"Brakowało pieniędzy na zwykłe USG". Koszykarska Legia z dna weszła na sam szczyt

- Nie byliśmy faworytami, a wielu kibiców lubi takie historie, gdy teoretycznie słabszy zespół jest górą - mówią w Legii cieszącej się z awansu do finału Energa Basket Ligi. Dziś, czyli niemal równo dekadę po tym, jak stołeczni koszykarze wygrzebali się z dna, szampan smakuje podwójnie.

Ależ to była radość! Koszykarze tańczyli i śpiewali z zawodnikami na parkiecie hali na Bemowie, bohater czwartej kwarty oblewał szampanem Roberta Chabelskiego, który z koszykarską Legią był, jest i będzie na zawsze. Było odcinanie siatki, zdjęcia, przybijanie piątek - tak 22 kwietnia 2012 roku legioniści świętowali awans do drugiej ligi. W ostatnim meczu turnieju o awans Legia pokonała Basket Junior Poznań 73:67 i wydostała się z ligowego dna, czyli czwartego poziomu rozgrywkowego.

Zobacz wideo Vuković: Gdyby Boruc wrócił do bramki, oznaczałoby to, że mamy katastrofę

W poniedziałek, niemal dokładnie po 10 latach, w tej samej, choć odnowionej hali na Bemowie Legia zwyciężyła Anwil Włocławek 87:77. Rozstawionego wyżej rywala - tak jak w ćwierćfinale broniącą tytułu Stal Ostrów Wlkp. - pokonała dzięki obronie, konsekwencji, mądrości i skuteczności. I ze Stalą, i z Anwilem legioniści wygrywali po 3-0, ale każde z sześciu spotkań było twarde i zacięte do końca.

I teraz ta wyrachowana Legia zagra o złoto. Złoto, którego siedmiokrotny mistrz Polski i jeden z najbardziej utytułowanych klubów w historii ligi nie posmakował od 1969 roku. W kolejnych dekadach były spadki, upadki i tylko niewielkie wzloty. Na początku XXI wieku po wielosekcyjnym molochu pozostały tylko sportowe wysepki zalewane przez finansowe i organizacyjne problemy. - Został tylko mieczyk i herb - tak o legijnych sekcjach mówił w 2004 roku Wojciech Drzyzga, były siatkarz klubu.

Mieczyk, czyli ambicje i herb, czyli historia. Tych nigdy nie wyzbyli się koszykarscy kibice. I to dzięki nim Legia przetrwała najtrudniejsze chwile, a potem zaczęła odradzać potęgę. W 10 lat przeszła drogę z dna na szczyt. Bez dzikich kart i sztucznych awansów, a dzięki wyciąganiu wniosków z porażek i pracy organicznej.

Legii spadła na dno. Wtedy zaskoczyło

- Bywało tak, że np. raz w tygodniu każdy zbierał pieniądze wśród znajomych kibiców Legii, potem wrzucaliśmy wszystko do jednego worka i decydowaliśmy: tym potrzeba na to, to dajemy, oni potrzebują tego, to kupimy - tak Łukasz Ostrowski ze stowarzyszenia Grupa 1916 wspominał realia, w jakich funkcjonowały sekcje Legii w pierwszej dekadzie XXI wieku.

- Pamiętam, że kiedy kontuzji doznał koszykarz Kamil Kozłowski, był problem z jej zdiagnozowaniem, bo brakowało pieniędzy, żeby zrobić zwykłe USG. Wyłożyliśmy wtedy na to badanie 100 zł - opowiadał kibic.

Koszykarskiej Legii brakowało wówczas wszystkiego - wody, odżywek, pieniędzy na wyjazdy na mecze, a czasem nawet zawodników. W 2008 roku kibice zrzucali się, żeby Legia mogła uzupełnić skład poprzez wypożyczenie koszykarzy z Piaseczna i Żyrardowa. Oczywiście żadne gwiazdy. W drużynie z Bemowa grali wówczas wychowankowie warszawskich klubów, gwiazdy lig amatorskich czy streetballowcy. Legia była w głębokim cieniu Polonii i Polonii 2011, które przez moment równolegle grały w ekstraklasie.

Wracając do kibiców - o ile Grupa 1916 pomagała koszykarzom Legii przetrwać, tak powstałe w 2010 roku stowarzyszenie Zieloni Kanonierzy wybrało ucieczkę do przodu. Był to ruch odważny, na przekór wszystkiemu, bo przecież zespół właśnie wtedy spadł na czwarty poziom rozgrywkowy. Ale może to właśnie bliskość dna wywołała tę wielką chęć odbicia? Zielonym Kanonierom nie chodziło już tylko o przetrwanie - celem stało się "Odrodzenie potęgi", bo właśnie takie hasło zaczęło obowiązywać w koszykarskiej Legii.

O Legii zaczęło być głośno. "Odrodzenie potęgi"

Stowarzyszenie zaczęło odbudowywać Legię grającą na czwartym poziomie rozgrywkowym, ale myślało kilka lat do przodu. Klub już wówczas miał profesjonalną ofertę współpracy ze sponsorami, którą można było pokazywać kolejnym firmom.

- Jeden z wykładowców podyplomowego studium marketingu sportu na SGH ocenił ją bardzo dobrze i wiem, że teraz pokazuje ją studentom jako wzór - mówił Paweł Podobas, który równocześnie grał w drużynie i był członkiem zarządu Zielonych Kanonierów.

W 2011 roku projektem zainteresował się Jarosław Jankowski, wówczas prezes działającej na warszawskim rynku nieruchomości Grupy Waryński. - Przyszli do mnie przedstawiciele stowarzyszenia i opowiedzieli mi, jakie mają problemy – opowiadał po latach. - Przypomnieli, jakie sukcesy kiedyś odnosiła Legia, opisali tragiczną sytuację, w której klub bankrutował w III lidze, ale też pokazali mi prezentację marketingową i plan naprawy, który chcą zrealizować.

Jankowski, obecnie szef rady nadzorczej w koszykarskiej spółce, zaangażował we wsparcie własną firmę, sekcja zaczęła powoli rosnąć pod względem organizacyjnym, finansowym i sportowym. Były lata, że Legia tułała się po całej Warszawie, gdy przedłużały się remonty hali na Bemowie, ale baza kibicowska rosła, na meczach było coraz głośniej. Podobnie jak w Polsce o Legii, która w 2012 roku awansowała do drugiej ligi, w 2014 - do pierwszej, a w 2017 - do ekstraklasy.

Robert Chabelski, czyli respirator

Ale zanim przypomnimy sobie, jak koszykarska Legia rosła w ostatnich sezonach, trzeba poświęcić jeszcze chwilę temu, jak przetrwała. Bo niezależnie od ważnej roli kibiców i koszykarzy kluczową postacią w podtrzymaniu Legii przy życiu był Robert Chabelski. - To był respirator. Gdyby nie on, Legia by padła. On ją podtrzymywał przy życiu - obrazowo powiedział kiedyś o Chabelskim Marcin Gacoń, jeden z Zielonych Kanonierów, obecnie pracownik klubu.

- Respirator... Cóż, miło mi to słyszeć. Legia to moje życie. Bez niej nie byłbym tym, kim jestem. Robię to, co lubię, więc odwdzięczam się klubowi, jak tylko mogę - mówił Chabelski w książce "Zieloni Kanonierzy", która opowiada o historii koszykarskiej Legii.

"Chabel", obecny prezes, jest jej symbolem. Miał rok, gdy w 1956 roku legioniści zdobyli swoje pierwsze mistrzostwo, a w 1970 roku, sezon po tym, jak Legia wywalczyła ostatni z siedmiu dotychczasowych tytułów, przyszedł na nabór do sekcji. I został w niej na zawsze - z króciutką, roczną przerwą na grę w Zniczu Pruszków w połowie lat 80.

W Legii pełnił każdą funkcję - był zawodnikiem, asystentem trenera, głównym szkoleniowcem, kierownikiem drużyny, prezesem sekcji. W najgorszych momentach jakimś cudem mobilizował graczy do treningów, do wyjazdów na mecze, do walki po kolejnych porażkach czy spadkach. - Sukcesy? Dla mnie największym było to, że nie pozwoliliśmy Legii upaść. Cieszyły mnie każde awanse, do drugiej, do pierwszej ligi. Spektakularnych sukcesów z moim udziałem nie było. Jeszcze - zaznaczał w 2016 roku.

Ten sukces właśnie nadszedł. Niezależnie od wyniku finału Legia ma już zapewniony medal – pierwszy od 1969 roku, gdy wywalczyła wspomniane siódme mistrzostwo Polski.

"Jesteśmy najlepszą drużyną w Polsce"

Blisko medalu było już rok temu, kiedy Legia rywalizowała o brąz ze Śląskiem Wrocław - po dwóch meczach było 1-1, a na sekundę przed końcem decydującego, trzeciego spotkania legioniści prowadzili 85:83. Ale wtedy do ich kosza wpadła piłka po trójce Elijaha Stewarta ze Śląska. Marzenia o medalu trzeba było odłożyć.

I, prawdę mówiąc, niewiele wskazywało na to, że uda się je zrealizować w tym sezonie. Legia od początku sezonu grała w kratkę, łączenie występów w lidze z Pucharem Europy FIBA powodowało momentami zadyszkę. Gra drużyny Wojciecha Kamińskiego momentami zgrzytała, ale po wymianie jednego z trybów - w styczniu Strahinję Jovanovicia zastąpił Robert Johnson - zaczęły się też przebłyski.

Teraz gra Legii może nie lśni, zespół nie oślepia efektownymi akcjami i wysokimi zwycięstwami, ale wygrywa mecz za meczem. Każdy zawodnik odnajduje się w swojej roli, wytworzył się efekt synergii – Johnson jest gwiazdą, Raymond Cowels - szalonym strzelcem, Łukasz Koszarek - niemalże grającym trenerem, chwalić można też Grzegorza Kulkę, Jure Skificia, Adama Kempa czy Dariusza Wykę.

- Moim zdaniem na ten moment jesteśmy najlepszą drużyną w Polsce, i mam nadzieję, że pokażemy to w finale - powiedział po trzecim zwycięstwie z Anwilem skrzydłowy Grzegorz Kamiński. - W obu seriach nie byliśmy faworytami, a wielu kibiców lubi takie historie, gdy teoretycznie słabszy zespół jest górą.

Szczególnie gdy 10 lat temu był niemal na samym dnie.

Więcej o: