Falstart polskiej kadry. Radykalne zmiany. "Brutalne. Jest tylko jeden gracz"

Dwa mecze, dwie porażki. I to bliźniacze - i w Izraelu, i z Niemcami polscy koszykarze walczyli o zwycięstwo do ostatnich sekund, a jednocześnie w obu meczach byli zwyczajnie słabsi. Czy nowy selekcjoner zbyt radykalnie odmłodził kadrę? A może wręcz przeciwnie - w jej przebudowie powinien kopać jeszcze głębiej?

Na matematyczne kalkulacje jest za wcześnie. Polacy zajmują ostatnie miejsce w grupie D, ale stawka, w której jest także Estonia, wygląda na wyrównaną. Cztery dotychczasowe mecze kończyły się różnicą ośmiu, trzech, dziesięciu i trzech punktów, trzy z nich wygrywali goście. Jest ciasno i może tak być do końca.

O ile oczywiście do walki o awans do drugiej fazy eliminacji wcisną się Polacy. W lutym biało-czerwonych czekają dwa spotkania z Estonią (1-1) – teoretycznie najsłabszym zespołem w grupie, który zaskoczył wygrywając w Niemczech i długo walczył u siebie z Izraelem. Najpierw zagramy na wyjeździe, potem u siebie. Po tych spotkaniach będziemy mądrzejsi, jeśli chodzi o szanse na miejsce w trójce i awans do kolejnej rundy kwalifikacji do mistrzostw świata w 2023 r.

Tak wygląda przyszłość najbliższa, ale Igor Milicić podkreśla, że jego plan sięga dalej. Jak sam mówi – wiele lat do przodu. – Mnie nie interesuje wynik tu i teraz, to czy wygramy w najbliższych miesiącach jeden mecz więcej lub mniej. Chcę zbudować coś, z czego będziemy korzystać w przyszłości – tłumaczy.

Jesteśmy europejskim średniakiem - kim będziemy w 2025 roku?

Ta przyszłość już się zaczęła. Jej zapowiedzią był brak powołań dla graczy powyżej 30. roku życia, a początkiem – pierwszy tydzień pracy Milicicia z kadrą. Szklaną kulą, zamgloną ze względu na kontuzje potencjalnych liderów - Mateusza Ponitki, Michała Sokołowskiego i Michała Michalaka - są dla nas dwa mecze: 61:69 na wyjeździe z Izraelem i 69:72 u siebie z Niemcami.

Cele na przyszłość nie zostały zdefiniowane. Ani trener, ani prezes PZKosz nie ogłosili, jakie wyniki, jaka pozycja w światowej hierarchii będzie dla nas satysfakcjonująca za kilka lat. Patrząc na wyniki przez pryzmat ostatniej dekady, jesteśmy europejskim średniakiem, którego stać na błyskotliwe wyskoki (ósme miejsce na mistrzostwach świata), ale któremu zdarzają się też deprymujące wpadki w eliminacjach. W ósemce EuroBasketu nie byliśmy od 1997 roku.

Jeśli więc patrzymy w przyszłość, to na co konkretnie? We wrześniu 2022 roku zagramy na EuroBaskecie, jesteśmy w trakcie walki o mistrzostwa świata w 2023, w 2024 roku odbędą się igrzyska w Paryżu. Potem czekają nas EuroBasket 2025 oraz mistrzostwa świata w 2027 roku. Jakikolwiek medal jawi się tylko w sennych marzeniach, sukcesem byłby awans na igrzyska lub ćwierćfinał pozostałych imprez.

Wracając do słów Milicicia: - Chcę zbudować coś, z czego będziemy korzystać w przyszłości – mówi trener. Zostawmy na boku stwierdzenie, że jest za wcześnie na oceny i przewidywania. Skoro trener przedstawia nam pomysł na odmłodzenie kadry i sprzedaje nam przy tym wizję przyszłości, to kupujmy ją jako uważni konsumenci, dokładnie oglądając opakowanie.

Najmłodszy, najrówniejszy, najlepszy. On jest przyszłością

Aleksander Balcerowski - to prawdopodobnie zbyt brutalna, ale zarazem najprostsza i, niestety, krótka odpowiedź na pytanie o to, których zawodników z obecnego zespołu Milicicia można zobaczyć oczami wyobraźni, jak walczą o wdarcie się do europejskiej lub światowej czołówki w latach 2025-27.

21-letni Balcerowski ma 219 cm wzrostu, ambicje dostania się do NBA i wciąż sporo rzeczy do poprawienia. Umiejętność zajmowania pozycji pod koszami, zdecydowanie w grze w ataku, podejmowanie decyzji i dyscyplina taktyczna, stawianie dobrych zasłon – tego wciąż jest sporo, można powiedzieć, że Balcerowski wciąż się uczy, kształtuje.

Jednocześnie – w meczach z Izraelem i Niemcami najmłodszy gracz drużyny był jej najlepszym, najrówniejszym zawodnikiem. Średnio zdobywał 13,5 punktu, miał po 6,5 zbiórki oraz świetne 4,5 bloku. Trafił 64 proc. rzutów z gry, był naszą jedyną siłą pod koszem. Pogoń za Niemcami w czwartej kwarcie niedzielnego meczu w dużej mierze opierała się właśnie na Balcerowskim i nie ma wątpliwości – on jest przyszłością reprezentacji.

Skuteczni, ale nierówni, czyli pojawiam się i znikam

Kto jeszcze jest jej przyszłością w tej dłuższej perspektywie? Pod uwagę nie bierzemy oczywiście tylko boiskowej formy i tego, co zawodnicy pokazali przeciwko Izraelowi i Niemcom. Liczą się także wiek, potencjał do rozwoju, możliwości fizyczne, nabyte już umiejętności. I biorąc to wszystko pod uwagę, trudno być optymistą.

Ciekawe, że najlepsi strzelcy obu meczów – Michał Kolenda (16 punktów z Izraelem) i Jakub Schenk (17 z Niemcami) – nie odegrali istotnej roli w drugim spotkaniu. Kolenda z Niemcami zdobył trzy punkty oddając tylko jeden rzut, choć zaliczył też sześć zbiórek. Schenk w meczu z Izraelem miał 1/7 z gry – do czterech punktów dodał po pięć zbiórek i asyst, ale miał też najgorszy w zespole współczynnik +/-. Grę Kolendy i Schenka równocześnie można i chwalić, i dostrzegać w niej niedostatki.

Na marginesie zmiennego poziomu gry obu graczy - nierówność to słowo, którym można opisać wiele aspektów gry biało-czerwonych - dotyczyła ona m.in. rytmu akcji, dysproporcji między lepszą obroną i gorszym atakiem, różnic w poziomie gry w czasie kilku minut. Ta nierówność jest oczywiście zrozumiała, bo kadra Milicicia po raz pierwszy spotkała się tydzień temu. Czasu było mało, ale przecież dużo więcej go nie będzie. Za trzy miesiące reprezentacja zbierze się na kilka dni przed kluczowym spotkaniem w Estonii.

Młodzi, ale już dwudziestopięcioletni

Dwa nierówne mecze rozegrał też Jarosław Zyskowski (niewidoczny z Izraelem, skuteczny z Niemcami, gdy został przesunięty na skrzydło). Z kolei po dwa równe – ale niedobre - spotkania zagrali Jakub Garbacz (w sumie 5/30 z gry, w tym 3/22 za trzy, to dla strzelca dno) oraz Tomasz Gielo (średnio 4 punkty przy 30 proc. skuteczności, to dla najbardziej doświadczonego gracza zespołu wynik słaby). To, że mogą grać lepiej, jest jasne. Ale o ile lepiej na poziomie reprezentacji?

Oba spotkania pokazały też ograniczenia Marcela Ponitki (trudności w organizowaniu akcji, jego presja w obronie nie robiła wyjątkowego wrażenia na rywalach) oraz Dominika Olejniczaka (tak bezbarwne występy, że można było zatęsknić za Adamem Hrycaniukiem). Waleczności i twardości odmówić im nie można, ale na poziomie reprezentacyjnym to podstawa, a nie atut. Pokazali to Izraelczycy i Niemcy, którzy dołożyli do tych cech lepszą organizację gry.

Co ważne – spośród zawodników wymienionych w powyższych akapitach najmłodsi z nich Kolenda i Ponitka mają po 24 lata, Olejniczak – 25, a pozostali – 27 lub więcej. Średnia wieku wszystkich 13 koszykarzy, którzy zagrali u Milicicia, to 25,4. Średnia wieku Niemców, którzy pokonali Polskę w Lublinie, to 26,5. Rozgrywający Justus Hollatz, który zdobył osiem punktów, miał siedem asyst i pięć przechwytów, a nie popełnił żadnej straty, ma 20 lat.

Kolenda praktycznie nie grał, ale wciąż jest nadzieją

Dlatego, paradoksalnie, patrząc w daleką przyszłość obok Balcerowskiego wciąż zerkamy na Łukasza Kolendę. Paradoksalnie, bo 22-letni rozgrywający rozegrał tylko dziewięć minut z Izraelem – potem z gry wyeliminował go uraz. W te dziewięć minut Kolenda zdobył trzy punkty, zaliczył dwie asysty, ale z nim na boisku zespół był słabszy od rywali o dziewięć punktów.

Przebłysku nie było, ale mierzący 191 cm wzrostu rozgrywający, który rozpoczął swój piąty sezon z poważnymi minutami w ekstraklasie, a w Śląsku Wrocław regularnie gra także przeciwko silnym rywalom w Pucharze Europy, wciąż jest nadzieją. Ze względu na parametry, talent, potencjalne łączenie obu obwodowych pozycji. Ale doprecyzowując – Kolenda nadzieją jest od kilku dobrych lat i jeśli ktoś szybko powinien wykorzystać w reprezentacji szansę, jaką daje wizja przebudowy Milicicia, to musi to być właśnie on.

Będzie starszyzna, może być synergia

Po spotkaniu z Niemcami zapytaliśmy selekcjonera o pierwsze wnioski z dwumeczu – o elementy, na bazie których mamy budować lepszą przyszłość. - Na pewno nasza obrona jest na tym poziomie, co chcemy. Są malutkie błędy i niedokładności, które możemy ulepszyć, ale jest dobrze – stwierdził Milicić. I kontynuował: - W ataku jest większy problem, tu potrzebujemy więcej czasu. Na pewno mamy zawodników zdolnych do tego, by stwarzać w ataku przewagi. Jest potencjał w tych chłopakach, a jak dołączą do nas ci starsi, obecnie kontuzjowani, to wszystko się zazębi – wyraził nadzieję.

Ci starsi to najlepszy polski koszykarz Mateusz Ponitka, kluczowy gracz reprezentacji Michał Sokołowski i doświadczony strzelec Michał Michalak. Mają odpowiednio 28, 29 i 28 lat, selekcjoner nazywa ich "starszyzną". To potencjalni liderzy, przy których łatwiej może się grać Zyskowskiemu, Garbaczowi czy Gielo. Z nimi Miliciciowi powinno być łatwiej o wytworzenie efektu synergii, egzekwowanie swoich pomysłów po obu stronach boiska.

"To są nasi kadrowicze"

Ciekawe jednak, jaką drogą przy bilansie 0-2 i konieczności zwyciężania w lutowych meczach z Estonią pójdzie teraz Milicić. Przed startem eliminacji trener powtarzał w wywiadach, że przed weteranami, których nie zaprosił na zgrupowanie (m.in. A.J. Slaughter, Aaron Cel czy Damian Kulig) drogi do kadry nie zamyka i jeśli będzie taka potrzeba, to może ich jeszcze powołać.

- Na takie decyzje jest oczywiście za wcześnie, ale czy zakłada pan powołanie np. Slaughtera czy Cela na lutowe mecze z Estonią? – zapytaliśmy Milicicia po spotkaniu z Niemcami. Trener się żachnął: - Bardzo się cieszę, że pan zapytał, Zyskowski zagrał bardzo dobry mecz. W pierwszym spotkaniu nasz debiutant Michał Kolenda też zagrał rewelacyjny mecz. Kolejny zawodnik Jakub Schenk, który w spotkaniu z Niemcami pilnował piłki w drugiej połowie i walczył jak lew, też wypadł świetnie. To są bardzo dobrzy zawodnicy, na których będziemy opierać swoją przyszłość i fajnie, że o tych graczy pytamy i tych graczy podziwiamy. To są nasi kadrowicze – zakończył z przekąsem. Można te słowa uznać za sygnał, że swojego podejścia do budowania kadry Milicić zmieniać nie zamierza.

Prawdziwe odmłodzenie dopiero w czerwcu?

W dyskusji o odmłodzeniu kadry wybrzmiewają opinie, że jest ono zbyt radykalne, że zamiast rewolucji lepsza byłaby ewolucja – pozostawienie w składzie któregoś ze starszych, doświadczonych graczy, a szczególnie Slaughtera. Są to komentarze uzasadnione, ale być może warto się zastanowić nad jeszcze bardziej skrajną opcją, czyli jeszcze bardziej radykalnym sięgnięciem po graczy urodzonych na przełomie wieku.

Czy 22-letni Adrian Bogucki nie mógłby grać zamiast Olejniczaka? Czy niespełna 19-letni rozgrywający Aleksander Wiśniewski nie mógłby być w kadrze meczowej zamiast Andrzeja Mazurczaka? Jeśli stawiamy na przyszłość, jeśli nowa jakość w grze polskiej kadry ma być widoczna na - jak roboczo zakładamy - EuroBaskecie 2025, to dlaczego już teraz nie budować graczy, którzy za cztery lata będą w najlepszym wieku, by wejść na już naprawdę wysoki poziom?

Oczywiście, Milicić tych graczy dostrzega, powołał ich na lubelskie konsultacje przy okazji meczu z Niemcami, a w szerokiej kadrze byli przecież 18-letni Jeremy Sochan oraz rok starszy syn selekcjonera Igor Milicić junior. Szukając talentów w tym pokoleniu należy brać też pod uwagę Kacpra Kłaczka, który niebawem skończy 20 lat i tak jak wymieniona wcześniej dwójka gra w NCAA.

To gracze wszechstronni, utalentowani, z dużym potencjałem. Każdy z nich marzy o NBA, przed każdym z nich rysujemy dużą koszykarską przyszłość. W lutym ich jednak w kadrze także nie będzie, uczelnie nie zwalniają studentów na mecze reprezentacji. Sochan i Milicić junior, a kto wie, może także Kłaczek, najwcześniej na zgrupowaniu mogą się pojawić w czerwcu.

Ale zanim nadejdzie lato i, być może, okazja spojrzenia na naprawdę młodych kadrowiczów, reprezentację czeka niełatwa zima i kluczowy dwumecz z Estonią. - Mało nam brakowało, żebyśmy odnieśli zwycięstwo, a jednocześnie zbyt wiele nas od niego dzieliło. Mam nadzieję, że w lutym, przy pomocy zawodników są kontuzjowani, przełamiemy tę passę i zaczniemy wygrywać – powiedział po porażce z Niemcami Milicić.

Budowa trwa. W szklanej kuli wciąż widać mgłę.

Więcej o: