To "dzień dobry" zmieniło wszystko. Takiego sukcesu nikt się nie spodziewał

Łukasz Cegliński
- Kilka kolejek temu wywróciłem do góry nogami naszą taktykę. Do tego stopnia, że przyszedłem na trening i powiedziałem: "Dzień dobry, jestem Igor Milicić, wasz nowy trener" - opowiada Sport.pl szkoleniowiec włoskiego Napoli Basket, a także selekcjoner reprezentacji Polski. I mówi też o tym, jakiego naturalizowanego gracza chciałby mieć w kadrze.

Igor Milicić, selekcjoner reprezentacji Polski koszykarzy, od tego sezonu prowadzi włoskie Napoli Basket, a  jego zespół jest objawieniem tamtejszej ekstraklasy. W niedzielę drużyna z Neapolu, której kluczowym graczem jest kadrowicz Michał Sokołowski, pokonała 93:75 Carpegna Prosciutto Pesaro. Z bilansem 10-6 zajmuje wysokie, czwarte miejsce. To sukces, którego mało kto się spodziewał. - Igor Milicić konstruuje dobry, ofensywny system, dzięki niemu Napoli jest jednym z najfajniejszych zespołów do oglądania w Serie A. Grają twardo, szybko, spójnie i w dobrym rytmie - mówił Sport.pl Orazio Francesco Cauchi, dziennikarz BasketNews.com. Teraz o wynikach drużyny, a także zbliżających się meczach reprezentacji Polski, porozmawialiśmy z Miliciciem.

Zobacz wideo Skoki narciarskie w Polsce na zakręcie! "Degrengolada, przepaść"

Łukasz Cegliński: Na jaki bilans po pierwszej rundzie Serie A pan liczył?

Igor Milicić: Moje ambicje są duże, zawsze myślę tylko o wygranej, ale obiektywna rzeczywistość i związane z nią oczekiwania klubu, szefów, kibiców są inne. Przed sezonem nie skupiałem się na półmetku i bilansie, który mamy mieć teraz. Liczy się to, co będzie na końcu, a my na końcu chcemy się przede wszystkim bezpiecznie utrzymać i do tego potrzebujemy minimum 12 zwycięstw. A może nawet wystarczy 11. Ale zaznaczam: to tylko plan minimum, my patrzymy wyżej. Na razie naszym małym sukcesem jest to, że w połowie sezonu jesteśmy w ósemce i awansowaliśmy do turnieju o Puchar Włoch. Drużynie Napoli nie udało się to od 17 lat. Wśród kibiców jest poruszenie, wiele osób kupuje bilety na turniej w Turynie, możemy tam mieć trzy, nawet cztery tysiące swoich fanów. Generalnie, z pierwszej części sezonu jestem bardzo zadowolony.

Odczuwa pan, że ten dobry wynik, awans do Pucharu Włoch, wyjazdowe zwycięstwo z liderem z Wenecji, są doceniane poza Neapolem?

- Moi trenerzy mówią mi, że o nas się pisze, ale ja za dużo nie czytam, nie rozglądam się po internecie. Ale zdarzyło mi się, że dwaj włoscy szkoleniowcy dziękowali mi za to, że razem z Grekiem Dimitrisem Priftisem z Reggio Emilia odmieniamy trochę włoską rzeczywistość – wprowadzamy nowe idee, inny sposób grania. To jest zauważone w środowisku i to mi się najbardziej podoba – że trenerzy nie krępują się, by dać komuś komplement, docenić pracę rywala. Mam trzech, czterech trenerów z Włoch, z którymi jestem w stałym kontakcie, wymieniamy spostrzeżenia i poglądy, pod tym względem odczuwam, że robię dobre rzeczy. Ciekawostka: Matteo Boniciolli, który trzy tygodnie temu przejął zespół Scafati i zdążył już nas pokonać, miesiąc wcześniej był u nas na treningach, by popatrzeć co i jak robimy. Akurat był bez pracy, a był ciekawy.

Ostatnio dość często gości pan u siebie różnych trenerów. W Neapolu był wspomniany Boniciolli, wcześniej w treningach uczestniczył Marek Zapałowski, a podczas letniego zgrupowania kadry pomagał wam Cerhat Cetin.

- Zawsze tak było, że wszyscy, którzy poprosili o możliwość podpatrywania czy pracy ze mną, byli zapraszani. To, że w Anwilu Włocławek czy Stali Ostrów Wlkp. takich chętnych - poza zmarłym niedawno Mariuszem Karolem - nie było, to inna sprawa. Każdy, kto ma chęć zobaczyć coś nowego, innego, jest mile widziany, ja jestem otwarty. Nie mam nic do ukrycia, zawsze chętnie podzielę się informacjami i mam wrażenie, że w przyszłości może mi to pomóc, bo ja też od kogoś mogę wziąć coś, nawet drobiazg, który może ulepszyć moją pracę.

Kiedy pracował pan we Włocławku, słynne stały się pańskie strzałki, którymi wyklejał pan na treningach parkiet, by zawodnicy dokładnie wiedzieli, gdzie się ustawiać ćwicząc taktykę. W Neapolu też je widać?

- Tak, oczywiście. Cały okres przygotowawczy to strzałki, materace albo kółka pokazujące konkretne punkty na boisku. To przydatne rzeczy, które ułatwiają zawodnikom uczenie się zasad taktyki.

Czuje pan, że rozwinął się we Włoszech jako trener? Nowa liga, nowe środowisko, nowe wyzwania często potrafią wzbogacić warsztat.

- Na pewno czymś nowym jest dla mnie praca z dyrektorem sportowym, do tej pory nie miałem takiej okazji. Wcześniej wszystkie decyzje dotyczące drużyny w kwestiach sportowych i pozasportowych musiałem podejmować sam - rozwiązywać problemy z zawodnikami, ich agentami. Druga sprawa to fakt, że nie mamy w tym sezonie wielu zmian w składzie i muszę w większym stopniu dopasowywać taktykę i sposób prowadzenia zespołu do zawodników. Kilka kolejek temu wywróciłem do góry nogami naszą taktykę ofensywną. Do tego stopnia, że przyszedłem na trening i powiedziałem: "Dzień dobry, jestem Igor Milicić, wasz nowy trener". Poprzednie założenia nie działały, nie mogłem ich wyegzekwować, więc musiałem zmienić poglądy na to, jak ja bym chciał, żebyśmy grali. Tak, żeby założenia w jak największym stopniu pasowały do zawodników. Myślę, że to duża zmiana i ona świadczy o tym, że zmieniam się jako trener.

Pan się zmienia, taktyka się zmienia, ale nie zmienia się jedno - Michał Sokołowski gra u pana średnio po blisko 33 minuty, najwięcej w lidze włoskiej. Rozumiem, że wytrzymuje te wyjątkowe obciążenia bez problemu?

- Tak jest! Michał jest maszyną. Cenię go bardzo. Przede wszystkim jest bardzo fajnym człowiekiem, a jako zawodnik scala atak z obroną, obcokrajowców z zawodnikami włoskimi. To skarb i serce tego zespołu. Michał nic nie musi mi udowadniać, musi być tylko sobą na boisku. Wiedziałem, że prędzej czy później może być u niego kryzys, bo sezon - ze względu na sierpniowe mecze reprezentacji - rozpoczął wcześniej. Ale tego kryzysu chyba udało nam się uniknąć.

Przejdźmy do reprezentacji - niebawem będzie pan wysyłał powołania na mecze z Litwą i Macedonią w eliminacjach EuroBasketu 2025. Z racji tego, że będziemy gospodarzem, gramy w nich poza konkursem, wyniki nie są celem samym w sobie. Jak pan podchodzi do tych meczów?

- Na pewno nie będę grał o nic. To nie jest mój styl, ja tak nie chcę pracować. Mamy zawodników świadomych tego, co w ostatnich latach udało nam się osiągnąć i nie chcemy przez jakieś złe podejście stracić tego, co zbudowaliśmy w reprezentacji. Trzymamy się naszego kierunku. W ostatnich miesiącach udało nam się odmłodzić zespół, teraz chcemy drużynę ulepszać. Zależy nam na kolejnym kroku do przodu. Ale oczywiście w tym procesie będziemy próbować dodawać nowych graczy, by sprawdzić, jak funkcjonują w reprezentacji. Nastawienie, energia i podejście pozostaną jednak takie same - chcemy się bić, chcemy dać z siebie wszystko, walczyć o najlepszy wynik.

Czyli będzie pan powoływał najlepszych, kluczowych graczy?

- Nie rozmawiałem jeszcze o tym z dyrektorem reprezentacji Łukaszem Koszarkiem, ale myślę, że mecze z Litwą i Macedonią będą świetnym wstępem do przygotowań do lipcowego turnieju kwalifikacyjnego do igrzysk. Bo to jest nasz nadrzędny cel.

Euroliga będzie miała pod koniec lutego przerwę - czy jest szansa, że zagrają Mateusz Ponitka z Partizana Belgrad i Aleksander Balcerowski z Panathinaikosu Ateny?

- Jestem z nimi w stałym kontakcie, zobaczymy, jak będzie wyglądało ich zdrowie. Wiemy, że Olek jest po operacji wyrostka robaczkowego, czekamy aż wróci do gry. Na pewno Olek i Mateusz to gracze, którzy nigdy nie odmówili kadrze - przeciwnie: to oni namawiają innych zawodników, żebyśmy szli razem do przodu jako grupa. Z Partizanem i Panathinaikosem jeszcze nie rozmawialiśmy, ale kluby nie mogą zabronić zawodnikom występować w kadrze, jak nie ma meczów Euroligi. To nie będzie stanowiło problemu.

I Ponitka, i Balcerowski nie mają dobrych sezonów pod względem regularnej gry i dużych minut. Można powiedzieć, że bardzo potrzebują dwóch dobrych meczów w kadrze, w których mogliby ponownie pokazać, że mogą być liderami.

- Ja uważam, że oni obaj mają odpowiednią jakość do tego, by grać na poziomie Euroligi. Ale o minutach na boisku decydują kwestie taktyczne, wewnętrzne w każdej drużynie. Na marginesie: od lat widzimy, że wielu naszych graczy w reprezentacji spisuje się lepiej niż w klubach, przykładem mógł być ostatnio choćby Andrzej Pluta.

Jaki ma pan przekaz od Aleksandra Balcerowskiego? Jak on się czuje w Panathinaikosie, w którym jest w euroligowej rotacji, ale jako gracz zdecydowanie drugiego planu?

- Spokojnie. Olek jest w dobrym miejscu, musi walczyć o swoją pozycję. Sezon jest długi i są w nim różne momenty - Balcerowski miał lepsze, teraz ma słabszy, ale wierzę, że z nich wyjdzie.

Powoła pan w lutym gracza naturalizowanego? Do kandydatur strzelca A.J. Slaughtera i środkowego Geoffreya Groselle’a dołączył niedawno wysoki skrzydłowy Luke Petrasek z Anwilu Włocławek, który otrzymał polski paszport.

- Żadna decyzja jeszcze nie zapadła. Mam swoje przemyślenia, ale na pewno będziemy rozmawiać na ten temat z Łukaszem Koszarkiem. A gdy podjęta zostanie konkretna decyzja, wówczas będziemy patrzeć co dalej.

Słyszałem jednak, że dość prawdopodobne jest, że powołanie dostanie Petrasek, żeby sprawdzić jego przydatność dla zespołu. Tym bardziej że pod nieobecność Jeremiego Sochana i Igora Milicicia juniora na pozycji nr 4 jest w reprezentacji miejsce.

- Mam swoje przemyślenia, ale na razie to zostawmy. Zajmiemy się tym bliżej zgrupowania.

Wiemy, że PZKosz z pańskim udziałem aktywnie szuka gracza do naturalizacji. Kandydatury Jonaha Mathewsa i Jordana Loyda upadły – pierwszy nie dostał paszportu, drugi sam się wycofał ze względu na uraz. Kogo pan bardziej żałuje?

- Ubolewam nad sytuacją z Mathewsem, bo był to mój własny wybór i myślę, że zawodnik jego pokroju bardzo by nam się przydał. Potrzebujemy zawodnika o profilu, którego wśród polskich zawodników nie ma, więc skoro jest taka możliwość, to próbujemy go pozyskać.

Jaki to jest profil?

- Chodzi o zawodnika grającego w stylu Slaughtera, ale wyższego, silniejszego fizycznie. Z możliwościami atletycznymi, z którymi mógłby grać w obronie tak samo jak Michał Sokołowski, Mateusz Ponitka czy inni nasi zawodnicy. Mamy zespół, który chce mocno grać w defensywie, który obroną wygrywa mecze. Jeśli chodzi o atak, to potrzebujemy gracza, który akcjami indywidualnymi będzie rozwiązywał sytuacje, gdy ofensywa nie będzie nam się spinać albo rywale będą grać w obronie przekazując sobie zawodników po zasłonach.

A gdyby nie udało się naturalizować gracza tego typu – bierze pan pod uwagę powołanie na turniej kwalifikacyjny Slaughtera?

- Jesteśmy z nim cały czas w kontakcie.

A co dalej z szukaniem gracza do naturalizacji? Wiem, że Łukasz Koszarek, dyrektor sportowy reprezentacji, rozmawiał o niej z Keenanem Evansem z Żalgirisu Kowno. Pan ma swoją listę kandydatów?

- Mam, ale to wcale nie jest tak proste, że wybieramy sobie kolejnych koszykarzy. Inne federacje też szukają wzmocnień i walczą o tych samych zawodników, którzy są na rynku. Poza tym obywatelstwa nie można sobie po prostu kupić, to jest dłuższy proces, który wymaga odpowiednich dokumentów i wniosków. Nie jest to łatwe.

Jest pan w kontakcie z Jeremim Sochanem?

- Bardziej z jego rodzicami, bo Jeremi jest w trakcie sezonu, który w NBA jest wyjątkowo napięty.

Ogląda pan go w NBA, jest na to czas?

- Oglądam i widzę, że największym zagadnieniem było jego przesunięcie na pozycję rozgrywającego. Z doświadczenia wiem, że takie manewry, choć są trudne, mogą dać drużynie nową jakość. Na razie najważniejsze jest to, że ten sprawdzian w nowej roli może dać Jeremiemu inne spojrzenie na koszykówkę, dodatkowy wymiar gry. On będzie po tym sezonie lepszym zawodnikiem.

Co słychać u Igora Milicicia juniora? W drużynie z Uniwersytetu Północnej Karoliny w Charlotte gra po 30 minut, zdobywa po 12 punktów, zbiera po osiem piłek. Robi postępy.

- Jako trener kadry jestem szczęśliwy, że się tak prezentuje. Myślę, że bardzo dużo dała mu praca na letnim zgrupowaniu, ważna rola w reprezentacji. Igor zmężniał, jego koszykówka się zmieniła, podpatrzył liderów naszej kadry i zainspirował się ich pracą. Trenerzy z Charlotte dziękowali mi za ten postęp, który zrobił Igor - jest dużo kroków na drodze do poważnej kariery i mam wrażenie, że on wykonał ostatnio ten najważniejszy: zrozumiał, co jest potrzebne nie tylko do tego, by grać, ale by wygrywać. To ważna różnica i cieszę się, że to pojął.

Przejdźmy do potencjalnych kadrowiczów z polskiej ligi – można powiedzieć, że ma pan ten komfort, że większość kandydatów do kadry gra regularnie i jest w niezłej formie. Mogą się nawet pojawić dylematy - Andrzej Pluta czy Jakub Schenk, Mikołaj Witliński czy Adrian Bogucki.

- Cieszę się, że tak jest, ale pamiętajmy, że to wciąż jest poziom polskiej ligi. Ja bym chciał, żeby więcej zawodników grało na wyższym poziomie. Ale oczywiście patrzymy na to, co dzieje się w Polsce. Na rozmowę o konkretnych nazwiskach jeszcze pan mnie nie namówi, do powołań zostało trochę czasu.

Mówi pan, że chciałby, by jak najwięcej koszykarzy występowało w zagranicznych ligach - Aleksander Dziewa dobrze spisuje się w debiutanckim sezonie w niemieckim Hamburg Towers.

- Sprostuję: nie mam nic przeciwko polskiej lidze, a mówiąc o Europie mam na myśli także grę w pucharach. Były w Polsce silne kluby: Asseco Prokom Gdynia, Turów Zgorzelec, Stelmet Zielona Góra – one grały w Eurolidze, w Pucharze Europy, występowanie w nich było wyzwaniem. W takich zespołach można grać mocną koszykówkę na europejskim poziomie. Polscy koszykarze muszą na nim być.

Wracając do Dziewy – w lecie zabrakło go w kadrze, bo brał ślub. Czy teraz, patrząc na jego formę, jest pewniakiem do reprezentacji?

- Obserwujemy go, wiemy, jak gra, bardzo się cieszę, że regularnie dostaje minuty i notuje dobre mecze. W lutym zobaczymy, gdzie jest jego miejsce w kadrze. Przez trzy lata wykonaliśmy pracę, by zrobić z niego kadrowicza, by go rozwinąć.

Po tym lutowym okienku spotkacie się na zgrupowanie w czerwcu – ile chce pan zagrać sparingów i z kim, zanim polecicie do Walencji?

- Wiemy, co chcemy robić. Przeciwników mamy wstępnie dogadanych, chcemy zagrać cztery mecze kontrolne, jeden z nich odbędzie się w Polsce. Ale to ujawni Łukasz Koszarek. W każdym razie plan przygotowań jest, liczę, że będzie optymalny. Będzie część taktyczna, potem sparingowa, no i w końcu turniej w Walencji. Będziemy przygotowani najbardziej jak się da.

W Walencji zagracie z Bahamami i Finlandią, a żeby awansować na igrzyska trzeba będzie pewnie ograć też Hiszpanię. Trudne zadanie.

- Nikt nie powie, że jesteśmy faworytami - wręcz przeciwnie. Jesteśmy daleko z tyłu, ale to jest nasza siła. Ja i mój zespół lubimy duże wyzwania - stawaliśmy już naprzeciw graczom w NBA, to nas nie zdeprymuje. Damy z siebie wszystko, jest w nas ogień, marzymy o igrzyskach jak każdy sportowiec.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.