A jednak! Legia uciekła spod topora. Co za emocje

Łukasz Cegliński
Fot. Kuba Atys / Agencja Wyborcza.pl

Będzie siódmy, decydujący mecz w finale Orlen Basket Ligi. Stojąca pod ścianą Legia Warszawa pokonała u siebie Start Lublin 87:83 i wyrównała stan rywalizacji na 3-3. Najwięcej, 21 punktów dla zwycięzców, zdobył Kameron McGusty, który trafiał najważniejsze rzuty.

Na początku czwartej kwarty tego wyrównanego meczu było 68:62 i szala zaczynała przechylać się na korzyść Legii. Goście spudłowali kilka rzutów wolnych, świetny rytm złapał lider warszawian Kameron McGusty, gospodarze utrzymywali kilkupunktową przewagę. Ale nie na tyle wysoką, by czuć się spokojnym – raz było to sześć, a raz trzy punkty, bo Start walczył. Wyglądało na to, że walka o zwycięstwo może toczyć się do ostatnich sekund.

Zobacz wideo Lewandowski po 7 godzinach przesłuchań. Do sądu nie będzie musiał wracać

Co prawda w 38. minucie Legia oderwała się rywali na osiem punktów po kolejnym celnym rzucie McGusty’ego, a rywale zaczęli się spieszyć i popełniać błędy, ale już 30 sekund przed końcem meczu było tylko 85:81, a na dodatek to właśnie McGusty źle rozegrał wtedy akcję i wyrzucił piłkę w aut. W odpowiedzi Courtney Ramey błyskawicznie zmniejszył straty do dwóch punktów. 

17 sekund przed końcem McGusty się jednak nie pomylił - wykorzystał dwa rzuty wolne, było 87:83 dla Legii. I warszawianie już się dogonić nie pozwolili - dla Startu trójki spudłowali Ramey, a potem Emmanuel Lecomte, mecz zakończył się wynikiem 87:83. Legioniści odetchnęli z ulgą, bo przedłużyli swoje szanse na zwycięstwo - złote medale zdobędzie zespół, który w niedzielę wygra w Lublinie.

W piątek Start zaczął znakomicie – trafił sześć pierwszych rzutów. Ten szósty, to był wsad Tyrana de Lattibeaudiere, który dostał piłkę po tym, jak Michał Krasuski dynamicznie wybił piłkę z kozła Andrzejowi Plucie i ofiarnie ją wywalczył, rzucając się na parkiet. Lublinianie prowadzili 14:6, a trener Legii Heiko Rannula poprosił o czas. Taktyczna przerwa niewiele jednak zmieniła – goście nadal trafiali jak na zawołanie i ich przewaga rosła. Po stracie Legii i kontrze, zakończonej przez Courtneya Rameya, Start wygrywał nawet 27:16.

Ale początek drugiej kwarty był odwróceniem pierwszej – tym razem to legioniści trafili dwie szybkie trójki, po 49 sekundach zbliżyli się na 25:27 i tym razem o szybką przerwę poprosił trener gości Wojciech Kamiński. Ta jednak nie pomogła – po kolejnej trójce, tym razem Pluty, był remis 28:28. A chwilę później Legia, także dzięki nieoczekiwanym trafieniom z dystansu E.J. Onu, wyszła na kilkupunktowe prowadzenie. Generalnie jednak mecz się wyrównał, oba zespoły grały kosz za kosz. I do przerwy był remis 47:47.

Początek trzeciej kwarty był identyczny jak końcówka drugiej – raz prowadziła Legia, raz Start. U gospodarzy nieźle grał Kameron McGusty, dobrze spisywał się też rezerwowy Aleksa Radanov, a u gości punktowali de Lattibeaudiere i Emmanuel Lecomte. Kiedy tylko wydawało się, że jeden z zespołów ma szansę odskoczyć, drugi natychmiast wyrównywał. Ale akurat w końcówce legioniści zdobyli kilka punktów bez odpowiedzi, dobitka Maksymiliana Wilczka w ostatniej sekundzie dała gospodarzom prowadzenie 68:62 – najwyższe w meczu.

I to prowadzenie, po twardej walce, ale jednak, Legia utrzymała. Ostatecznie wygrała 87:83 i wyrównała stan rywalizacji na 3-3. Siódmy mecz, który zadecyduje o wyniku tego pasjonującego finału, odbędzie się w niedzielę o 17.30 w lubelskiej hali Globus.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...