Niespodzianka w Warszawie! Gdy wydawało się, że Legia przejmuje kontrolę nad finałem Orlen Basket Ligi, Start Lublin pokazał kawał dobrego basketu, wygrał 77:71 i wyrównał stan rywalizacji szalenie zaciętego finału na 2-2. Cóż to jest za emocjonująca seria!
Było pół minuty do końca, Start prowadził w Warszawie 77:71. Legia była w tarapatach, czas uciekał, uciekało trzecie zwycięstwo w finale. Gospodarze mieli jeszcze ostatnią szansę na szarpnięcie, szybkie trafienie, które dałoby nadzieję na wygraną. Ale Aleksa Radanov spudłował z wejścia i wiadomo już było, że Legia tego meczu nie wygra. Wygrał Start, 77:71! Sektor z kibicami z Lublina wyskoczył z radości do góry, warszawscy kibice zaczęli zbierać się do domu. W finale znów jest remis, 2-2.
To był kolejny zacięty, szalenie emocjonujący mecz finału - pierwszy zakończył się jednopunktowym zwycięstwem Startu, w drugim o sześć punktów lepsza była Legia, w trzecim warszawianie wygrali 90:86. W poniedziałek na Bemowie zmobilizowana Legia zaczęła mocno, od prowadzenia 7:2. Ale publiczność nie zdążyła się jeszcze dobrze nakręcić przewagą gospodarzy, a z przodu był już Start. Rewelacyjny początek miał Ousmane Drame, doświadczony Gwinejczyk zdobył 11 z pierwszych 13 punktów zespołu, a kiedy do trafiania podłączył się Emmanuel Lecomte, lublinianie pod koniec pierwszej kwarty prowadzili 26:14. A kiedy na początku drugiej Tevin Brown trafił z faulem za trzy i wykorzystał rzut wolny, było nawet 30:16 dla Startu.
Gra Legii się rozstroiła – świetny dotychczas w tym finale Andrzej Pluta miał słaby początek, nie mógł trafić do kosza, a im bardziej chciał, tym bardziej pudłował. Na szczęście dla gospodarzy znakomicie spisywał się wszechstronny Kameron McGusty, a za trzy trafiał Ojars Silins, jednak te udane akcje pozwalały tylko na zachowanie dystansu do Startu, a nie na odrabianie strat.
Goście byli nakręceni, agresywni w ataku, kontrolowali wynik. Dobre wejście z ławki mieli mniej widoczni w poprzednich meczach Courtney Ramey i Tevin Brown, gra Startu była płynna i efektowna. Kiedy cztery punkty z rzędu zdobył dla gości Tyran de Lattibeaudiere, lublinianie prowadzili 47:32, a sektor fanów gości dorównywał hałasem blisko dwóm tysiącom kibiców Legii.
- Utrzymać koncentrację i dalej tak bronić – mówił w przerwie prezes Startu Arkadiusz Pelczar. Goście po 20 minutach prowadzili 49:35, Lecomte miał 15 punktów i 6/6 z gry, podczas gdy Pluta, jego rywal na pozycji rozgrywającego, rzucił cztery punkty i miał 1/7 z gry. Słaby efekt przyniosła też zmiana w pierwszej piątce Legii – trener Heiko Rannula zastąpił w niej Michała Kolendę Aleksą Radanovem, ale obaj do przerwy nie dali drużynie nic. Gdyby nie wspomniani Silins (14 punktów, 4/5 za trzy) i McGusty, Legia przegrywałaby jeszcze wyżej.
Po zmianie stron przez chwilę było nawet 52:37 dla Startu, ale wtedy zaczęła się pogoń Legii. Warszawianie straty zaczęli odrabiać powoli, ale z czasem przyspieszyli – głównie za sprawą Keifera Sykesa, który znakomicie rozmontowywał obronę gości. Doświadczony rozgrywający zaliczał mądre asysty, trafiał ważne rzuty – choćby ten w ostatnich sekundach kwarty, który pozwolił Legii zbliżyć się na 59:60. Co ciekawe, legioniści odrobili wiele punktów grając bez swoich liderów – McGusty’ego i Pluty, którzy z ławki obserwowali dobrą grę rezerwowych swojej drużyny.
Na początku czwartej kwarty, po kolejnej trójce Sykesa, Legia wyszła na prowadzenie 62:60, a hala na Bemowie zaczęła odlatywać. A że Start nie zamierzał się poddawać i zaczęło się granie kosz za kosz, to na parkiecie i wokół niego zrobiło się jeszcze bardziej gorąco.
W 36. minucie, po czterech z rzędu punktach Browna, Start wygrywał 71:67, a publiczność od dawna oglądała ten mecz na stojąco. Na boisku mnożyły się błędy, bo i intensywność, i waleczność obu zespołów była na wysokim poziomie. W ważnym momencie, w 38. minucie, pokazał ją de Lattibeaudiere, który zebrał piłkę w ataku i podwyższył prowadzenie Startu na 73:67.
Legia była w opałach, Legia rozpaczliwie szukała punktów i znalazła je po dwójkowej akcji Sykesa z Mate Vuciciem. Ale po chwili do góry wyskoczyli fani Startu – tak samo wysoko jak de Lattibeaudiere, który potężnym wsadem dobił niecelny rzut kolegi. Na minutę i sześć sekund przed końcem goście prowadzili 75:69.
I to prowadzenie utrzymali - 19 punktów i osiem zbiórek zdobył dla nich de Lattibeaudiere, 17 dodał Lecomte, 14 i siedem zbiórek miał Drame. W Legii najwięcej, 17 punktów rzucił Silins. McGusty skończył spotkanie z 15 punktami. Słaby w poniedziałek Pluta miał tylko 1/10 z gry i rzucił cztery punkty.
Mecz nr 5 odbędzie się w środę w Lublinie. Rywalizacja toczy się do czterech zwycięstw.