Radosław Hyży ostro o reaktywowanym Śląsku, kadrze i Marcinie Gortacie

- Mnie w ogóle to Marcin nieco śmieszy. Albo ma złych doradców, albo jest naiwny. Na początku sprzedawał się jako obrońca reprezentacji, taki co zrobi wszystko dla kadry. Pieniądze są bardzo ważne i pewnie będąc na jego miejscu, nie mając swojego charakteru, zrobiłbym tak samo. Ale jak się mówi, że ojczyzna jest ważna, to niech się tego trzyma - mówi Radosław Hyży, były reprezentant Polski, obecnie koszykarz drugoligowego WKS Śląsk Wrocław.

"Gazecie" i Sport.pl Hyży udzielił pierwszego wywiadu po prawie dwóch latach milczenia w mediach. Zawodnik, który kiedyś ze Śląskiem zdobywał dwa brązowe medale mistrzostw Polski, teraz znów powrócił do Wrocławia. Będzie grał jednak w II-ligowym WKS, a nie w reaktywowanym przez Przemysława Koelnera ekstraklasowym Śląsku.

Szczepan Radzki: Dlaczego kochany przez kibiców i media Radosław Hyży milczał przez blisko dwa lata?

Radosław Hyży: - Nie ma w tym nic szczególnego. Wyjechałem do Czech i nie chciałem rozmawiać z prasą, bo o polskiej koszykówce nie miałem po co. Przecież krajowych rozgrywek nie widziałem. Pewne rzeczy mnie bolały, pewne bym zmienił, ale nie miałem na to żadnego wpływu. Chciałem też trochę odpocząć i naprawdę było fajnie. A bolało mnie wiele spraw. Począwszy od tego, jak dwa lata temu zorganizowaliśmy Eurobasket 2009, aż po sytuację w lidze.

Dlaczego Panu nie podobał się EuroBasket 2009?

- Związek uważał, że wszystko było zrobione ok. Kibice mieli się pchać na hale, organizacja miała być super, a to nie było tak jak ja tego oczekiwałem. Nie podobało mi się podejście związku graczy, trenera. Uważam, że to był pełny minimalizm. Szkoleniowiec dostał zadanie wyjścia z grupy, a przecież z tymi zawodnikami cele powinny być inne. Myślę, że nawet ćwierćfinał. Wszyscy krytykowali trenera Urlepa jak graliśmy w Hiszpanii w 2007 roku. Ludzie zapominają, że Muli Katzurin miał czterech więcej zawodników i to pierwszopiątkowych. Moim zdaniem my graliśmy lepiej, staraliśmy się. W Polsce były gwiazdy, myślałem, że kibice, dziennikarze będą na nich naciskali, żeby grali o coś sensownego. Mistrzostwa przeszły trochę bez echa.

To jakiego trenera powinna mieć reprezentacja? Czy Ales Pipan to dobry wybór?

- Przed sezonem powiedziałem, że Ales Pipan to dobry wybór, przy założeniu, że będzie Gortat, Lampe, Logan lub Kelati. Przy takich zawodnikach jakich posiadamy, musimy mieć trenera z wielkim doświadczeniem prowadzenia zespołów narodowych. Mnie boli jednak co innego, to że drugim szkoleniowcem jest trener Starcević. Boli mnie też to, że dyrektorem sportowym jest Walter Jeklin. I serce krwawi mi z tego powodu. Rozmawiałem z prezesem Bachańskim i on uważa, że na stanowisko dyrektora nie było odpowiedniego kandydata. Ja sądzę, że gdyby się szukało w odpowiedni sposób i rozmawiało z ludźmi, to by ktoś z kompetencjami się znalazł. Takiego kandydata trzeba sobie wychować, a ja uważam, że dyrektorem sportowym reprezentacji powinien być były reprezentant. Przecież ktoś może wstać lewą nogą, bo zdenerwowała go żona i powiedzieć, że stanowiska w PZKosz zostały obsadzone, bo jeden i drugi to koledzy. A wiemy kto rządzi przy federacji - sędziowie. Jak to będzie Polski Związek Sędziów, to niech i tak będzie, ale to jest Polski Związek Koszykówki. Kiedyś z ciekawości sprawdziłem kto jest prezesem federacji włoskiej i jest to były zawodnik.

Taką kadrę jak mamy teraz mógłby prowadzić z powodzeniem szkoleniowiec z Polski, a asystentami mogłoby być dwóch trenerów młodzieżowych. Bo od kogoś muszą się przecież uczyć. A ja mam wrażenie, że Pipan czy nawet wcześniej Katzurin, którego byłem krytykiem, dostają pensje i nie interesuje ich to co dzieje się w naszej koszykówce. A skoro im płacimy, to przecież niech oni coś nam w zamian dają, w tym wypadku oprócz prowadzenia kadry także podnosić poziom naszych młodych trenerów.

Wspomniany przez Pan Gortat nie zagra, bo nie chce stracić kontraktu w NBA, na który pracował bardzo długo.

- Mnie w ogóle to Marcin nieco śmieszy. Albo ma złych doradców, albo jest naiwny. Na początku sprzedawał się jako obrońca reprezentacji, taki co zrobi wszystko dla kadry. Pieniądze są bardzo ważne i pewnie będąc na jego miejscu, nie mając swojego charakteru, zrobiłbym tak samo. Ale jak się mówi, że ojczyzna jest ważna, to niech się tego trzyma. Nie można kochać jednego, drugiego i trzeciego klubu i całować kolejne herby. Nie znoszę tego. Tak samo jest z reprezentacją, skoro się do czegoś zdeklarował, to niech się nie wycofuje. Ja na miejscu Marcina powiedziałbym chyba, że kariera zawodnicza jest na tyle krótka, że pieniądze są ważne, mówiłem tak o kadrze, ale zmieniłem zdanie bo jestem starszy i mam przed sobą jeszcze sporo życia. Tylko to o zmianie zdania właśnie mi się nieco kłóci i jest elementem, który mi się w Marcinie nie podoba. Wszyscy wiedzą jaki jestem, zawsze mówiłem szczerze co sądzę, źle na tym czasem wychodziłem, ale żyłem w zgodzie z samym sobą.

Wspominał Pan o lidze. Co w niej było nie tak?

- Na przykład to, że jest coraz więcej zagranicznych trenerów w Tauron Basket Lidze. A związek nie reaguje. Mówiłem kiedyś prezesowi Ludwiczukowi, że we Francji jest tak, że można mieć zagranicznego trenera, ale klub musi wtedy za to zapłacić. Nasze kluby tłumaczą, że nie ma kogo wziąć do ekstraklasy na pierwszego szkoleniowca. I w ten sposób w tym roku mamy 7 lub 8 trenerów Polaków. Ale im trzeba dać szansę inaczej będziemy narzekać na to tak jak w tym momencie.

Wybrał pan grę w II lidze, choć miał pan też oferty z ekstraklasy. Śląsk jest tak ważny?

- WKS Śląsk rozmawiał ze mną już jakiś czas temu i powiedziałem wtedy, że jeśli będzie tak, jak teraz mówią, to zdecyduję się podpisać kontrakt. Ze mną nie ma problemu ze znalezieniem wspólnego języka, bo jestem bardzo prostym człowiekiem.

To dlaczego nie ekstraklasa?

- Chodzi o zespół pana Koelnera? Powiem szczerze, nie podobało mi się, w jaki sposób ten klub został stworzony. Nie chcę w lokalnego rywala uderzać, ale skoro pan Koelner twierdzi, że nie zna się na koszykówce, to niech się za to nie bierze. Mówi, że zatrudnia odpowiednie osoby, a ja widzę, że niektóre osoby bardziej żerują na nim, niż robią coś dla dobra koszykówki. I mam wrażenie, że on też powoli przekonuje się, że chyba ktoś go wykorzystuje.

Mówi pan o lokalnym rywalu, więc jest rywalizacja pomiędzy dwoma koszykarskimi zespołami Śląsk? Przecież to kuriozalne, że nagle największymi rywalami we Wrocławiu są Śląsk i Śląsk. I to w jednej dyscyplinie.

- Wiedziałem, że w końcu padnie to pytanie. Prawda jest taka, że Śląsk, który obecnie gra w II lidze, to był zawsze "ten Śląsk". Ten drugi Śląsk to ja nazywam roboczo zespołem pana Koelnera. Bo to on kupił dziką kartę, on zatrudnił osoby w klubie i na niego spadnie fala krytyki lub gloria chwały. Ale to się okaże za rok, dwa lata. Inna sprawa, że wszyscy razem nie możemy dopuścić do sytuacji, w której podzielimy kibiców, bo to by było najgorsze, co można zrobić. Jeśli zaś chodzi o rywalizację, naszym rywalem będzie WKK Wrocław, który gra w tej lidze co my.

Na razie sytuacja wygląda tak, że po dwóch stronach barykady znaleźli się byli dobrzy zawodnicy "starego Śląska". Maciej Zieliński i pan w WKS, a w reaktywowanym klubie Adam Wójcik i Dominik Tomczyk.

- Słowo "barykada" sugeruje, że ktoś stoi po złej lub dobrej stronie, więc to chyba nieodpowiednie stwierdzenie. Ja nigdy nie mówiłem, że jest mi po drodze z Adamem lub Dominikiem. Szanuję ich jako zawodników, Dominik był świetnym graczem, Adam mógł osiągnąć nieco więcej, ale to, że grał do 40. roku życia, zakrawa lekko na kpinę. Nie wiem, czy jego rywalom nie było wstyd, kiedy mając 38 lat, rzucał im punkty. Mi zawsze było wstyd i jak graliśmy przeciwko sobie, to Adam miał ze mną ciężko. Nie zmienia to jednak faktu, że podziwiam go za to, czego dokonał, i że w takim wieku utrzymywał się w formie. My jednak nie byliśmy nigdy kolegami. Dominika poznałem po zakończeniu przez niego kariery, okazało się, że jest człowiekiem wielkiego humoru i jest też bardzo otwarty. Jak graliśmy, to ja byłem innym człowiekiem, "Domino" był zamknięty i się nie kolegowaliśmy. Teraz też zresztą nie mamy numerów telefonów do siebie. Co do Maćka Zielińskiego, to muszę przyznać, że miałem taki okres, w którym myślałem, że mogę wejść w jego buty i być dla Śląska oraz kibiców kimś takim jak on. I dziś wstyd mi za tę myśl, bo to było bluźnierstwo. Otrzeźwiałem dopiero w wieku 29 czy 30 lat, bo przecież Maciek był jedyny w swoim rodzaju. To legenda, gracz, który jest i będzie zawsze utożsamiany ze Śląskiem. Nie ujmując nic Dominikowi i Adamowi, to pierwszy zaczynał w Gwardii, a drugi jeździł to tu, to tam. A Maciek nie.Wymienianie mojego nazwiska w tym gronie to zresztą lekkie nadużycie. Lepiej już powiedzieć o grającym w WKS Mirku Łopatce, bo on ma cztery mistrzostwa, a ja żadnego. Przy sukcesach tych ludzi ja powinienem być umiejscowiony gdzieś w Siechnicach albo jeszcze bardziej w stronę Tarnowa. Czyli bardzo daleko.

Kiedyś mówili, że jest pan brutalem i to niezbyt zrównoważonym.

- I chyba ci, co tak mówili, mieli trochę racji. Jak ostatnio grałem w Polsce, byłem bardzo pewny siebie, chciałem za wszelką cenę wygrać i być najlepszym. Szukałem specjalnie kontaktu z przeciwnikiem, chciałem, żeby on też był agresywny, czasem nawet chciałem, żeby mi coś zrobił. Teraz jest inaczej, jestem starszy i mądrzejszy, zrozumiałem pewne rzeczy. Mam też więcej kolegów, a kiedyś nie miałem żadnego.

I ma pan, jak widzę, w końcu telefon, bo tego też podobno brakowało.

- Tak, a w nim jest nawet chyba z sześć kontaktów. A jak na mnie, to i tak jest dużo ( śmiech ).

Więcej o: