Sport.pl+

Gwiazda Legii przenosi się do Hiszpanii. "Tam czuję się jak w domu"

Łukasz Cegliński
Andrzej Pluta
Fot. Tomasz Jastrzebowski / Foto Olimpik / PressFocus

- Mówiło się o mnie, że nie nadaję się do drużyny grającej o wysokie cele, że nie dostosuję się ze swoim stylem gry. Odbiłem się najpierw od ściany, ale potem nabrałem pokory i determinacji, by coś udowodnić - mówi Andrzej Pluta, który w minionym sezonie wygrał w Polsce wszystko.

Andrzej Pluta już dawno przestał być synem swojego ojca w tym sensie, że pisze swoją, piękną historię. Senior był znakomitym rzucającym na przełomie wieków, junior wyrósł na najlepszego gracza ligi w połowie lat 20. Od kilku lat ma pewne miejsce w reprezentacji Polski, ostatnio był gwiazdą Legii Warszawa, z którą zdobył dwa tytuły mistrzowskie. Teraz szykuje się do sezonu w Basquet Girona - do Hiszpanii wraca po sześciu latach, bo jako nastolatek trenował i grał w Madrycie, Sewilli i Ourense, przechodząc wszystkie szczeble młodzieżowej kariery. A w rozmowie ze Sport.pl 26-letni gracz opowiada o tym, jak doszedł na szczyt polskiej koszykówki.

Łukasz Cegliński: Wiesz, ilu graczy w historii PLK dokonało tego, co osiągnąłeś w minionym sezonie? Ilu było jednoczesnych mistrzów, MVP sezonu i MVP finału? 

Andrzej Pluta: Ooo, szczerze mówiąc, to nie mam zielonego pojęcia. Ale pewnie niewielu? 

Pięciu: Adam Wójcik, Maciej Zieliński, Tomas Pacesas, Travis Trice i Kameron McGusty. 

- No to ja w takim razie jestem zaszczycony. Większość z tych panów, to legendy, a Kameron, z którym grałem w ostatnim sezonie, to wiadomo, pan koszykarz. 

"Nie ma w lidze polskich graczy, którzy są młodzi, mają status gwiazdy i robią takie show na boisku" – tak powiedział niedawno o tobie prezes Legii Jarosław Jankowski. I pewnie większość kibiców się z tym zgodzi. 

- Nie czytałem tych słów, bardzo mi miło. Ale czy tak się czułem? Może odrobinkę, aczkolwiek bardziej skupiałem się na tym, żeby gra była skuteczna, a nie efektowna. Ale ja mam taki luźniejszy styl gry i dzięki temu, że dostałem swobodę od trenera, zaufanie od kolegów z drużyny, mogłem pokazać to, w czym czuję się najlepiej. 

Elementem show są te twoje rzuty za trzy, które można albo kochać – jak wpadają, albo nienawidzić – jak nie wpadają. Mówię tak dlatego, że oddajesz je jakby nonszalancko, po odskoku w tył, urywając rękę. Opowiedz, proszę, o tej mechanice rzutu, bo jest wyjątkowa, nieczęsto spotykana. 

- Kiedy grałem w koszykówce młodzieżowej, to często mówiono mi, że nie potrzebujemy na boisku Stephenów Currych, że to koszykówka, a nie streetball. Ale dla mnie te zachwiane, urywane rzuty, są wygodne. Może dlatego, że od lat tak często je trenowałem? Weszły mi w nawyk do tego stopnia, że są to dla mnie najbardziej komfortowe zagrania. Jestem wtedy w rytmie, wszystko jest kwestią wyczucia, a nie elementu powtarzalności - tej samej mechaniki, tego samego ustawienia nóg. One oczywiście są ważne, ale w sytuacjach, kiedy musisz znaleźć sobie miejsce, wykreować pozycję pod presją obrońcy lub czasu, nie zawsze da się to zrobić. Inaczej wygląda moja mechanika, gdy składam się do rzutu z lewej strony, inaczej z prawej. Ja pracuję nad tymi rzutami, to są godziny i setki prób, dlatego jak oddaję je w trakcie meczu, to czuję się w nich komfortowo. 

Zobacz wideo Gortat o swojej stylówce z początków kariery w NBA: Był moment, że miałem złoty łańcuch

Koszykarska Europa poznała cię w pierwszym meczu EuroBasketu ze Słowenią, kiedy na koniec trzeciej kwarty trafiłeś trójkę po kroku w tył sprzed Luki Doncicia. Kiedy zacząłeś trenować ten rzut, jak go szlifujesz? 

- Nie wiem, kiedy zacząłem tak rzucać, ale myślę, że przed wyjazdem do Hiszpanii, czyli przed 14. rokiem życia. Już wtedy, jako dzieci z moim bratem Michałem, bardzo dużo trenowaliśmy z tatą i zawsze staraliśmy się być przygotowani na wszystko. Nie byliśmy obdarowani wzrostem czy fizycznością i próbowaliśmy znaleźć coś, jakiś sposób, by znaleźć sobie miejsce do rzutu. Dlatego ten rzut z odejścia jest dla mnie naturalny – staram się delikatnie wybić obrońcę z równowagi, uzyskać miejsce odskakując w tył. Tyle czasu na to poświęciłem, że to teraz jedno z moich ulubionych zagrań. 

Mówimy na razie o rzucaniu, o trójkach, ale może powinienem zapytać cię, co w koszykówce najbardziej lubisz - zdobywać punkty czy zaliczać asysty? 

- Najlepiej, jakbym odpowiedział, że zaliczać asysty, bo mówi się, że wtedy dwie osoby są szczęśliwe - ten, kto podaje i ten, który rzuca.  

Wydaje mi się, że w dwóch ostatnich latach, które spędziłem w Legii, jako agresywny gracz szukający punktów, nauczyłem się też czytać grę i patrzeć na to, co daje mi sytuacja na boisku. Nauczyłem się też cierpliwości w tym sensie, że kiedyś od początku meczu chciałem zdobywać dużo punktów, a teraz rozumiem, że warto najpierw otworzyć swoich kolegów, bo to otworzy grę i dla mnie. Poprawia się rozstawienie drużyny na boisku, obrona nie jest skupiona tylko na mnie. Generalnie staram się podjąć jak najlepszą decyzję, choć nie zawsze się to udaje. 

Wracając do asyst - żeby je rozdawać, to sam muszę być agresywny, żeby przyciągać obrońców do siebie. I wtedy pojawia się bardzo cienka linia między byciem agresywnym i czytaniem gry, a zakładaniem klapek na oczy i szukaniem punktów. Wydaje mi się, że przez te dwa lata w Legii dużo pracowałem i staram się podejmować najlepszą decyzję. 

Fascynujący był ten twój rozwój w roli rozgrywającego, kreatora gry pod okiem Heiko Rannuli. Opowiedz, proszę, z perspektywy dwóch lat, jakie najważniejsze rzeczy otrzymałeś od trenera, by tak się rozwinąć? 

- Przede wszystkim zaufanie, a do tego dużo rozmów. Mamy z trenerem różne charaktery, ale on zaakceptował mnie takiego, jakim jestem. Trener wiedział, jakiego zawodnika ma i brał go na 100 proc. i z lepszymi, i z gorszymi rzeczami. Dzięki tej swobodzie, którą otrzymałem, zyskałem pewność siebie. A te rozmowy dotyczyły tego, o czym wspominałem wcześniej - nastawienia na początku meczów, podejmowania odpowiednich decyzji.  

Do rozmów, oglądania wideo, dodałbym też wyrozumiałość. Na początku nie było łatwo, mój styl gry może być dla trenera wymagający. Ale Heiko Rannula nie próbował mnie zmieniać, tylko próbował mnie nakierowywać na ważne rzeczy. Nie wymagał, żebym zmienił swój styl gry o 180 stopni, tylko zmieniał mnie stopniowo. Wydaje mi się, że po tych sezonach z nim jestem teraz trochę innym zawodnikiem, niż byłem wcześniej. I jest to zmiana na dobre. 

Masz 26 lat, przed tobą mnóstwo grania, wciąż się rozwijasz. Gdzie jest to pole do rozwoju, jakie konkretne rzeczy chcesz poprawić? 

- Chcę być lepszy w grze bez piłki, wydaje mi się, że mogę to robić skuteczniej w tym sensie, żeby lepiej ustawiać się na boisku, żeby być tam, gdzie trzeba w odpowiednim momencie, a po otrzymaniu piłki nie czarować, tylko szybciej podejmować decyzję. No i cały czas czytanie gry, a tu jest różnica. Jedna rzecz to zauważanie przewag w danej sytuacji i wiedza, gdzie najlepiej dostarczyć piłkę. A druga, to szersze skanowanie boiska, jeszcze zanim rozpocznie się akcja. Takie przewidywanie tego, co dopiero się wydarzy, gdzie ta przewaga będzie. Może nawet wykreowanie tej przewagi odpowiednim zachowaniem. Cały czas uczę się tego, by wiedzieć, co zrobić, aby zmienić potencjalną sytuację na boisku. 

Ale generalnie, to ja muszę poprawić wszystko. Mogę lepiej wyglądać fizycznie, mogę być lepszy w obronie... 

Tu ci przerwę, bo kolejne pytanie dotyczy właśnie obrony. Usłyszałem ostatnio fajne zdanie o tobie w kontekście twojej defensywy. Że mimo iż wybitnie nie bronisz, to stajesz się coraz lepszym obrońcą. Lepiej się ustawiasz, rotujesz, taktycznie używasz fauli. 

- To przychodzi z doświadczeniem - wiedza, gdzie się ustawić, prowokowanie niektórych sytuacji. Granie z głową. Ja znam swoje dobre i słabsze strony, staram się maskować te minusy. Jeśli będę agresywnie bronił szybkiego zawodnika na całym boisku, to nie będzie to za dobrze wyglądało. Staram się przykładać do skautingu, znać preferencje graczy, których pilnuję, grać fizycznie. Nie uważam, żebym był słabym obrońcą, ale czasem bywa tak, że jak się dobrze gra w ataku, to zapomina się trochę o defensywie – nad tym też muszę pracować.  

Cofnijmy się o dwa lata - chciałem zapytać o sezon w Gdyni: na ile potrzebowałeś takiego roku w Arce, w roli lidera nieco słabszego zespołu, żeby zrobić krok do przodu? 

- Są dwie drogi rozwoju – albo walczyć o miejsce w rotacji zespołu bijącego się o najwyższe cele, albo rola lidera w drużynie ze środka czy dołu tabeli. Najpierw poszedłem pierwszą ścieżką, byłem w Treflu Sopot, choć jako młodemu zawodnikowi na pozycji rozgrywającego było ciężko. Dużo się nauczyłem, zdobyłem doświadczenie - trener był wymagający, a margines błędu mniejszy.  

Arka była tą drugą ścieżką, choć wiedziałem, że ona niesie za sobą także ryzyko. Gdyby mi ten sezon nie wyszedł, to nie byłbym w dobrym miejscu. Nie wywalczyłbym pożądanych minut w lepszym zespole, nie uniósłbym roli lidera w słabszym i postrzeganie mnie nie byłoby dobre, opinia poszłaby w dół. W Arce pokazałem, że mogę być liderem i to otworzyło mi drogę do takiej drużyny jak Legia. 

O mnie we wcześniejszych latach mówiło się dużo rzeczy - że nie nadaję się do drużyny grającej o wysokie cele, że nie wiadomo, czy się dostosuję ze swoim stylem gry itd. A Aaron Cel mi zaufał, uwierzył we mnie. Dzięki niemu trafiłem do Legii, dziękuję mu za to. 

Czy Aaron zarysował ci wtedy dwuletni plan rozwoju indywidualnego? 

- Tak, rozmawialiśmy o szerszej perspektywie. Aaron znał moje plusy i wierzył, że dzięki nim drużynie uda się osiągnąć cele. Że będziemy sobie pomagać - ja się będę rozwijał, a zespół będzie grał lepiej. Jestem mu wdzięczny, że postawił na mnie, ale też za to, że przez te dwa lata zawsze dla mnie był - wspierał i był wyrozumiały, także w tych gorszych momentach. 

Zmieńmy na chwilę temat na ogólniejszy: twój brat, Michał, opowiadał mi niedawno o waszych rodzinnych treningach z mamą i tatą. To naprawdę był prawdziwy reżim treningowe, czy bliżej było do letniego rzucania, ćwiczenia skuteczności? 

- Był reżim, był. Zabawy i rzucanie to były, jak mieliśmy po pięć lat. Bardzo nam się podobało, pokochaliśmy koszykówkę, zależało nam. No i potem ta praca tylko rosła. Jak sobie przypominam okres, gdy mieliśmy po 11-14 lat, to w wakacje trenowaliśmy bardzo dużo, praktycznie codziennie. I w sumie staramy się tak robić do teraz, choć czasu jest mniej, bo doszły mi zgrupowania reprezentacji. Ale jak jeszcze nie jeździłem na kadrę, to całe wakacje przepracowywaliśmy z mamą i tatą. I to był czas, kiedy robiliśmy największe postępy indywidualne. 

Z bratem i rodzicami często opowiadamy o pobycie w Hiszpanii, o treningach tam – i oczywiście, zrobiliśmy tam duży progres, dużo się nauczyliśmy, ale pod względem technicznym nie odstawialiśmy od samego początku. Pojechaliśmy do Hiszpanii dobrze wyszkoleni indywidualnie dzięki rodzicom. Dzięki ciężkim i długim treningom. 

W podcaście "Nie ma co gdybać" u Tomasza Gielo i Michała Michalaka, twoich kolegów z reprezentacji, powiedziałeś, że na testach w Hiszpanii to o dwa lata młodszy od ciebie Michał robił większe wrażenie na trenerach. 

Tak było, na pierwszych testach w Estudiantes Madryt, trenerzy byli zachwyceni Michałem, a mnie brali trochę na zasadzie "2 for U". W Sewilli było to samo – z bratem na testach pracowali indywidualnie, po twarzach trenerów widać było, że robi wrażenie, a mnie wrzucili do grupy kandydatów z całego regionu. Ja, ten Andrzej, to byłem taki trochę: "No dobra, on też może". 

Michał buduje swoje miejsce w PLK, ostatnio miał dobry sezon w Ostrowie Wlkp., ale do twojego poziomu sporo mu jeszcze brakuje. Ale może jest coś, w czym brat jest od ciebie lepszy, co chciałbyś od niego przejąć? 

- Rzut z wyskoku po koźle. Na 100 proc. Zawsze mu tego rzutu za dwa zazdrościłem. Dobrze się do niego składa, wysoko trzyma piłkę, ciężko go zablokować. Wiem, bo wielokrotnie graliśmy jeden na jednego.  

Michał jest trochę większy ode mnie, ma dłuższe ręce, przybiera na masie. I ja zawsze powtarzałem, że jestem ja i jest Michał - pod względem umiejętności indywidualnych, technicznych, dostajesz to samo. A może nawet on jest ciut lepszy? Ja w koszykówce młodzieżowej byłem bardziej nabity, trochę więcej używałem ciała, a on musiał grać bardziej technicznie.  

Kto był twoim idolem, gdy zaczynałeś grać w koszykówkę? 

- Zawsze był nim tata, ale poza nim, to zawsze podobał mi się Allen Iverson. Był zawsze jednym z najniższych, ale na boisku czarował, wzorowałem się na nim. 

Słynął ze zwodów nazywanych crossoverami, którymi "lamał kostki" rywalom – po prostu przewracali się, nie wiedząc, w którą stronę pójść. Ty w ostatnim sezonie też je kilka razy pokazałeś. 

No, parę razy. Nie ma, co porównywać, ale jak byłem mały, to oglądałem dużo akcji Iversona i próbowałem odtworzyć jego zagrania. 

Wróćmy do twoich ostatnich sezonów – bardzo się wzmocniłeś fizycznie, coraz lepiej grasz w kontakcie. To był proces, czy może w którymś momencie spróbowałeś innego rodzaju pracy nad ciałem? 

- W Legii bardzo dużo trenowałem na siłowni, w ostatnim sezonie dzień w dzień. Nie chodzi o to, że siedziałem w siłowni po dwie godziny, ale codziennie się zjawiałem. Czasem to były zajęcia po pół godziny, po których mówiłem sobie: "Kurde, nawet się nie zmęczyłem, może lepiej było w tym czasie porzucać". Ale to rzeczywiście dało bardzo dużo, szczególnie, że dobrze przepracowałem okres, kiedy miałem kontuzję kolana. Skupiliśmy się wtedy z trenerem od przygotowania fizycznego na tylnych mięśniach nóg - dwugłowym, pośladkowym. Oszczędzaliśmy kolano, robiliśmy resztę. Jak wróciłem do grania po kontuzji, to trochę mnie to trzymało, musiałem szukać świeżości - nie mogłem ruszyć, brakowało pierwszego kroku, nogi były spóźnione. Ale w końcówce sezonu wszystko się rozruszało i czułem się mocniejszy. Ta praca się opłaciła. 

Ale w tej fizycznej grze chodzi też o doświadczenie i cierpliwość. Trzeba wiedzieć, jak się ustawić i kiedy wejść w kontakt. Jak łapię zawodnika na wykroku albo gdy jest spóźniony w obronie, to często mogę przestawić gościa, który jest ode mnie wiele silniejszy. Tylko trzeba wyczuć moment. 

Grałeś w PLK przez sześć sezonów i w każdym kolejnym byłeś lepszy, jeśli uśrednimy twoje statystyki w przeliczeniu na 36 minut. Rosła całkowita efektywność, liczba asyst, skuteczność z gry. Zdobyłeś dwa tytuły mistrzowskie, zgarnąłeś tytuły MVP, doszedłeś do sufitu. Ale początki były trudne. "Wracałem do Polski z Hiszpanii, myśląc, że jestem nie wiadomo kto, co i kim. Pierwsze zderzenie przyszło we Włocławku. Ten sezon nauczył mnie pokory" – tak wspominałeś te początki. 

- Nie sądziłem, że będzie tak ciężko. Wracając z Hiszpanii jako 20-latek, miałem o sobie większe mniemanie niż powinienem. W Hiszpanii miałem drobne sukcesy - zadebiutowałem w ACB, dobrze pokazywałem się w młodzieżowych turniejach organizowanych przez Euroligę. Bujałem się na niezłym poziomie i myślałem, że coś mi się należy. Wracając do Włocławka, zderzyłem się z rzeczywistością. Tamten sezon nauczył mnie dużo koszykarsko i życiowo, to był potrzebny krok do tego, by budować się dalej. Do następnych sezonów podchodziłem z większą pokorą, ale też determinacją, żeby coś udowodnić. 

We Włocławku twój tata jest legendą, ty zdobywałeś mistrzostwo Polski do lat 14, to tam wróciłeś na swój pierwszy sezon w Polsce. Masz sentyment do tego miasta, czujesz żal, że nie wykorzystałeś tam szansy, myślisz kiedyś o powrocie do Anwilu? 

- Nie wiem. Na pewno sentyment do Włocławka mam, bo tam dorastałem, śledzę, co dzieje się w Anwilu. Ale na ten moment plan mam jeden – przez jakiś czas nie wracać do Polski, utrzymać się w lidze hiszpańskiej. To może założenie, choć nie wiem, co przyniesie przyszłość.  

Który trener był w twojej dotychczasowej karierze najważniejszy? Żan Tabak w Sewilli, który wziął cię do pierwszego zespołu? Artur Gronek, który zaufał ci w Bydgoszczy? Heiko Rannula, który doprowadził cię na szczyt? 

- Jednego nie wyróżnię, bo moja kariera to proces. U Żana Tabaka nauczyłem się koszykówki, kiedy w wieku 16 lat zacząłem trenować z seniorami. Zdobyłem taką bazę, zrozumienie tego, jak funkcjonuje drużyna. Nie było łatwo, bo trener był zawsze wymagający - zachęcał mnie od podejmowania decyzji rzutowych, ale tak, jak nie miało znaczenia, czy rzuca zawodnik mający 16 czy 30 lat, tak samo nie miało znaczenia, gdy popełniał błędy. Jak coś zawaliłeś, to nie było taryfy ulgowej. 

Trener Artur Gronek otworzył mi drzwi do tego, co mam teraz, dostałem szansę i nauczyłem się u niego ciężkiej pracy przez cały sezon. Z kolei trener Heiko dał mi klucze do drużyny, uczył mnie bycia liderem i pozwolił być sobą na trochę większej scenie. 

Był jeszcze trener Marcin Woźniak, który objął Anwil w trakcie sezonu, gdy ja tam grałem. Dał mi szansę, wierzył we mnie, dzięki czemu mogłem się bardziej pokazać i dlatego trafiłem do Bydgoszczy. 

Z jakimi ambicjami jedziesz do Hiszpanii? 

- Żeby szybko nie wrócić do Polski. Będę starał się zostać tam jak najdłużej, ale jadę tam wciąż uczyć się koszykówki. Chcę pokazać, że jestem w stanie rywalizować na takim poziomie, w pierwszym sezonie nie chcę puszczać fajerwerków, mam zamiar po prostu udowodnić, że to może być moje miejsce. W Polsce grałem przez sześć lat, chciałbym to powtórzyć w Hiszpanii – co sezon poprawiając swój poziom. 

Czego się spodziewasz, jeśli chodzi o rolę, miejsce w drużynie Basquetu Girona? 

- Dużo rozmawialiśmy z dyrektorem sportowym i trenerem Moncho Fernandezem. Chcemy walczyć o play-off, będziemy grać szybko, na dwóch zawodników grających z piłką. Wydaje mi się, że powinno być dla mnie trochę grania. Trener wspomniał, że kończyli sezon jako drugi zespół pod względem oddanych trójek, więc powinno mi się podobać. Nie miałem z nim wcześniej styczności, choć jak grałem w Ourense, to nasze drużyny ze sobą rywalizowały, trener wspomniał, że mnie trochę pamiętał z tamtych meczów. 

Hiszpania to chyba twoja druga ojczyzna? 

- Miałem oferty z innych krajów, ale wybrałem Hiszpanię właśnie dlatego, że tam czuję się najlepiej, jak w domu. Chodziłem tam do szkoły, mówię płynnie, choć ostatnio zauważyłem, że trochę mi język zardzewiał i muszę się przyzwyczaić do myślenia po hiszpańsku, a nie po po polsku. Kuchnia? Wolę polską. Ale styl życia mi bardzo odpowiada, bo kto nie lubi sjesty, a wieczorem wyskoczyć na kawę do baru. Przez ostatnie lata bardzo polubiłem Polskę, świetnie mi się tu żyło, ale myślę, że szybko przyzwyczaję się do Hiszpanii na nowo. 

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...