jako sponsor, może jako właściciel.

Wracając do wymienionych przeze mnie właścicieli - to oni powinni decydować o ligowej spółce, o tym jak ona funkcjonuje. Nie PZKosz, który przyciąga pieniądze ze spółek skarbu państwa. Oni dają swoje własne, im najbardziej zależy na sukcesach. To wielka rzecz, że tacy ludzie są przy koszykówce, trzeba o nich dbać.

Na Euroligę nie mamy w tej chwili szans, w Pucharze Europy i Lidze Mistrzów przegrywamy notorycznie, tylko w czwartym w hierarchii Pucharze Europy FIBA mamy sukcesy, ostatnią edycję wygrał Anwil Włocławek.

- Każdy puchar ma swoją wartość i to trzeba docenić. Na pewno jednak na wyższym poziomie niż liga jest wasza reprezentacja. Mateusz Ponitka, Aleksander Balcerowski czy Michał Sokołowski tworzą trzon solidnej drużyny, którą stać na dobre wyniki w największych imprezach.

To przejdźmy do reprezentacji, która w 2022 roku zajęła czwarte miejsce na EuroBaskecie. Jak pan ocenia ten sukces?

- Odpowiem w czwartek 22 lutego po meczu z Litwą w Wilnie. Polska na ostatnim EuroBaskecie była czwarta, Litwa była piętnasta. Przekonamy się kto jest na jakim poziomie w tym momencie, choć wy jako gospodarz EuroBasketu gracie w tych eliminacjach poza konkursem, a u nas nie będzie kilku największych gwiazd, jak Jonas Valanciunas i Domantas Sabonis z NBA.

Ale oczywiście, na EuroBaskecie osiągnęliście wielki sukces. Wygrać z broniącą tytułu Słowenią z Luką Donciciem, to coś świetnego, o tym trzeba mówić, to trzeba reklamować. Każdy Polak powinien wiedzieć, kto, jacy koszykarze, wygrali ten mecz. Zawodnicy i trenerzy wykonali wielką robotę.

Z selekcjonerem Igorem Miliciciem grał pan razem w mistrzowskim Anwilu, potem prowadził go pan jako trener w Prokomie.

- Bardzo podobało mi się słynne powiedzenie Eugeniusza Kijewskiego, gdy on prowadził mnie w Prokomie: „Trenera bronią wyniki". A Igora też bronią. Podoba mi się polska drużyna, podobają mi się zawodnicy. A co mi się nie podoba? Publiczne krytykowanie Marcina Gortata. Osiągnięć Gortata nie da się zanegować, to wielka postać polskiej koszykówki, która ma prawo wyrażać swoje opinie, jego trzeba szanować. I wręcz zrobić wszystko, by przybliżyć go do reprezentacji, do ligi, do związku. Dogadać się i porozumieć, a nie publicznie obrażać.

W czwartkowym meczu może zadebiutować w reprezentacji Polski Luke Petrasek, ósmy naturalizowany Amerykanin w jej historii. Tymczasem Litwa pozostaje jednym z niewielu krajów na świecie, która z naturalizacji nie korzysta. U was w ogóle nie ma tego tematu?

- Na Litwie podchodzi się do reprezentacji bardzo ambitnie i emocjonalnie - będziemy grali sami, swoimi siłami. Ale prawda jest też taka, że my od 2015 roku nie zdobyliśmy żadnego medalu, a ostatnio nie zakwalifikowaliśmy się na igrzyska w Tokio. Niby jesteśmy dobrzy, ale w dyscyplinie, w której uważamy się za światową czołówkę, efektów nie ma. Dlatego szczerze powiem, że nie wiem, jak zareagowaliby Litwini, gdyby ogłosić pomysł naturalizacji Keenana Evansa, rozgrywającego Żalgirisu. Kto wie, czy większość nie odpowiedziałaby, że jest za i że skoro Evans gra w Kownie, to może wspomóc reprezentację. Powtórzę: my z jednej strony uważamy się za koszykarski kraj, a z drugiej od dawna nie możemy nic wygrać. Debaty na temat naturalizacji nie ma, nie jest tak, że litewska federacja to planuje, ale kto wie, jak podeszliby do tego kibice.

To kto wygra w czwartek w Wilnie?

- Ponitka i Balcerowski przyjadą głodni gry, bo w Partizanie i Panathinaikosie w Eurolidze grają niewiele, ale myślę, że wygra Litwa. Trzon drużyny stanowią gracze Żalgirisu, który wygrał trzy mecze z rzędu w Eurolidze, nam zwycięstwo jest bardzo potrzebne. Stawiam na Litwę.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.