Prezes przyjechał na mecz walcem, kibice zamienili Gryfię w piekło, ale w finale zagra Śląsk

Łukasz Cegliński
Prezes Czarnych przyjechał na mecz walcem, słupscy kibice zamienili Gryfię w piekło, a Billy Garrett rzucił 28 punktów, ale to Śląsk Wrocław awansował do finału Energa Basket Ligi. Decydujący mecz nr 5 drużyna Andreja Urlepa wygrała 81:71 i o złoto zmierzy się z Legią Warszawa. To będzie historyczny finał.

To była niezwykła, jedyna w swoim rodzaju seria w historii koszykarskiego play-off w Polsce. Pierwsza, w której wszystkie mecze wygrali goście – najpierw Śląsk dwukrotnie triumfował w Słupsku, potem Czarni wygrywali we Wrocławiu, teraz Śląsk znów był lepszy w Gryfii. Ale jeszcze bardziej niezwykłe było to, jak wyglądały pierwsze spotkania – po czterech meczach było 2-2, ale w każdym z nich jeden zespół grał koncertowo, a drugi praktycznie nie istniał.

Wrocławianie wygrywali na wyjeździe różnicą najpierw 20, a potem 25 punktów. Czarni we Wrocławiu zrewanżowali się nieprawdopodobnym spotkaniem wygranym 123:60, a potem wyrównali stan rywalizacji, zwyciężając 20 punktami.

Mecz nr 5 był jednak zupełnie inny.

Zobacz wideo Vuković nie może narzekać na brak ofert. "Z odbieraniem telefonu nie mam problemu"

Walec nigdy nie ruszył, Gryfia nie odleciała

Michał Jankowski, prezes Grupa Sierleccy Czarnych Słupsk, pod halę Gryfia przyjechał walcem. Prawdziwym, budowlanym walcem, który miał nawiązywać do jego drużyny, która rozjeżdża kolejnych rywali. – Jedziemy! – krzyczał i był głośniejszy niż jego maszyna.

Głośni byli też kibice Czarnych – jak zwykle w Gryfii. Stara słupska hala wypełniona była do ostatniego miejsca, zamieniła się w gorący kocioł, czy też piekło, jak sami o tworzonej atmosferze mówią kibice Czarnych. Fani słupszczan głośno wrzasnęli już po kilkudziesięciu sekundach, gdy Billy Garrett trafił za trzy i gospodarze objęli prowadzenie 3:0.

Ale walec nigdy nie ruszył, Gryfia na dobre nie odleciała, a Garrett – choć momentami grał znakomicie – nie wyprowadzał Czarnych na prowadzenie. Amerykanin zdobył aż 28 punktów, ale nie miał wsparcia kolegów. Wrocławianie zagrali lepiej jako zespół i zmrozili słupskie piekło.

Kerem Kanter miał magnes w dłoniach

Śląsk ruszył spokojnie. Andrej Urlep zmienił dwóch graczy w pierwszej piątce – wyszli w niej Kodi Justice na obwodzie i Aleksander Dziewa pod koszem. Obaj zaczęli średnio, ten drugi wręcz kiepsko, ale w końcówce okazali się kluczowymi graczami wrocławian. Najpierw jednak świetnie grali inni.

Podkoszowy Kerem Kanter pod koszami spisywał się tak, jakby miał magnes w dłoniach – ściągał piłkę z tablic po niecelnych rzutach, łapał ją w tłoku po niełatwych podaniach, wciskał do kosza w sytuacjach, w których wydawało się, że nie ma miejsce. A on je znajdował – do 20 punktów dodał dziewięć zbiórek i trzy asysty. Grał przez całe 40 minut, a przecież w meczu nr 3 skręcił lewą kostkę, której ból wciąż mu doskwiera.

Łukasz KoszarekLegia Warszawa pierwszy raz w finale. Koszarek: Przegoniłem demony

Travis Trice, MVP rundy zasadniczej, nie błyszczał tak, jak w ćwierćfinale z Zastalem Zielona Góra, ale potrafił wykonać kilka tanecznych kroków i trafić uciszając publiczność (14 punktów, choć słabe 6/18 z gry) lub w idealny sposób dograć piłkę kolegom (siedem asyst). A wszystko – obronę z atakiem, grę na obwodzie z tą podkoszową – w swoim stylu kleił Ivan Ramljak (13 punktów, 10 zbiórek, dwa przechwyty).

Śląsk zbierał i dobijał Czarnych

I Śląsk prowadził. Niewysoko, ale jednak - zwykle w przedziale od pięciu do 10 punktów. Czarni walczyli – świetnemu Garrettowi pomagał Marcus Lewis, czasem dorzucali też coś inni, mniej widoczni koledzy, słupszczanie wciąż byli blisko. Śląsk nie mógł być spokojny, ale też Śląsk regularnie dostawał chwilę oddechu – a to ważne rzuty trafił młodszy brat Travisa Trice’a - D’Mitrik, a to kolejną piłkę to kosza wcisnął Kanter, a to wrocławianie zebrali kolejną piłkę w ataku.

Właśnie, zbiórki. Gdyby wybrać jeden kluczowy element w grze Śląska, to byłyby nim zebrane piłki. Goście wygrali walkę na deskach 46:37, w tym 16:9 w ataku. W punktach z ponowienia było 12:7. Nie są to może różnice wielkie, ale one były istotne – Śląsk często zbierał i dobijał właśnie wtedy, gdy Czarni się zbliżali. Słupszczan takie akcje podłamywały, gościom dawały chwilę spokoju.

Wojciech Kamiński"Brakowało pieniędzy na zwykłe USG". Koszykarska Legia z dna weszła na sam szczyt

Czarnym z czasem brakowało też atutów w ataku. Garrett w pierwszej połowie rzucił 18 punktów – w drugiej 10. Tylko jeden rzut trafił Marek Klassen – rozgrywający gospodarzy miał 1/6 z gry, jedną asystę i trzy straty. W najważniejszym momencie sezonu rozegrał mecz najgorszy. Impulsu nie dali też rezerwowi, którzy potrafili podrywać zespół – Jakub Musiał, Dawid Słupiński czy Bartosz Jankowski.

Śląsk i Legia jak w 1963 roku

Śląsk awansował do finału po raz pierwszy od 2004 roku i zrobił to w sposób niebywały – w ćwierćfinale i w półfinale decydujące mecze nr 5 wygrywał na wyjazdach: w Zielonej Górze i w Słupsku. Teraz będzie miał przewagę własnego boiska w Legią, która w rundzie zasadniczej była dopiero szósta, ale potem sensacyjnie, po 3-0, ograła najpierw broniącą tytułu Stal Ostrów Wlkp., a potem Anwil Włocławek.

Finał Śląsk – Legia to finał historyczny. Raz, że zmierzą się w nim krajowe potęgi – wrocławianie mają 17, a legioniści siedem tytułów mistrzowskich. Ale dwa – Śląsk i Legia w rozgrywanym w Polsce od 1985 roku play-off nigdy nie spotkały się w finale. Na dwóch najwyższych stopniach podium obok siebie znalazły się tylko raz – w 1963 roku mistrzem była Legia, a wicemistrzem Śląsk.

Pierwsze mecze we wtorek i w czwartek we Wrocławiu, rywalizacja toczy się do czterech zwycięstw. Czarni o brązowe medale zagrają w dwumeczu z Anwilem.

Więcej o: