Legia Warszawa pierwszy raz w finale. Koszarek: Przegoniłem demony. Koszykarska śmierć będzie dobra

Łukasz Cegliński
- Medal, który zakładają ci na szyję, tak naprawdę zaraz zdejmiesz, rzucisz w kąt, komuś oddasz. On nie jest ważny. Droga jest najważniejsza - dwa zwycięstwa w Ostrowie Wlkp., których nie spodziewał się nikt. Wygrana dogrywka we Włocławku, po meczu z wielką historią. To już nam się udało, a my wciąż jesteśmy głodni - mówi 38-letni Łukasz Koszarek, rozgrywający Legii Warszawa, która po raz pierwszy w historii awansowała do finału play-off o mistrzostwo Polski.

Koszykarska Legia to największa sensacja play-off w Energa Basket Lidze. Szósty zespół rundy zasadniczej, który skończył ją z bilansem 17-13, w ćwierćfinale wyeliminował 3-0 broniącą tytułu Stal Ostrów Wlkp., a w półfinale również 3-0 pokonał Anwil Włocławek.

W obu tych rywalizacjach to rywale Legii mieli przewagę boiska, ale warszawianie potrafili błyskawicznie im ją odbierać - w Ostrowie Wlkp. i we Włocławku wygrali po dwa spotkania. Teraz legioniści czekają na rywala w finale - w półfinale Czarnych Słupsk ze Śląskiem Wrocław jest remis 2-2, decydujące spotkanie odbędzie się w piątek w Słupsku. Łukasz Koszarek miał więc czas, by porozmawiać ze Sport.pl i o Legii, i o swoich medalowych doświadczeniach.

Zobacz wideo Vuković nie może narzekać na brak ofert. "Z odbieraniem telefonu nie mam problemu"

Łukasz Cegliński: Czasy się zmieniają, a pan ciągle w finałach.

Łukasz Koszarek: No, nie tak ciągle. Było trochę chudszych lat, kiedy odpadałem w półfinale.

W poprzednich 10 latach, licząc od 2012 roku, grałeś w finale play-off siedem razy – cztery razy twój zespół wygrywał. Kto wie, może tych finałów byłoby osiem, gdyby nie przerwany przez pandemię sezon 2019/20. Ale za tamte rozgrywki i tak dostałeś piąte złoto.

- Wiesz, co jest ciekawe? 10 lat temu miałem 28 lat, a przecież u nas czasem graczy w takim wieku się skreśla, albo mówi o nich, że lepsi to już na pewno nie będą. A tak naprawdę nigdy nie jest za późno, żeby stawać się lepszym i walczyć o zwycięstwo. Trzeba ciężko trenować i wierzyć w siebie.

I co jeszcze?

- Trzeba wiedzieć, czego od siebie wymagać i ten plan realizować, no ale trafić też do odpowiedniego otoczenia. Takiego, w którym jest się akceptowanym, a plany i ambicje pokrywają się z twoimi. Ja, od kiedy w 2011 roku wróciłem do Polski z Włoch, to zawsze chciałem grać o najwyższe cele i pod tym kątem wybierałem drużyny.

OK, rok temu z Legią było może trochę inaczej – wiadomo, też podchodziliśmy ambitnie i chcieliśmy walczyć o jak najwięcej, ale trzeba też powiedzieć prawdę, że ten awans do finału znacznie przerósł powszechne oczekiwania. Także nasze. Ale na pewno nie było tak, że przychodziłem do Legii na emeryturę – przed transferem rozmawiałem z trenerem Wojciechem Kamińskim i prezesem Jarosławem Jankowskim, a to są ambitni ludzie. Na pewno liczyli, że będziemy walczyć o medale.

Od kilku lat pisząc o tobie skrupulatnie podajemy twój wiek i używamy określeń – weteran, długowieczny, niezniszczalny. Tak było gdy miałeś 34 lata, tak jest, gdy masz 38. Wciąż grasz na dobrym poziomie i zastanawiam się, czy ty czujesz, że się w czymś poprawiasz, że jesteś lepszy.

- A to ciekawe zagadnienie. Przypomnę, że jak byłem młody, to byłem trochę krytykowany, kwestionowano moje możliwości wskazując, że nie jestem atletyczny, że brakuje mi fizyczności. Paradoksalnie – teraz pomaga mi to przedłużyć karierę, bo skoro tej atletyczności nie miałem, to nie mogłem za wiele w tym aspekcie stracić.

Poza tym ja zawsze grałem głową i wierzyłem w swój rzut, mocno go trenowałem. I to pomaga, bo w serii z Anwilem rywale mnie nie odpuszczali. Jak Robert Johnson grał akcje dwójkowe, to przy mnie ciągle stał obrońca, nie pomagał ode mnie. Innym przez to grało się trochę łatwiej.

Wracając do pytania – lepszy nie jestem, bo ten atletyzm jest ważny, ale myślę, że nabywane doświadczenie jest bardzo przydatne. Podobnie jak to, że grałem już w wielu ważnych meczach i to procentuje w najistotniejszych momentach. Ja czasem czuję, wiem, kiedy jest najważniejszy moment spotkania, a może nawet sezonu. Wiem, kiedy i jak pomóc chłopakom. Nie jestem wylewnym człowiekiem, ale jak się odezwę, to myślę, że drużyna czuje, że chcę powiedzieć coś ważnego.

Zapamiętałem akcję z końcówki meczu nr 1 we Włocławku. Kilkanaście sekund do końca czwartej kwarty, Anwil ma trzy faule do oddania przy wyniku 66:65 dla Legii, wiadomo, że będą przewinienia. Trener Wojciech Kamiński wprowadza cię na parkiet, gracie dwie bliźniacze akcje, po których faulowany jest Raymond Cowels, a kiedy wiadomo, że kolejny faul Anwilu oznacza wasze rzuty, gracie inaczej, wyprowadzacie na pozycję w innym miejscu boiska Grzegorza Kulkę, pewnego strzelca z wolnych i on potem trafia dwa rzuty. Mam wrażenie, że coś tam ustawiłeś w tych akcjach.

- Nie, to po prostu wynikało z doświadczenia i tego, że się świetnie w Legii znamy. Każdy rozgrywający musi w pewnym sensie przewidywać akcje, ale tu było jasne, co zrobią rywale. Mieliśmy dwie opcje tej akcji, z wyprowadzeniem do piłki Grześka, mnie lub Raya Cowelsa. Fajnie, że to wyszło dobrze.

Trener nie brał czasu, bo przerwy działają w dwie strony – dają szansę tobie na przygotowanie akcji, ale też rywalowi, na odpowiednie ustawienie się i przemyślenie reakcji. Ale nam czas nie był potrzebny, bo my jesteśmy doświadczoną drużyną i bardzo dobrze się znamy.

Mecz Anwil - LegiaOdrodzenie potęgi. Legia w wielkim finale. Największy sukces od 1969 r.

Jesteśmy ze sobą od 10 miesięcy i w tym czasie nie było wielu zmian. Szybko odszedł od nas Josh Sharkey, potem przyszedł Strahinja Jovanović, a w styczniu dołączył Robert Johnson. Zrezygnowaliśmy ze Strahinji i to wszystko, więc można powiedzieć, że w najważniejszych momentach na boisku są gracze, którzy wystąpili razem w około 50 spotkaniach. Bo warto pamiętać, że mieliśmy przecież świetną przygodę w Pucharze Europy FIBA i także dzięki temu naprawdę dobrze się rozumiemy.

Widać po tym, jak gramy w końcówkach – w play-off mieliśmy sześć spotkań, w każdym wynik był otwarty do końca, a my wszystkie te mecze wygraliśmy. A przecież mogliśmy stracić głowę i przegrać większość z nich. W pierwszym meczu we Włocławku powinniśmy wygrać w czterech kwartach, ale prawda jest taka, że w dogrywce to Anwil miał zwycięstwo prawie w kieszeni. A my jednak wróciliśmy. Mamy mocną psychikę i odpowiednie nastawienie – także dlatego, że jesteśmy odpowiednią grupą ludzi.

Styl gry Legii w tym play-off wydaje się skrojony pod ciebie – mądrze, konsekwentnie, cierpliwie, powoli.

- Tak, ale my nie graliśmy tak przez cały sezon. Założenia i praktyka były trochę inne – graliśmy szybciej, częściej broniliśmy strefą, kombinowaliśmy. Ale czasem tak jest, że pewne rzeczy weryfikuje się w trakcie sezonu i teraz gramy długo i konsekwentnie, co okazało się najlepszym wyborem, jeśli chodzi o serię ze Stalą. To zespół, który biega, robi dużo zamieszania w obronie i chce, żeby rywal podjął podobną, szarpaną grę w ataku. Ale my byliśmy konsekwentni i myślę, że zawodników Stali doprowadzało do szewskiej pasji, gdy w 23. sekundzie Ray Cowels trafiał za trzy, albo jak ktoś z nas pudłował, to my jednak zbieraliśmy piłkę i znów – spokojnie, bez nerwów, z piłką u mnie, Roba czy Alego. Stal przez to nie mogła biegać do ataku, musiała grać z nami pięć na pięć. To my graliśmy to, co chcieliśmy, a nie oni.

Jak się właściwie narzuca swój styl gry – atakiem czy obroną?

- Cierpliwością i mądrością w ataku, która na pewno wynika z liczby powtórzeń danych akcji na treningach. My doszliśmy do momentu, w których się nie podpalamy. Oczywiście, mamy kilku graczy, którzy mogą to robić, jeśli mają odpowiedni dzień – wtedy chcemy od nich łatwych punktów, zresztą z nich nigdy nie rezygnujemy. Ale generalnie szanujemy piłkę, każdą akcję. I myślę, że obrona rywali nie ma dla nas dużego znaczenia, bo zawsze można złamać każdą zagrywkę, zawsze można coś wykombinować.

Pomaga nam też rotacja – to, że nie mamy 10 lub 11 zawodników gotowych do gry na tym poziomie. My gramy węższym składem i wszyscy wiemy, że dostaniemy swoje minuty. Dzięki temu ja wiem, że przez trzy kwarty nie muszę rzucać, bo w czwartej też będę grał i wtedy będę mógł oddawać te najważniejsze rzuty. Tak samo może być z Rayem – przeciwnik może być blisko niego, ograniczać go przez dwie i pół kwarty, ale straci go z pola widzenia na trzy minuty i wtedy Ray może trafić cztery trójki, zmienić przebieg meczu. Nikt nie forsuje rzutów, bo wie, że prędzej czy później będzie miał swoje okazje.

Wracając jeszcze do zmian w składzie – teraz możemy mówić, że pomogło nam odejście Jovanovicia. Ale nie dlatego, że był złym zawodnikiem, tylko dlatego, że skróciliśmy rotację i każdy czuje się pewniej na boisku.

Mówiąc o krótszej rotacji i większych minutach dla wszystkich – w tym sezonie grasz średnio po 24 na mecz, najwięcej od czterech lat.

- I trochę to czuję, co chyba widać po skuteczności rzutów, bo moje procenty nie są wybitne. To może wynikać z tego, że trochę w nogach mam. Ale trenerzy wykonują dobrą pracę - kiedy mogą, to mnie oszczędzają, jak mogą mnie schować w obronie, to schowają. Tak, żebym był gotowy na najważniejsze momenty.

Wojciech Kamiński"Brakowało pieniędzy na zwykłe USG". Koszykarska Legia z dna weszła na sam szczyt

Wspomniałeś o trenerach, więc pytanie o Wojciecha Kamińskiego, którego znasz go doskonale, można powiedzieć, że w Polonii Warszawa poważne granie i trenowanie zaczynaliście razem. W jakim aspekcie prowadzenia zespołu daje wam w Legii najwięcej?

- Ja myślę, że trener Kamiński przez te lata nauczył się tego, kim jest i doskonale wie, kim nie będzie. To bardzo ważne. Ma wiele atutów – jest dobrym taktykiem, ale nie przeładowuje nas informacjami. Bardzo dobrze dogaduje się z zawodnikami, ma siódmy zmysł i nie boi się dobro drużyny jednoznacznie postawić nad dobrem jednego zawodnika. Tak było ze Strahijną – trener bardzo szybko podjął decyzję o odsunięciu go od drużyny. Gdyby czekał dłużej, mogłoby się okazać, że nagle zrobiłoby się za późno.

Dużo jest Łukasza Koszarka w myśli szkoleniowej Legii? Patrząc z boku na ciebie i trenera można odnieść wrażenie, że jesteś momentami takim trzecim asystentem.

- Myślę, że każdy rozgrywający w pewnym sensie nim jest. To my wywołujemy zagrywki, jesteśmy przedłużeniem myśli trenera, mamy najczęstszy kontakt wzrokowy. Trener zatrzymuje się przy linii bocznej, my idziemy dalej i wchodzimy z jego pomysłami tam, gdzie on wejść nie może. I w sumie to się zastanawiam, czy jak kiedyś zostanę trenerem, to to zniosę – fakt, że można coś krzyczeć, coś pokazywać, a niektóre rzeczy i tak na boisko nie dotrą.

Z trenerem Kamińskim znamy się długo, dużo rozmawiamy, dostaję od niego cenne rady. Bo to jest tak, że będąc na boisku możesz zrobić wszystko, ale nie widzisz wszystkiego, perspektywa jest węższa. Zza linii bocznej widać więcej, ale nic nie można zrobić. Dlatego między trenerem i rozgrywającym musi być symbioza, wtedy drużynie gra się łatwiej.

Mówiłeś o konsekwencji w waszej grze, skupianiu się na sobie i w tym kontekście ciekawą rzecz po meczu nr 3 powiedział trener Anwilu Przemysław Frasunkiewicz – że drużyny w Europie grają właśnie swoje, trzymają się systemu, a w Polsce założenia opierają się często na dostosowywaniu się do rywala. Rzeczywiście tak jest?

- Tak i można powiedzieć, że my ciągle gonimy Europę, bo 10-15 lat temu tam też wszyscy szukali pomysłów na dostosowanie się, przygotowanie zmian na konkretnego rywala. Moda na granie w swoim systemie pewnie też do nas dojdzie.

A Legia próbuje tak grać, bo jak masz mecze co trzy dni, a my w tym sezonie często tak graliśmy, to nie możesz dostosowywać się do każdego kolejnego rywala, bo po prostu nie ma na to czasu. Nie ma czasu dokładnie poznać systemu przeciwnika, nie ma czasu przetrenować tego, co chcemy zmienić. Najlepiej więc pracować nad swoim systemem, który można doskonalić. A potem grać swoje.

Jasne, jak przeciwnik ma jakiegoś wybitnego gracza na pozycji środkowego, który dominuje, to trzeba zmienić jakiś akcent, coś przesunąć. Ale nie chodzi o to, żeby wywracać do góry nogami całą taktykę, bo wtedy nie zbudujemy swojej tożsamości. A w play-off, kiedy są nerwy, kiedy jest 70:70, a ty musisz wygrać mecz, ta tożsamość się przydaje. Wiesz, co masz grać, bo cały sezon grasz tak samo, ewentualnie zmieniasz pojedyncze drobiazgi.

Trener Anwilu mówił po serii, że Legia cały czas była krok przed jego zespołem.

- Z jednej strony trzeba pamiętać, że kontuzje pozbawiły zespół z Włocławka pewnych możliwości, skróciły jego rotację. Ale z drugiej – czy w serii ze Stalą, czy z Anwilem, to my przez większość tych sześciu spotkań prowadziliśmy. Były mecze, że niemal przez cały czas. Po prostu byliśmy od nich lepsi.

Myślę, że w Legii widoczny jest teraz efekt synergii – zespół jest lepszy niż wskazywałaby na to suma umiejętności pojedynczych graczy. Pytanie: stało się tak dzięki tym wygranym w play-off, czy może to te wygrane przyszły dlatego, że już wcześniej była ta synergia?

- Coś pozytywnego udało nam się zbudować już wcześniej, w trakcie rundy zasadniczej. Ja mam tak, że w trakcie sezonu lubię dowiedzieć się, zobaczyć, jaki jest możliwie najwyższy poziom gry danej drużyny. Z doświadczenia wiem, że dobrze jest zagrać trzy, cztery świetne mecze, które stają się punktem odniesienia. I my w sezonie te kilka meczów zagraliśmy – pewnie ze trzy razy w pucharach i raz w lidze. Pokazaliśmy sobie, że możemy wejść na naprawdę dobry poziom i potem sami sobie mówiliśmy, że to jest właśnie to, co powinniśmy grać.

Owszem, mieliśmy też przykre wpadki wynikające z rozluźnienia, zmęczenia, zmian w zespole. Ale zalążek mocnej drużyny już był, choć oczywiście skłamałbym, gdybym powiedział, że po kilku dobrych meczach w trakcie sezonu wiedziałem, że aż tak dobrze będziemy grali w play-off. Jednak ta moja teoria ostatecznie przełożyła się na praktykę. Jesteśmy skoncentrowani na naszych mocnych punktach.

Jeremy SochanObywatel świata skacze do NBA. "Reprezentacja Polski to moje miejsce"

To znów cytat z Frasunkiewicza: „Poziom skoncentrowania w Legii jest na poziomie mistrzowskim".

- Coś w tym jest, chociaż nie ma co ukrywać – to pozytywne podejście zbudowały wyniki. Wygrywając pierwszy mecz w Ostrowie Wlkp. pewnie nikt z nas nie zakładał, że po sześciu meczach będziemy w finale. Ale tu dodam jeszcze jedną ważną rzecz – radość i głód drużyny, które ją nakręcają.

Zdobyłem pięć złotych medali, wszystkie w Zielonej Górze. Pierwszy był nowy, świeży, niesamowity – dla mnie i dla wszystkich w klubie. Ale przy trzecim czy czwartym wszyscy dookoła mówili: „Oni muszą". Kolejne przeszkody pokonywaliśmy bez entuzjazmu, ćwierćfinał i półfinał to były kolejne dni w biurze. A w Legii piękne jest to, że większość z chłopaków do finału doszła po raz pierwszy w karierze i ja jestem szczęśliwy, że mogę się żywić ich energią, ich radością.

Czyli Łukasz Koszarek w 2022 roku czuje się znów tak, jak w 2012.

- Dokładnie tak! Ten medal, który zakładają ci na szyję po zakończeniu sezonu, to tak naprawdę zaraz zdejmiesz, rzucisz w kąt, komuś oddasz. On nie jest ważny. Droga jest najważniejsza – dwa zwycięstwa w Ostrowie Wlkp., których nie spodziewał się nikt. Wygrana dogrywka we Włocławku, po meczu z wielką historią. To już nam się udało, a my wciąż jesteśmy głodni.

Prawda jest taka, że gdybyśmy z Włocławka wrócili z wynikiem 1-1, to wszyscy byliby zadowoleni, a szefowie klubu możne nawet bardziej, bo mogliby wyprzedać całą halę w dwóch, a nie tylko w jednym meczu w Warszawie. Ale my nie chcieliśmy wygrywać raz, my nie byliśmy zadowoleni, nasyceni. I pierwsza kwarta drugiego meczu, którą wygraliśmy 23:3, była tego sygnałem. Anwilowi ciężko było myśleć o tym, co będzie – oni czuli, że nawet jak ten mecz wygrają, to nie oni rządzą tą serią. To ta Legia jest mocna.

Kilka lat temu przegrałeś we Włocławku piąty mecz półfinału, kiedy twój Stelmet miał go w garści w czwartej kwarcie…

- A w zeszłym roku przegrałem w Zastalu finał ze Stalą w Ostrowie Wlkp. Tak, pamiętam to dobrze, zresztą ktoś mi ostatnio napisał, że po tych zwycięstwach ze Stalą i Anwilem mogę już ze spokojem koszykarsko umrzeć. Przegoniłem te demony i koszykarska śmierć będzie dobra. Wszystko to, co było moim sennym koszmarem, w tym sezonie zostało wymazane.

Więcej o: