Piesiewicz obejrzał z bliska triumf Legii w finale. Chce siedmiu meczów

Łukasz Cegliński
Radosław Piesiewicz na finale Polskiej Ligi Koszykówki
Fot. Łukasz Cegliński

Legia Warszawa pokonała na wyjeździe Start Lublin 84:78 w drugim meczu finału Orlen Basket Ligi. W rywalizacji do czterech zwycięstw jest 1-1, kolejne dwa spotkania odbędą się w Warszawie. To środowe w Lublinie z trybun oglądał Radosław Piesiewicz, prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego.

- To mój ukochany sport – zaśmiał się Radosław Piesiewicz, gdy mijaliśmy się w przerwie meczu. Obecny prezes Polskiego Komitetu Olimpijskiego wcześniej był szefem Polskiego Związku Koszykówki, a także Polskiej Ligi Koszykówki, co tłumaczy powyższe słowa. Drugi mecz finału między Startem i Legią Piesiewicz oglądał siedząc między prezesem ligi Łukaszem Koszarkiem, a marszałkiem województwa lubelskiego, Jarosławem Stawiarskim. Kiedy zapytaliśmy, komu kibicuje, odpowiedział tylko, że dobremu basketowi. – Chcę, żeby było siedem meczów – rzucił działacz, który był uśmiechnięty i wyluzowany, choć prokuratura prowadzi przeciwko niemu śledztwo w sprawie możliwego popełnienia tzw. zbrodni VAT-owskiej, czyli fałszowania faktur. W czasie swojej działalności w PZKosz Piesiewicz miał wystawić nierzetelne faktury na swoją działalność gospodarczą na kwotę 9,3 mln złotych.

Zobacz wideo

Ale wracając do koszykówki - szanse na siedem spotkań, o których wspomniał Piesiewicz, są, bo po dwóch meczach w Lublinie w rozgrywanym do czterech zwycięstw finale jest 1-1. Z drugiej strony, jeśli weźmiemy pod uwagę, że w meczu nr 1 Legia miała rzut na zwycięstwo, a drugi wygrała, mając przewagę przez większość spotkania, to można stwierdzić, że w rywalizacji o złoto mamy remis ze wskazaniem na warszawian. Legioniści przejęli przewagę boiska, dwa najbliższe mecze rozegrają u siebie.

Zwycięstwo w środowym spotkaniu Legia zawdzięcza znakomitej drugiej kwarcie – goście mieli w niej zryw 16:0, całe 10 minut wygrali 34:15, wychodziło im wszystko. Świetnie spisali się rezerwowi Kiefer Sykes i Aleksa Radanov, mądrze i skutecznie grał Andrzej Pluta, efektownie grał E.J. Onu, który popisał się potężnym wsadem z powietrza. Legia w drugiej kwarcie przegrywała przez moment 20:26, ale do przerwy wygrywała 54:39.

Ale to wcale nie oznaczało końca emocji, bo Start podjął walkę. Mozolną, polegającą na odrabianiu pojedynczych punktów, ale jednak. Gospodarze znaleźli swoich liderów, a jednym z nich był Tyran de Lattibeaudiere - po jego potężnym wsadzie w 27. minucie w lubelskim Globusie zrobiło się już naprawdę głośno, choć na tablicy wyników wciąż było 64:54 dla Legii. Ale ta przewaga topniała, w końcówce kwarty po znakomitym fragmencie Emmanuela Lecomte'a, było już tylko 62:67.

Start zaczynał deptać Legii po piętach, ale warszawianie za każdym razem znajdowali sposób, żeby uciekać. Bardzo dobre momenty miał MVP ligi Kameron McGusty, który nie tylko trafiał, ale i asystował kolegom, równie dobrze spisywał się Radanov, który do punktów dokładał skuteczną walkę o zbiórki. 

W 37. minucie szalenie ważną trójkę trafił Pluta - tuż po zamieszaniu, podczas którego lublinianie niesłusznie sygnalizowali arbitrom błąd połowy, reprezentant Polski daj swojej drużynie prowadzenie 80:71. Po tej akcji legioniści kilka razy bardzo dobrze zagrali w defensywie - blok zaliczył Mate Vucić, a przechwyt wszędobylski Radanov. Kiedy McGusty znakomicie podał pod kosz do Vucicia, a ten wsadził piłkę do obręczy, goście prowadzili już 84:73 na minutę i 19 sekund przed końcem.

I na tym emocje się skończyły. Legia wygrała ostatecznie 84:78 i wyrównała stan rywalizacji na 1-1. 16 punktów i osiem asyst dla gości zdobył Pluta, Vucić i Radanov rzucili po 15 punktów, McGusty dodał 12. Po 18 punktów dla Startu zdobyli Lecomte i Ramey, a po 14 dodali de Lattibeaudiere oraz Ousmane Drame.

Mecze nr 3 i 4 odbędą się w Warszawie w sobotę i w poniedziałek.

Artykuły Powiązane

Wczytywanie kolejnego artykułu...