TBL. Turów Zgorzelec zdobył wicemistrzostwo Polski!

Gratulacje dla mistrzów, ale chwała pokonanym - PGE Turów Zgorzelec przegrał rywalizację o mistrzostwo Polski, ale zrobił to w takim stylu, że stwierdzenie o wygranym wicemistrzostwie też się da obronić - pisze Łukasz Cegliński ze Sport.pl.

Mistrzem został Asseco Prokom Gdynia, który poniedziałkowy mecz nr 7 w Gdyni wygrał 76:71, ale pisząc te słowa wciąż nie jestem pewny, czy we wtorek, środę lub czwartek nie okaże się przypadkiem, że trener Turowa Jacek Winnicki wziął kolejny czas, zaplanował akcję na Daniela Kickerta, a ten trafił z faulem. Po niecelnym wolnym piłkę zebrał David Jackson i po jego dobitce spod kosza Prokom prowadzi tylko jednym punktem...

To już tylko fikcja literacka, ale pod wpływem oglądania gry Turowa w tym maratonie play-off nie trudno o takie wymysły - drużyna Winnickiego nie poddawała się przecież nigdy.

Minus siedem punktów na kilkadziesiąt sekund przed końcem w półfinałowym meczu nr 5 z Treflem Sopot u siebie, minus 10 i Torey Thomas z czterema przewinieniami w piątym spotkaniu finału w Gdyni, minus 20 w meczu nr 7 decydującym o złocie... Dwa pierwsze Turów wygrał, w trzecim, poniedziałkowym, zbliżył się na trzy punkty i miał szansę na remis, ale Jackson spudłował za trzy.

W ostatnich tygodniach wielokrotnie pisaliśmy o "Terminatorze" Thomasie, o zdeterminowanym Winnickim, który - przez większość ekspertów niedoceniany - potrafił zaszczepić tą determinację swojej grupie. Pisaliśmy o jej defensywie, o sile ciała i ducha, która pozwalała wyeliminować w maksymalnej liczbie spotkań i PBG Basket Poznań w ćwierćfinale, i Trefl w półfinale. Turów nie zawsze te drużyny pokonywał, on często je łamał. Prokomu nie złamał. Ale był bardzo blisko. Najbliżej ze wszystkich przeciwników etatowego mistrza Polski - trzy lata temu Saso Filipovski ze świetną drużyną Turowa przegrał w finale 70:76. W poniedziałek Winnicki przegrał o jeden punkt niżej.

Winnicki zbudował zespół bez gwiazd. Był cierpliwy, tak jak zresztą władze klubu - Turów nie robił rewolucji po porażkach z Polonią Warszawa i Kotwicą Kołobrzeg na początku sezonu. Pracował, pracował, pracował. To zresztą pasuje do takich graczy jak Thomas, Jackson, Konrad Wysocki czy Robert Tomaszek. A może nie tyle pasuje, co zaczęło pasować u Winnickiego?

Kto wie jak potoczyłyby się losy finału, gdyby zmiennika miał Thomas. Gdyby Ivan Koljević wytrwał do końca sezonu i nie uciekł ze Zgorzelca na początku play-off. Czy Thomas, który mógłby odpocząć, grałby w decydujących meczach lepiej? Zmęczenie Amerykanina było widoczne, w dwóch ostatnich meczach "Terminator" miał w sumie 19 punktów, 10 asyst i aż osiem strat. Wciąż był liderem, ale było go jednak trochę za mało.

Ale może Turów potrzebował odejścia Koljevicia? Może to właśnie ten impuls wzmocnił, scalił zespół jeszcze bardziej? Żeby zespół podnosił się w półfinale i finale z 0-1 i 1-2 na 3-2, musi działać jak zegarek. I Turów tak działał, nic nie chrzęściło.

Nie chrzęścił Michał Gabiński, kiedyś talent, ostatnio koszykarz uznawany za zmarnowanego. 24-letni podkoszowy dawał radę, bywał kluczowym graczem, pokazał, że stać go na solidną grę. Odważnie grał też o rok od niego młodszy Bartosz Bochno - popełniał błędy, nie trafiał, ale to go nie deprymowało, wciąż wierzył w swoje umiejętności. Wierzył w niego także Winnicki. Wiara w siebie to także składnik sukcesu Turowa.

Dlatego pięknie wyglądała złość Winnickiego po porażce. Kopnięcie krzesła, a może i nawet zaszklone oczy. Pięknie smucił się Jackson, którego rzut mógł doprowadzić do remisu. Turów pięknie przegrał mecz nr 7. Kto wie, może został najlepszym wicemistrzem w historii ligi?

Zwycięski Prokom też miał w tym sezonie swoją historię. Nieudana walka na europejskich frontach, niezliczona liczba koszykarzy w składzie, trzeci trener z drugim zespołem delegowane na ligowe mecze w Polsce... Wreszcie finał, w którym Prokom grał poniżej oczekiwań. W ważnych momentach (mecze nr 1 i 3) się sprężał, stojąc pod ścianą (spotkania nr 6 i 7) zwyciężał. Dokonał rzeczy niespotykanej odrabiając straty z 2-3 na 4-3, ale czy olśnił?

Momentami olśniewali Qyntel Woods, Daniel Ewing, Ratko Varda czy Filip Widenow, słowa uznania należą się Piotrowi Szczotce, Adamowi Hrycaniukowi i Courtney'owi Eldridge'owi, wielki szacunek trzeba mieć do Krzysztofa Szubargi i Roberta Witki, którzy sezon zaczynali lub kończyli z kontuzją, ale kiedy grali, bardzo pomagali zespołowi. Im to złoto smakuje szczególnie - dla Szubargi jest pierwszym w karierze, dla Witki pierwszym od 2003 roku i po serii przegranych finałów.

Ale jako drużyna Prokom nie olśnił. Miał wygrać i wygrał, ale wielkiej myśli i konstruowania wyrafinowanych akcji, które wykorzystując umiejętności Ewinga, Woodsa czy Vardy łamałyby zgorzeleckie zasieki, było niewiele. Za mało, aby ósmy tytuł z rzędu nazwać wielkim wyczynem.

Największym wyczynem tego sezonu był wynik Turowa. Oni nie przegrali mistrzostwa, oni wygrali wicemistrzostwo.

Dyskutuj z ludźmi, nie z nickami. Nie bądź anonimowy na Facebook.com/Sportpl ?

Więcej o: