Gwiazdor NBA wypowiedział wojnę Erdoganowi. Brat w Polsce: Błogosławieństwo

Jego grający w NBA brat jest w Turcji wrogiem publicznym, ojciec był oskarżany o współpracę z terrorystami, brata wyrzucono z klubu za nazwisko. - Rodzice i siostra wrócili do Turcji, żyją normalnie. Przed przyjazdem do Polski spotkałem się z rodzicami po raz pierwszy od sześciu lat - mówi turecki koszykarz Kerem Kanter, który niedawno podpisał kontrakt ze Śląskiem Wrocław.

Enes Kanter to jeden z najbardziej znanych koszykarzy na świecie. Reprezentant Turcji i zawodnik NBA rozgłos zyskał jednak nie tylko dzięki koszykówce – 29-letni obecnie gracz Boston Celtics od kilku lat głośno krytykuje władze Turcji i prezydenta Recepa Erdogana.

Zobacz wideo Z kim Polacy zagrają o półfinał ME? "Vital mi coś przebąknął"

- Mam nadzieję, że ludzie na całym świecie otworzą oczy na łamanie praw człowieka w Turcji – mówił Kanter w jednym z wywiadów. - Nie wiemy o wszystkim, co tam się dzieje się, ale wiadomo, że media są ograniczane. Porywa się i zatrzymuje się dziennikarzy. Pracownicy uczelni tracą pracę. Pokojowe protesty nie są dozwolone. Wielu ludzi siedzi w areszcie bez zarzutów. Słychać o torturach, gwałtach i różnych innych okropnych rzeczach.

W innym wystąpieniu Kanter nazwał Erdogana Adolfem Hitlerem XXI wieku, a tureckie władze nie pozostają obojętne wobec jego słów. Koszykarz jest w ojczyźnie wrogiem publicznym – unieważniono mu paszport, traktuje się go jako współpracownika organizacji terrorystycznych. Kanter praktycznie nie opuszcza USA.

Do Polski niedawno przyleciał natomiast jego młodszy brat Kerem, który podpisał kontrakt ze Śląskiem Wrocław. Nie jest tak utalentowany jak Enes, ale po ukończeniu studiów w USA grał w solidnych europejskich ligach. W debiucie na polskich parkietach Kanter zdobył osiem punktów i zaliczył pięć zbiórek w przegranym 71:81 meczu z Enea Zastalem BC Zielona Góra.

Łukasz Cegliński: Trudno być bratem Enesa Kantera?

Kerem Kanter: Absolutnie, to żaden problem, to błogosławieństwo. Dla mnie Enes jest wzorem, kimś, kto w każdym momencie wskazuje mi, co robić. Jestem z niego dumny – z tego, co robi na boisku i poza nim. To niesamowite, że wykonujemy tę samą pracę, że jesteśmy koszykarzami, że gramy na tej samej pozycji. Mogę go oglądać i się od niego uczyć.

Enes jest wrogiem publicznym tureckich władz, prezydenta Recepa Erdogana. Wiemy, jak trudno mu się żyje z tego powodu. Jaki ta sytuacja ma wpływ na ciebie, na pozostałych członków rodziny?

- Przede wszystkim muszę powiedzieć, że mój brat to taki typ człowieka, który zawsze wypowie się głośno i twardo zareaguje na czyjąś krzywdę. Zawsze taki był i nigdy się nie zmieni. Jego zdaniem w Turcji nie jest tak, jak powinno być, więc korzysta z rozpoznawalności, z faktu, że ludzie go słuchają, obserwują w mediach społecznościowych. Mówi o tym, co jego zdaniem jest złe.

Oczywiście, że moja rodzina cierpiała z tego powodu, szczególnie ojciec, który został aresztowany. Ale teraz jest już trochę inaczej, ojciec został uniewinniony, rodzice i siostra wrócili do Turcji, żyją normalnie. A ja przed przyjazdem do Polski nawet ich odwiedziłem – spotkałem się z rodzicami po raz pierwszy od sześciu lat, to było wspaniałe przeżycie.

A jak wyglądają relacje Enesa z rodziną? Kilka lat temu ojciec publicznie się go wyrzekł.

- Enes nie utrzymuje z nim kontaktów ze względu na bezpieczeństwo mojej rodziny.

Ty, wracając do Turcji, nie miałeś żadnych problemów?

- Nie, bo nie jestem moim bratem. Nazywam się Kerem Kanter, jestem obywatelem Turcji i jestem z tego dumny. Nie angażuję się w politykę jak mój brat. Wspieram go, ale jestem inną osobą.

Wcześniej obawiałeś się wracać do kraju. Dwa sezony temu, grając w Joventucie Badalona, nie zdecydowałeś się na wyjazdy na mecze do z tureckimi zespołami.

- Tak było, zdecydowaliśmy w klubie, że najrozsądniejszą opcją będzie je opuścić. Ale sytuacja się zmieniła i bardzo cieszę się, że pojadę ze Śląskiem na pucharowy mecz do Ankary.

Enes ma wystawiony nakaz aresztowania, wasz ojciec był oskarżony o współpracę z terrorystami, ty przez kilka lat nie byłeś w Turcji, a to nie koniec przykrych rzeczy, które spotykały waszą rodzinę. Twój drugi brat został wyrzucony z klubu.

- Tak, chodziło o sześć lat młodszego ode mnie Ahmeta. Kiedy Enes i ja wyjechaliśmy do USA, on trenował w małym klubie Kiziltoprak. Ale w końcu ktoś uznał, że posiadanie w zespole Kantera to ryzyko i wyrzucono go z klubu. Choć właściwie to była bardziej młodzieżowa akademia. Ahmet nie gra już w kosza, wyjechał do USA.

Jesteś koszykarskim obieżyświatem, mieszkałeś w wielu krajach. Jak oceniasz obecną sytuację w Turcji?

- To kraj, w którym się wychowałem i uważam za swój. Historia, kultura, ludzie – wszystko jest piękne. Nie chcę mówić o tym, co mogłoby się zmienić.

Jak wiele znaczy w Turcji nazwisko Kanter?

- Jest bardzo znane. Mój brat to jeden z najlepszych tureckich koszykarzy, gracz NBA, były reprezentant kraju. Z kolei mój ojciec Mehmet to naukowiec, profesor, który zajmował się histologią i genetyką, wykładał na uczelniach. Też jest w Turcji rozpoznawalny. Czuję dumę z tego, jak wiele osiągnęła moja rodzina. Zresztą ciekawe, że u nas albo jesteś koszykarzem, albo lekarzem, naukowcem. Enes i ja gramy w basket, a moja siostra Betul poszła w ślady ojca – właśnie skończyła studia, jest lekarzem, pracuje w Stambule.

Jak wyglądało wasze dzieciństwo? Enes, który jest od ciebie o trzy lata starszy, urodził się w Zurychu, ty przyszedłeś na świat w Bursie, mieszkaliście już wtedy w Turcji. Koszykówka od zawsze była dla was numerem jeden?

- Dorastaliśmy we wschodniej Turcji, w mieście Van. Zawsze lubiliśmy rywalizację, pod każdym względem. Ścigaliśmy się w każdym sporcie. Nie od razu zaczęliśmy grać w koszykówkę, ale kiedy pływaliśmy w jeziorze czy jeździliśmy rowerami do szkoły, to zawsze liczyło się to, kto był szybszy. Zresztą rywalizowaliśmy także z Betul, która jest rok starsza ode mnie, a dwa lata młodsza od Enesa. I pewnie z tej rywalizacji, z chęci bycia lepszym od rodzeństwa, bierze się nasza chęć walki na boisku do koszykówki.

To kiedy w twoim przypadku zaczęła się ta koszykówka?

- Ja rozpocząłem treningi, kiedy miałem 12 lat, dość późno jak na obecne standardy. Enes miał wtedy 15 lat i był nie tylko najlepszym koszykarzem w swoim roczniku w całej Turcji, ale także rozpoznawalnym w Europie. Uważano go za duży talent, doceniano potencjał. Miałem możliwość obserwowania go z bliska, patrzenia na to, jak pracuje, jakie robi postępy. To była dla mnie cenna nauka, bo szybko zacząłem rozumieć, ile trzeba mieć w sobie zaparcia, samodyscypliny, by dojść wysoko. Choć moim największym idolem w dzieciństwie był chyba jednak Shaquille O’Neal.

Co istotne, kiedy ja zaczynałem grać w kosza, nie mieszkaliśmy już w Van. W 2007 r. przeprowadziliśmy się do Stambułu, więc moim pierwszym klubem było Fenerbahce, gdzie trenował już Enes. Grałem tam trzy lata, a potem pojechałem do USA.

Dlaczego wyjechałeś z Turcji? Fenerbahce wydaje się dobrym klubem na start do poważnej koszykarskiej kariery.

- Mój ojciec Mehmet jest profesorem i zawsze bardzo poważnie podchodził do naszego wykształcenia. A kiedy jesteś młodym koszykarzem w Europie i kończysz szkołę średnią, to praktycznie musisz wybierać między graniem, a nauką. Albo decydujesz się na poświęcenie profesjonalnej karierze, albo poważnie myślisz o nauce. W praktyce nie da się tego łączyć. Dlatego ojciec stwierdził, że dla Enesa i dla mnie najlepsza będzie ścieżka amerykańska, bo właściwie tylko w USA możesz trenować, grać i jednocześnie się uczyć, kończyć studia. To była dobra rada, cieszę się ze swojego wyboru. Szybko dojrzałem do samodzielnego życia, nauczyłem się jak przetrwać polegając na sobie.

Jakiego rodzaju rady daje ci Enes – jako zawodnik NBA, ale też jako starszy brat?

- Enes powtarza, że nie będziemy grali w koszykówkę wiecznie, dlatego musimy wykorzystywać każdą szansę, która pojawi się w naszej karierze. Podkreśla, i ja to doskonale wiem, że musimy dbać o siebie, inwestować w ciało, bo dzięki temu możemy dłużej grać na wysokim poziomie.

Ale rozmawiamy też o tym, co dzieje się poza koszykówką. O zbieraniu w trakcie kariery doświadczeń pozaboiskowych, o wykorzystywaniu faktu, że gramy w różnych miastach czy krajach. Moja kariera wygląda na razie tak, że wiele podróżuję – grałem w USA, Francji, Hiszpanii, Grecji, teraz jestem w Polsce. A Enes zmienia miasta i stany w USA, a wiadomo, jaka tam jest różnorodność. Był już w Utah, Oklahoma City, Nowym Jorku, Bostonie, Portland. Brat mówi mi: "Korzystaj z tego, ciesz się, doświadczaj, ile możesz". Po zakończeniu kariery zapewne się ustatkujemy, dopadnie nasz rzeczywistość dnia codziennego, sytuacja będzie inna.

Czy te dojrzałe rady brata sprawiają, że zastanawiasz się już teraz, co możesz robić po zakończeniu koszykarskiej kariery?

- Oczywiście. Najgorsze, co możesz zrobić, to zakończyć karierę i nie mieć dalszego pomysłu, planu na siebie. W USA skończyłem studia – uczyłem się biznesu i zarządzania pod kątem administracji w sporcie. Dlatego chciałbym pozostać przy sporcie, przy koszykówce. Myślę, że doświadczenia z boiska, z różnych lig i krajów, w połączeniu z wykształceniem dadzą mi dobry punkt wyjścia do starania się o posadę dyrektora sportowego. Chciałbym pracować w tej roli.

Kiedy ostatnio graliście razem z Enesem przeciwko sobie?

- A nie tak dawno, w wakacje. Będąc w Chicago, zadzwoniłem do niego, do Los Angeles i namówiłem, żeby przyleciał do mnie. Spędziliśmy razem dwa tygodnie i świetnie się bawiliśmy. W ciągu sezonu się nie widujemy, bo on jest w USA, a ja w Europie, więc teraz i razem graliśmy w kosza, i robiliśmy wiele fajnych rzeczy poza boiskiem.

Jeśli chodzi o nasze spotkania w hali, to najpierw trenowaliśmy przez około godzinę, a potem przez jakieś kolejne 30 minut graliśmy jeden na jednego. Fajna zabawa, naprawdę się staraliśmy i dobrze było zobaczyć, jakie postępy zrobił ostatnio każdy z nas.

Kto wygrywał gierki?

- Na pewno Enes nie wygrał wszystkich. Ale wiadomo, to doświadczony i przede wszystkim bardzo silny środkowy, więc bywało mi ciężko. Z drugiej strony momentami miałem przewagę, gdy oddalałem się od kosza, wyciągałem go z pola trzech sekund.

 

Miałeś bardzo dobry poprzedni sezon w lidze greckiej. Dla Kolossos Rodos zdobywałeś średnio po 17,9 punktu oraz 7,5 zbiórki. To był kolejny krok w rozwoju czy może przełomowy sezon?

- Chyba można powiedzieć, że przełomowy. Wcześniejszy sezon spędziłem w Hiszpanii, w Joventucie Badalona, ale miałem dość ograniczoną rolę w zespole, nie byłem z tego zadowolony. Zależało mi na tym, by przenieść się do drużyny, której trener będzie mnie widział w większej roli. I w Grecji tak było, dzięki czemu zyskałem dużo pewności siebie. Myślę, że pod tym względem zrobiłem duży krok.

W jakim koszykarskim elemencie szczególnie rozwinąłeś się w Grecji?

- Wydaje mi się, że zrobiłem postęp, jeśli chodzi o przygotowywanie się do meczu. Oglądanie i analiza meczów zespołu i własnych zachowań, uczenie się gry rywali, dodatkowe treningi rzutowe – można powiedzieć, że zacząłem traktować koszykówkę bardziej całościowo, bardziej poważnie. Moim zdaniem widać to było na boisku.

Wracając do twojego brata – macie z Enesem podobny wzrost, jesteście środkowymi. Gracie oczywiście na różnym poziomie, ale czy są między wami boiskowe podobieństwa?

- Największym jest chyba to, że obaj gramy bardzo fizycznie. Nie unikamy kontaktu, podkoszowej walki. Lubimy o sobie myśleć, że jesteśmy najmocniejszymi graczami na boisku niezależnie od tego z kim i gdzie gramy. A to wszystko bierze się z odpowiedniego przygotowania, z pracy, którą wkładamy w rozwój naszego ciała, z godzin spędzonych na siłowni.

Poza tym wydaje mi się, że obaj mamy naturalną umiejętność skutecznej walki o zbiórki. Od zawsze to był nasz atut.

Wielu koszykarzy powtarza, że w walce o zbiórki bardzo ważny jest instynkt. Liczą się skoczność i siła, ale kluczowe bywa wyczucie tego, gdzie odbije się piłka.

- Zgadza się. Jak chcesz być dobrym zbierającym, to musisz mieć dobre wyczucie czasu, momentu, w którym skaczesz po piłkę, ale musisz też przeczytać lot piłki, ustawienie graczy pod koszem. Enes jest w tym bardzo dobry, przez całą karierę z tego słynął. Zbiórki zawsze były jego atutem. A ja go oglądam i uczę się jak zastawiać rywali, jak wykorzystywać miejsce w polu trzech sekund.

Po udanym sezonie na Rodos podobno interesował się tobą Panathinaikos Ateny – było coś na rzeczy czy to tylko plotki?

- Były wstępne rozmowy, ale w ich trakcie w Panathinaikosie zmienił się trener i klub uznał, że pójdzie jednak w innym kierunku, jeśli chodzi o budowanie składu. Ale ok, nie mam z tym problemu, jestem zadowolony z miejsca, w którym obecnie jestem.

Masz 26 lat – jak ci się wydaje, w jakim momencie kariery jesteś?

- Na pewno wiele przede mną – zarówno jeśli chodzi o pracę, jak i cele do zrealizowania. Zdecydowanie nie jestem usatysfakcjonowany, bo wiem, że stać mnie na więcej. Dbam o siebie, dbam o ciało, żeby mój grać możliwie jak najdłużej.

Dlaczego zdecydowałeś się na transfer do Śląska?

- Bo wiem, że to ambitny klub, który kiedyś był pierwszą siłą w Polsce i regularnie grał w Europie, a teraz chce do tego wrócić. Śląsk ma nowego trenera, który jest oddany grze i dokładnie wie, czego chce od swoich zawodników. Kolejny atut klubu, to gra w Pucharze Europy. Występowałem w nim dwa sezony temu z Joventutem, wiem, że to bardzo dobry poziom. Dlatego teraz powiedziałem sobie, że jeśli znajdę zespół oferujący mi większą rolę, który występuje w Pucharze Europy, to będę zadowolony. I tak się stało.

Czego możemy się po tobie spodziewać w Śląsku?

- Tego, że pokażę jak bardzo jestem głodny gry. Mam duże oczekiwania zarówno w stosunku do zespołu, jak i samego siebie. Chciałbym też wchodzić w rolę lidera, wykorzystywać doświadczenie. Mamy dość młody zespół, jeśli porównamy się z innymi drużynami w Pucharze Europy, więc myślę, że mogę doradzać chłopakom w pewnych sprawach. A na boisku chcę dać z siebie wszystko, co najlepsze. Mam nadzieję, że Śląsk powalczy o mistrzostwo Polski i dobrze zaprezentuje się w Pucharze Europy.

Więcej o: