"Bezczelny dzieciak z Pragi" cudem wrócił do gry. "A teraz jazda na Polskę!"

Piotr Wesołowicz
Kontuzja Tomasa Satoransky'ego - koszykarza, którego kochają całe Czechy - postawiła kraj na nogi. Choć do tej pory numerem jeden był tu hokej, były gracz NBA sprawił, że dziś mówi się tylko o koszykówce. Przed meczem z Polską (piątek, 17.30) odwiedziliśmy jego rodzinne strony.

Korespondencja z Czech

Czwartkowa konferencja Czechów przebiegła w dość napiętej atmosferze. Dziesiątki kamer i mikrofonów wycelowane były w największą gwiazdę czeskiej koszykówki – Tomasa Satoransky’ego.

Czeska legenda

– Jak twoja kostka, czy zagrasz w meczu z Polską? – dopytywał jeden z dziennikarzy. – Z dnia na dzień czuję się coraz lepiej, ale decyzję podejmiemy w dniu meczu – odpowiedział spokojny jeszcze Satoransky. – Ach, czyli to jakiś sekret, rozumiem… – odparł dziennikarz, a Satoransky, już nie na żarty, się odwinął: – Nie rozumiesz, co to znaczy "decyzja w dniu meczu", czy mam ci wytłumaczyć?

Zobacz wideo Koszykarze byli 8. drużyną świata, teraz grają eliminacje eliminacji

– Panowie, proszę – przerwał selekcjoner Czech Ronen Ginzburg. – Apeluję do wszystkich dziennikarzy, nie tylko czeskich: nieważne, czy Tomas zagra z Polską lub nie, powinniśmy być szczęśliwi, że w ogóle jest z nami.

Taka postawa nie dziwi – Satoransky to w Czechach postać pomnikowa. Jest tym, kim dla Polaków jest Iga Świątek, dla Serbów Novak Djoković, a dla Portugalczyków Cristiano Ronaldo. Żywą legendą. A zwłaszcza w rodzinnej Pradze.

Miasto w trakcie EuroBasketu jest pełne plakatów z wizerunkiem Satoransky’ego i podpisem: "JSEM IN" ("jestem tu"), obok hali znajduje się odlew jego dłoni. To głównie jego chce oglądać 14 tys. czeskich fanów, którzy wypełnią O2 Arenę na każdym meczu gospodarzy. To w nim widzą nadzieję na sukces.

Kosz na stodole i "praski Rucker Park"

Ale o tym za chwilę. Bo prawdziwie unikatowe miejsce, którego gospodarzem jest Satoransky, znajduje się na Pražacce, na nowootwartym boisku w dzielnicy Žižkov. Tu Tomas stawiał pierwsze koszykarskie kroki.

Boisko Tomasa Satoraynsky'egoBoisko Tomasa Satoraynsky'ego Piotr Wesołowicz

– To nasz praski Rucker Park – mówi nam Vojta, który w czwartek przyszedł oddać kilka rzutów. Nawiązuje oczywiście do legendarnego boiska w Nowym Jorku. To praskie takiej renomy jeszcze nie ma, Satoransky przeciął tu wstęgę ledwie dwa tygodnie temu, ale również wygląda imponująco i ma nowojorski sznyt – nowoczesne kosze, kolorowe podłoże, drzewa wokół, ławki do odpoczynku z wypisanymi nazwami klubów, w których grał Satoransky – Barca, The District (Washington Wizards), Bulls. A na środku logo oraz wielki napis "Sato". To jest jego miejsce na ziemi.

"Pod koniec lat 90. w Pradze nie było zbyt wielu miejsc, w których moglibyśmy grać w kosza. Boisko pośród bloków było dla mnie wybawieniem. Poza tym miałem kosz przymocowany do stodoły u mojej babci w Davle. To tam pokochałem koszykówkę" – pisał Satoransky w tekście "Dzieciak z Pragi" na łamach "Bez Frazi", witryny będącej odpowiednikiem słynnego "Players Tribune", na której sportowcy własnymi słowami opisują własną życiową drogę.

Satoransky na Pražacce wyrósł na najlepszego koszykarza w kraju i niekwestionowanego lidera kadry. W zasadzie od początku było wiadomo, że zostanie sportowcem – jego rodzice grali w siatkówkę, Tomas w genach odziedziczył i dryg, i warunki fizyczne.

W pierwszoligowym USK Praga zadebiutował w wieku 15 lat, będąc najmłodszym graczem w historii czeskiej ligi. Ale szybko z kraju wyjechał. – Po pierwszym sezonie powiedziałem mu, że idzie mu świetnie, ale musi się nastawić na ciężką pracę. A on odparł: "Trenerze, jadę do Hiszpanii. Chcę grać w Eurolidze, a potem trafię do NBA". Powiedział to w wieku 15 lat. Wiele dzieci mówi takie rzeczy, wielu o tym marzy. Ale w jego przypadku było jasne, że to się wydarzy, a my nie możemy go powstrzymywać – wspomina w "The Athletic" Amerykanin Ken Scalabroni, pierwszy trener Satoransky’ego w USK Praga.

"Chciałem zapaść się pod ziemię, wyparować"

W kadrze Tomas zadebiutował rok później. Był tak podekscytowany tym, że zagra w drużynie narodowej, że na mecz z Wielką Brytanią (również w praskiej O2 Arenie) wybiegł w koszulce założonej tył na przód.  

"Grałem chwilę, zanim Loul Deng, zawodnik Chicago Bulls, zaśmiał się ze mnie: Chłopaku, masz koszulkę na lewą stronę. Chciałem wtedy zapaść się pod ziemię, wyparować. Myślałem, że najpiękniejszy moment w moim życiu zamienia się w koszmar. Ale rumieniec wstydu przekształciłem w płomień" – wspomina.

Potem było tak, jak przewidział bezczelnie pewny siebie 16-letni Satoransky – Tomas wyjechał do Hiszpanii, w Sevilli i Barcelonie spędził siedem lat, a potem trafił do NBA – już w 2016 r. podpisał kontrakt z Washington Wizards.

Czesi kochają go nie tylko za to, że był ich człowiekiem w najlepszej lidze świata. Tomas jest "praskim generałem", jak nazywa go selekcjoner Ronen Ginzburg, także dlatego, że prowadzi kadrę do sukcesów – jak w 2019 r., gdy na mundialu w Chinach skromniutkie Czechy zajęły szóste miejsce.

– Oszaleliśmy na punkcie koszykówki, to była mania. Nigdy nie sądziłem, że takie coś może wydarzyć się w Czechach – opowiada Jiri Kalemba, czeski dziennikarz i podcaster. Kraj, który do tej pory kochał niemal tylko hokej i unihokej, nagle zwariował na punkcie koszykówki.

Czesi cieszyli się, że drużyna w ogóle zakwalifikowała się do turnieju – wcześniej największym sukcesem było siódme miejsce na EuroBaskecie w 2015 r. – a tymczasem ich kadra stała się jego największą sensacją. Najpierw poniosła wkalkulowaną porażkę ze Stanami Zjednoczonymi 67:88, ale potem pokonała Japonię 89:76 i przede wszystkim faworyzowaną Turcję – 91:76. Dzięki temu Czechy sensacyjnie zakwalifikowały się do kolejnej rundy. Co prawda w ćwierćfinale lepsza była Australia, a w meczu o piąte miejsce Serbia, to jednak szóste miejsce w debiucie na mundialu to był wielki wyczyn. A dwa lata później przyszedł kolejny sukces – pierwszy w historii utworzonego w 1993 r. państwa awans na igrzyska. MVP turnieju kwalifikacyjnego w Kanadzie, a wcześniej mundialu w Chinach był nie kto inny jak Satoransky.

– Jest głównym powodem, dla którego graliśmy tak fantastycznie. Za każdym razem, gdy zakłada koszulkę drużyny narodowej, stajemy się bardziej pewni siebie. Jest sercem zespołu – dodaje Kalemba.

To dlatego Ronen Ginzburg apelował w ostatni czwartek, by doceniać samą obecność Satoransky’ego w trakcie EuroBasketu. Nawet jeśli miałby nie wystąpić w meczu otwarcia z Polską.

Satoransky jest błogosławieństwem

Kontuzja, której kilkanaście dni temu nabawił się 31-letni rozgrywający, stała się w Czechach sprawą narodową. W dniu meczu z Polską Satoransky jest bohaterem "jedynek" czeskich gazet. A w zasadzie on i… jego kostka – "Sport" publikuje zdjęcie oraz opis stabilizatora na kostce koszykarza.

"Ten facet ma odwagę i serce wojownika. Tomas, nawet z mocno skręconą kostką, rusza na misję EuroBasket. Wydawało się, że wyczekiwany przez cały kraj lider drużyny nie będzie mógł zagrać w turnieju. Ale Satoransky wykazał się charakterem. Tego rodzaju uraz leczy się nawet do sześciu tygodni. A Tomas wraca po 12 dniach. Jego wysiłek jest godny podziwu" – pisze dziennik na okładce.

Satoransky trenował z drużyną i w środę, i w czwartek. Był rozpromieniony, po zajęciach powiedział nam, że czuje się lepiej niemal z każdą chwilą. I dopiero seria pytań o kostkę wyprowadziła go z równowagi.

Selekcjoner przyznał, że wielu graczy w sytuacji Tomasa by się wycofało z gry. Dodał, że Satoransky jest dla Czechów błogosławieństwem, że to cud, iż jest w zespole. – Cud? Wierzę, że kiedy człowiek wmawia sobie, że może coś zrobić, to da radę. Ja nie poddaję się nigdy – mówi Satoransky.

Czesi sami siebie oceniają jako potencjalnego czarnego konia turnieju. "Możemy zaświecić pełnym blaskiem. Albo w tym blasku spłonąć" – piszą o sobie. Mecz Polska – Czechy o 17.30. Transmisja w TVP Sport. Relacja i spostrzeżenia na Sport.pl.

Więcej o: