"Dziecka Berlina" nie da się nie kochać. Zrezygnował z gigantycznej pensji

Piotr Wesołowicz
Jest synem berlińskiej malarki i senegalskiego farmera, ukończył prestiżową uczelnię Columbia, dom na Kreuzbergu zaaranżował w pracowni malarskiej, a równie chętnie, co o sporcie, rozprawia o sztuce. Maodo Lo to symbol kosmopolitycznej i otwartej Europy oraz nieoczywisty bohater coraz bardziej koszykarskich Niemiec.

Niemcy na EuroBaskecie mają szansę sprawić sensację i awansować do strefy medalowej, mimo że przed turniejem nie mówiło się o nich tyle, co o Słowenii Luki Doncicia, Serbii Nikoli Jokicia czy Grecji Janisa Andetokounmpo.

Zobacz wideo Iga Świątek ciężko trenuje. Oto dowód

Doncić w ćwierćfinale zmierzy się z Polską, Jokić z turniejem pożegnał się w 1/8 finału, a Andetokounmpo o półfinał zagra właśnie z reprezentacją Niemiec. We wtorek wieczorem wypełniona po brzegi, 17-tysięczna Mercedes-Benz Arena w Berlinie będzie gigantycznym atutem gospodarzy.

– Niemcy mogą być czarnym koniem turnieju – przekonuje w rozmowie ze Sport.pl Bronek Wawrzynczuk, skaut grającego w Bundeslidze ratiopharmu Ulm. – Pierwszym sygnałem o ich sile była przedturniejowa wygrana ze Słowenią i mimo świetnych występów w fazie grupowej w Kolonii eksperci byli ostrożni co do stawiania naszych sąsiadów wśród faworytów. Rzadko wspominany fakt to konstrukcja ich składu. Jedynie trzech graczy nie występuje ani w Eurolidze, ani w NBA – tłumaczy.

Pierwsza piątka Niemiec graczami NBA jest przeładowana, o sile drużyny stanowią Dennis Schroeder, zdecydowanie najpopularniejszy niemiecki koszykarz, dziś gracz Houston Rockets, oraz Franz Wagner z Orlando Magic i Daniel Theis z Indiana Pacers. Takiego komfortu nie ma na EuroBaskecie bodaj nikt.

"Wygląda jak przybysz z NBA"

Ale najwięcej uczuć wśród publiczności wzbudza Maodo Lo – rozgrywający o skupionym spojrzeniu i gęstych lokach. "Dziecko Berlina", którego, jak twierdzą lokalni dziennikarze, nie da się nie kochać.

Gdy razem z Nielsem Giffey'em wchodził na parkiet w trakcie meczu z Czarnogórą w 1/8 finału, spiker poprosił o owację dla dwóch rodowitych berlińczyków. Więcej braw od nich dostał tego wieczoru tylko oglądający mecz z loży VIP legendarny Dirk Nowitzki.

Maodo Lo znajdującą się przy Warschauer Strasse halę zna jak własną kieszeń, od trzech lat gra dla lokalnej Alby, kibice znają go doskonale. Ale mimo to zachwyca ich po raz kolejny – najpierw zdobywa punkty po wejściu pod kosz i reverse layupie, a potem po zabójczym crossoverze trafia za trzy.

Basket News, prestiżowy serwis o europejskiej koszykówce, pisze na Twitterze: "Maodo Lo wygląda jak przybysz z NBA". Tego wieczoru zdobywa 14 punktów i rozdaje trzy asysty. Najwięcej pochwał za wygraną 85:79 zbiera Schroeder (22 punkty, osiem asyst), ale to występ Lo wywołuje ciarki na ciele.

– Zwód, po którym trafił trójkę, zrobił na nas gigantyczne wrażenie – mówi mi Sven Simon z oficjalnej strony o koszykarskiej Bundeslidze, gdy rozmawiamy dzień przed ćwierćfinałem EuroBasketu. To fakt – Maodo Lo kozłuje z niesamowitą gracją, rywali gubi balansem ciała.  

Jak wspomina, nauczył się tego na boiskach Charlottenburga, dzielnicy, w której się wychowywał. A w zasadzie nie na boiskach, co obok nich. Zawsze był jednym z najmłodszych i najmniejszych, dlatego zwykle parkowej rywalizacji się przyglądał. I godzinami dryblował, mijając wyobrażonych rywali.

Może dlatego dziś ma tyle pozytywnej bezczelności, pewności siebie? Jak w meczu z Francją, w fazie grupowej, gdy w trzeciej kwarcie pobiegł z piłką do kontrataku, zamarkował podanie do Schroedera, w zasadzie podając sam do siebie, a po chwili już na serio oddając piłkę Schroederowi na pusty kosz.

Syn malarki i senegalskiego farmera

– W Kolonii mamy mnóstwo fanów koszykówki, ale spod znaku NBA, którzy uwielbiają Schroedera, czy Theisa. Ale nie kojarzyli Maodo Lo, bo to gracz z berlińskiego podwórka – przekonuje Sven Simon.

Tak – Maodo Lo to dziecko Berlina, które jest symbolem kosmopolitycznej i otwartej Europy. Wychowanek tej samej dzielnicy, co były kapitan piłkarskiej reprezentacji Niemiec Jerome Boateng. – Na podwórku było mnóstwo dzieciaków takich jak ja. Miałem przyjaciół, których rodzice byli rdzennymi mieszkańcami Berlina, ale i takich, którzy – jak mój ojciec – przyjechali tu szukać lepszego świata. Tam ukształtował się mój charakter – wspominał Boateng. Podobnie było z Maodo Lo.

Ojciec Lo, Alioune, pochodzi z Senegalu. Do Berlina przyjechał studiować na tutejszej Politechnice. Elvira Bach to zaś sławna postmodernistyczna malarka, w latach 80. należąca do berlińskiego nurtu "Młodych i Dzikich", absolwentka Akademii Sztuk Pięknych. Poznali się na przyjęciu w Berlinie Zachodnim. Najpierw na świat przyszedł Lamine, a osiem lat później – Maodo. 

Pracownia Elviry Bach znajdowała się na Kreuzbergu – artystycznej dzielnicy Berlina. Rodzice nie chcieli, by chłopcy dorastali w okolicy o nie najlepszej reputacji. Rodzina Lo przeprowadziła się więc razem z obrazami Elviry do Charlottenburga.

Maodo Lo dzięki matce miał dość niekonwencjonalne dzieciństwo. Elvira Bach, która gościła na największych wystawach świata, po Charlottenburgu poruszała się w turbanie i okularach przeciwsłonecznych, które nosi od lat i zawsze – wieczorem, w nocy, w południe. – Jako dziecko czułem się tym zawstydzony – przyznał po latach Maodo, który jest jednym z bohaterów jej obrazów. – Więcej osób w Berlinie kojarzy moją mamę, niż mnie – mówił.

Pracownia Elviry na Kreuzbergu wciąż istnieje – po latach na mieszkanie przearanżował je Maodo Lo.

 

Ale to dopiero za niemal 20 lat. Jako dziecko Maodo koszykówką zainteresował się, patrząc przez ramię Lamine, gdy ten godzinami rozgrywał wirtualne mecze na Nintendo. Wkrótce potem sam wyszedł na boisko, pragnąc naśladować starszego brata.

Maodo był za słaby nie tylko na grę w okolicznych parkach. Gdy dorastał, jego gra nie robiła także wrażenia na lokalnych wyszukiwaczach talentów – Z DBV Charlottenburg, swojego pierwszego klubu, trafił do berlińskiego projektu Central Hoops. W Berlinie, jeśli umiesz grać, trafiasz do Alby. Wszystko poza to tylko zabawa. – Kończąc szkołę, mogłem co najwyżej iść do ligi regionalnej – wspominał Lo.

Imię zmarłego brata na butach do kosza

Ale zamiast do amatorskich rozgrywek, Lo wyjechał do Stanów. Otrzymał stypendium koszykarskie w Columbia Uniwersity – niezwykle prestiżowej, ale koszykarsko przeciętnej uczelni z Nowego Jorku. – Kiedy usłyszałem gwar tego miasta, wiedziałem, że to moje miejsce na ziemi – wspominał potem.

Columbia należy do tzw. The Ancient Eight, Starożytnej Ósemki, listy uniwersytetów uznawanych za najlepsze na świecie. Lo kończy szkołę w 2016 r. – jako koszykarski mistrz rozgrywek IVY League i MVP rozgrywek. To oczywiście sukces niższej rangi, niż rozgrywki NCAA, ale o Lo – którego kibice Columbii nazwali "Szefem Maodo" i specjalistą od łamania kostek rywalom – zaczyna się robić głośno.

Maodo próbuje dostać się do NBA, gra w Lidze Letniej, ale zamiast niegwarantowanego kontraktu z 76ers wybiera występy w Brose Bamberg – wówczas drużynie występującej w Eurolidze. Stamtąd, po dwóch sezonach, odchodzi do budującego potęgę koszykarską Bayernu Monachium.

Potem umiera jego starszy brat. Lamine miał 34 lata.

Lamine, który przez długi czas był dla niego wzorem do naśladowania. Który zawsze chronił go na podwórku. Który wprowadzał Maodo i jego kolegów na hip-hopowe koncerty, gdy byli jeszcze za młodzi, by legalnie się na nie dostać.

 

Maodo przeniósł się wtedy z Monachium do stolicy. Zrezygnował z gigantycznej pensji, aby być blisko matki. – Pojechałbym wtedy do Berlina, nawet gdyby Alba grała w lidze okręgowej – tłumaczył decyzję o podpisaniu kontraktu z klubem, który kiedyś go nie chciał, a po latach ściągnął do rodzinnego miasta. Do dziś Lamine towarzyszy Maodo na każdym meczu: koszykarz zapisuje imię brata na butach. Także na EuroBaskecie. – To mój sposób, aby wciąż był w moim życiu – tłumaczy.

Bracia byli nierozłączni, choć różnili się jak ogień i woda – Maodo mówi o sobie, że nigdy nie palił, ani nie wypił grama alkoholu. Lubi za to sztukę, modę, muzykę. A do tego jest wybitnym koszykarzem. W przeciwieństwie do kolegi z drużyny narodowej Dennisa Schroedera, nie szuka świateł reflektorów.

Dla równowagi: w Niemczech koszykówka to wciąż jednak nisza. Dyscyplinę zawodowo uprawia 208 tys. osób, Niemiecki Związek Piłki Nożnej ma zaś zapisanych na dyskach siedem milionów członków. Po zdobyciu mistrzostwa Europy w 1993 r. w Niemczech wokół koszykówki zrobił się szum, po czym wróciła do swojej niszy. Dirk Nowitzki? Oczywiście, jest jednym z najlepszych koszykarzy w historii NBA, ale wielu Niemców zna go przede wszystkim z reklamy jednego z tutejszych banków.

Mistrzostwa Europy, których Niemcy są gospodarzem, to jedna z niewielu okazji, by w kraju mówiło się o koszykówce. Maodo Lo jest jedną z twarzy dobrych występów kadry. Paradoksalnie – bo gracz z Berlina ma już 29 lat i nie jest już przedstawicielem młodego pokolenia – nadchodzi jego moment.

– Maodo wydaje się być w najlepszym momencie kariery. Świetnie uzupełnia się z polegającym na szybkości Schroederem, gdyż nie wymaga głównej roli w drużynie, ma przyzwoity wzrost pozwalający występować również na pozycji numer dwa, a poza tym bardzo dobrze rzuca po koźle. Jest rodowitym berlińczykiem, a to w trakcie turnieju jest dużym atutem – mówi Bronek Wawrzynczuk.

– Od początku mówiłem, że będzie gwiazdą, ale znajomi machali ręką – śmieje się Mathias, fotograf meczów Alby Berlin. Rozmawiamy w biurze prasowym przed serią ćwierćfinałów. – Oglądam na co dzień, co wyczynia z rywalami, jak łamie im kostki. W Bambergu i w Monachium był dobry, ale tu, w Berlinie jest w domu, dlatego gra tak wyjątkowo. A przede wszystkim to po prostu dobry dzieciak.

Z Charlottenburga do NBA?

Mówi się, że Maodo Lo już niedługo może trafić do NBA. Razem ze Svenem Simonem szukamy rozgrywających, którzy do najlepszej ligi świata trafili przed lub chwilę po trzydziestce – Milos Teodosić, Juan Carlos Navarro, Facundo Campazzo…

– To zapewne ostatni sezon Maodo w Berlinie – mówi Sven Simon. – Albo ktoś zaoferuje mu wielkie pieniądze i karierę w Europie, albo trafi do NBA. Chyba że uzna, iż chce zostać legendą Alby, której koszulka zawiśnie kiedyś pod kopułą hali obok tej Dirka Nowitzkiego – kończy.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.