Koszykarska Legia bliska gry o złoto. Znakomity początek uciszył Włocławek

Łukasz Cegliński
Perfekcyjna pierwsza kwarta, potem 30 minut gry na zaciągniętym hamulcu, ale ostatecznie sukces, który znów rodził się w bólach - koszykarze Legii Warszawa pokonali we Włocławku Anwil 77:71 i w półfinale play-off objęli prowadzenie 2-0. Od finału dzieli ich jedna wygrana.

Po tym, jak Legia sensacyjnie wyeliminowała w ćwierćfinale broniącą tytułu Stal Ostrów Wlkp. wynikiem 3-0, trudno mówić o kolejnej sensacji w momencie, w którym warszawianie prowadzą 2-0 po meczach we Włocławku. To Stal była faworytem do mistrzostwa, Anwil był notowany nieco niżej. Ale i tak to, co robią ostatnio na parkietach legioniści, zasługuje na wielki szacunek i głośne oklaski.

Klucz do tych zwycięstw? Obrona, konsekwencja, spokój, cierpliwość, kontrola tempa, skuteczność w kluczowych momentach, zbiórki w ataku – ogólniki, fundamenty i detale. Po dwóch meczach we Włocławku Legia w każdym z tych elementów jest od Anwilu lepsza i prowadzi zasłużenie.

Zobacz wideo Siatkarki Chemika o krok od zdobycia mistrzostwa Polski

Imponujący początek Legii

W piątek legioniści zagrali znakomitą pierwszą kwartę. Znakomitą. Goście wygrali ją aż 23:3 i uciszyli głośną zwykle Halę Mistrzów. Koszykarze Wojciecha Kamińskiego doskonale rzucali za trzy, trafili cztery trójki w pierwszych minutach, dzięki czemu objęli prowadzenie 14:2. A Anwil był już wówczas jak sparaliżowany.

Kiedy legioniści spokojnie rozgrywali piłkę, wydłużali akcje, szukali lepiej ustawionych kolegów, czekali aż przeciwnicy zmęczą się w obronie, to gospodarze forsowali nieprzemyślane ataki. Już na samym początku meczu rezygnowali z zagrywek, próbowali w pojedynkę przełamać impas. To im nie wychodziło, a kolejne niepowodzenia Anwilu napędzały Legię.

Włocławianie po pierwszej kwarcie mieli kompromitujące 1/12 z gry i pięć strat, a legioniści błyszczeli – Grzegorz Kulka, Raymond Cowels oraz Robert Johnson zaczęli dobrze i świetnie ustawili spotkanie swojej drużynie.

Gdzie byli liderzy Anwilu?

Kiedy kluczowi gracze Legii grali dobrze i wywiązywali się ze swoich zadań, liderzy i gwiazdy Anwilu zawodziły. Jonah Mathews i Kyndall Dykes do przerwy nie trafili ani jednego rzutu z gry. Byli nieskuteczni, niepewni, coraz bardziej sfrustrowani. Niewiele do gry gospodarzy wniósł też Kamil Łączyński, choć akurat jemu należą się oklaski za to, że w ogóle wyszedł na parkiet, bo przecież w meczu nr 1 doznał urazu barku i jego piątkowy występ stał pod znakiem zapytania.

Dlatego Anwil, który od drugiej kwarty ruszył w powolną pogoń za Legią, znów musiał polegać na graczach będących zwykle w cieniu Mathewsa i Dykesa – Luke Petrasek i James Bell byli najpewniejszymi opcjami włocławian. Pierwszy w całym meczu zdobył 11 punktów i miał 16 zbiórek, drugi dodał 18 punktów. Na Anwil pozytywnie działały szczególnie trójki Bella.

Celny rzut z dystansu Amerykanina na 23 sekundy przed końcem zmniejszył straty do trzech punktów, do wyniku 69:72. Faulowany Cowels odpowiedział jednak dwoma celnymi rzutami wolnymi, a kolejnych trójek Bell już nie trafił i legioniści utrzymali przewagę do końca.

Robert Johnson (Legia Warszawa)Raper z dredami i bujną brodą wyciąga Legię z tarapatów. "Dla niego im trudniej, tym lepiej"

Stalowe nerwy Legii

O ile pierwsza kwarta w wykonaniu Legii była pełna polotu i ładnych, skutecznych akcji, tak końcówka była momentami jak taplanie się w błocie. Warszawianie właściwie w całej drugiej połowie grali jakby z zaciągniętym hamulcem, w trzeciej i czwartej kwarcie zdobyli w sumie ledwie 35 punktów. Ale wygrali i można powiedzieć, że zwycięstwa w takich zaciętych, ciągnących się i nerwowych końcówkach, to w tegorocznym play-off ich znak firmowy.

To niesamowite, ale Legia, która ma w nim bilans 5-0, te pięć spotkań wygrała łącznie różnicą ledwie 21 punktów. Ze Stalą było to odpowiednio cztery, trzy i cztery punkty, a Anwilem cztery i sześć. I tu wracamy do legijnych atutów: konsekwencji, spokoju, cierpliwości, zaufania. W play-off są to cechy bezcenne.

Legionistów nie wybiło z rytmu zamieszanie z 37. minuty, kiedy ich lider Johnson – zwykle oaza spokoju – zdenerwował się zachowaniem Sebastiana Kowalczyka, który chciał mu zabrać po gwizdku należną Anwilowi piłkę. Amerykanin nerwowo machnął ręką uderzając rywala w twarz. Został za to ukarany faulem niesportowym, usiadł na moment na ławce, ale zmiennicy spisali się bez zarzutu.

Bezcenni gracze drugoplanowi

Najlepszym strzelcem Legii był Cowels, który rzucił 18 punktów trafiając cztery z dziewięciu trójek. Johnson zdobył tylko 11 punktów, a osiem zbiórek i cztery asysty zostały przyćmione przez aż siedem strat. Ale Legia nie musi polegać tylko na liderach – w piątek świetnie spisali się gracze drugiego plany.

Jarosław JechorekJarosław Jechorek: Umieram. Jestem pogodzony. Rak mnie pokona

Wśród nich był 38-letni, niezniszczalny Łukasz Koszarek, który zdobył 10 punktów, ale większe słowa uznania należą się Grzegorzowi Kulce i Jure Skificiowi. Podkoszowi Legii trafiali po różnych akcjach, zbierali ważne piłki w ataku w końcówce, po cichu byli zawsze tam, gdzie potrzebował tego zespół.

Kulka zaczął mecz od celnej trójki, a zakończył go trafieniem spod kosza, które ustaliło wynik – w sumie zdobył 13 punktów, miał trzy zbiórki i trzy mądre asysty. Skifić rzucił osiem punktów, zaliczył sześć zbiórek, z czego trzy w ataku, miał też dwa przechwyty.

Finał historycznych potęg?

Teraz rywalizacja przenosi się do Warszawy, w której Legia nigdy nie przegrała meczu play-off. Owszem, tych spotkań nie było wiele, bilans 8-0 nie robi może wyjątkowego wrażenia, ale jednak legioniści u siebie czują się mocni, a w Warszawie zaczyna się gorączka związana z poszukiwaniem biletów na mecze w hali na Bemowie.

Andrej Urlep, trener Śląska WrocławŚląsk gra w kosza jak za dawnych lat. Drużyna Andreja Urlepa bliska finału

Anwil? Anwil ma kłopoty i nie chodzi tylko o wynik 0-2. W piątek utykając z boiska schodzili Łączyński i Dykes, trener Przemysław Frasunkiewicz ma coraz mniej graczy, na których może polegać w trudnym momencie. Jeśli włocławianom udałoby się odwrócić losy tej serii, byłoby to coś niesamowitego.

Na razie zanosi się na to, że w finale zobaczymy starcie historycznych potęg, które od dawna nie grały o złoto. Legia wygrywa 2-0, a w drugim półfinale w takim samym stosunku Śląsk Wrocław prowadzi z Czarnymi Słupsk.

Więcej o: