Finały TBL. Turów lepszy, Koszarek niezłomny

Najważniejsze kosze zdobywają Polacy, mecze trzymają w napięciu, trenerzy rzucają marynarkami, właściciel Stelmetu kłóci się z kibicami Turowa. Finał sprzed roku był chłodny, Stelmet wygrał 4-0, teraz jest gorąco. W halach wrze.

W świetnej rywalizacji Stelmetu Zielona Góra z PGE Turowem Zgorzelec jest 1-2, dzisiaj o 18.30 mecz nr 4 w Zielonej Górze. Transmisja w Polsacie Sport News. Obrońcy tytułu nie stoją już pod ścianą, ale ich sytuacja jest nadal trudna. Czy uciekną spod topora tak jak we wtorek?

Trzecie spotkanie przejdzie do historii finałów. Wygrał je Stelmet - 93:92 po dogrywce, dzięki celnym rzutom wolnym Łukasza Koszarka na 0,3 sekundy przed końcem meczu. Ale zanim 30-letni rozgrywający je wykorzystał, rywale wykonali taniec złości - Filip Dylewicz bluzgał, trener Turowa Miodrag Rajković wyglądał tak, jakby chciał zdjąć koszulę przed bójką. Rozsierdził ich gwizdek sędziego.

Turów prowadził 92:91, pozostawały sekundy. Koszarek biegł na kosz, zrobił dwutakt, oddał rzut, spudłował. Ale tuż po tym - jeszcze gdy był w powietrzu, czyli przed zakończeniem akcji rzutowej - z impetem wpadł w niego J.P. Prince. Sędziowie faul odgwizdali - zgodnie z przepisami. Czy zrobili to z duchem gry? Zdania są i będą podzielone. W zaognionych dyskusjach uczestniczą wszyscy obserwatorzy, po wtorkowym meczu emocjonalną kłótnię z kibicami Turowa miał właściciel Stelmetu Janusz Jasiński.

Decyzja sędziów i punkty Koszarka były być może kluczowe dla finałowej serii. Gdyby Stelmet przegrał, Turów prowadziłby 3-0, a takiej zaliczki się nie trwoni. Tymczasem jeśli dziś Stelmet wygra u siebie po raz drugi, będzie remis 2-2 i sprawa tytułu pozostanie otwarta. Turów wygląda na zespół lepszy pod każdym względem, ale postawa Koszarka przypomina, by nie lekceważyć mistrzów.

Lider Stelmetu nie szuka wyrafinowanych pomysłów, gdy mówi, jak musi grać jego zespół. - Z jak największą energią i zaangażowaniem, zwracając uwagę na drobne rzeczy. Musimy też częściej atakować Filipa Dylewicza, by jak najwięcej pracował w obronie - mówi Koszarek, który z powodu braku zmienników pod presją Turowa haruje za dwóch. - Moje siły? Coś tam jeszcze zostało... - dodaje z uśmiechem.

Dylewicz, skrzydłowy Turowa, ma 34 lata i jest najstarszym zawodnikiem finału, w którym gra już po raz ósmy. Na razie jest też jego najlepszym graczem. We wtorek zdobył 26 punktów i miał 14 zbiórek. Świetnie zagrał też jego kolega z Turowa Łukasz Wiśniewski, którzy rzucił 24 punkty. A to nie koniec popisów Polaków - 21 dla Stelmetu zdobył Przemysław Zamojski, w poprzednich meczach błyszczał w Turowie Damian Kulig.

I także dlatego ten finał jest tak ciekawy - wyłączając popis J.P. Prince'a z Turowa, który w pierwszym meczu rzucił 30 punktów, o wynikach kolejnych spotkań decydują Polacy. W minionych latach mieliśmy pasjonujące rywalizacje o mistrzostwo, ale błyszczały w nich gwiazdy z zagranicy (Milan Gurović, David Logan, Daniel Ewing itd.). Teraz jest odwrotnie - Dylewicz, Wiśniewski i Koszarek grają równiej, pewniej niż Prince czy Christian Eyenga ze Stelmetu.

Spurs czy Heat?

W nocy z czwartku na piątek czasu polskiego początek finału NBA, w którym znów zagrają San Antonio Spurs i Miami Heat. Rok temu, po pasjonującej, siedmiomeczowej serii rozstrzygniętej w ostatniej minucie ostatniego spotkania, 4-3 wygrali Heat, którzy zdobyli drugie mistrzostwo z rzędu.

Co się zmieniło w porównaniu z poprzednim sezonem? W składach - niewiele. Spurs to wciąż trójka weteranów Tim Duncan, Tony Parker i Manu Ginóbili, w Heat rządzi LeBron James oraz Dwyane Wade i Chris Bosh. Ale zmienia się format finału - z 2-3-2 na 2-2-1-1-1, co oznacza, że drużyna z przewagą boiska (tym razem - Spurs) kluczowy mecz nr 5 rozegra na własnym boisku.

Pierwsze spotkanie zaplanowano na 3 w nocy czasu polskiego. Transmisja w Canal+ Sport.

Więcej o: