NBA Defensywnie: Mark Cuban odmieniony

Ekscentryk, krzykacz, fanatyk. Tak w Polsce określony zostałby Mark Cuban, właściciel Dallas Mavericks, gdyby to w naszym kraju zdecydował się inwestować w jakąkolwiek drużynę sportową. Jest bowiem głośny i nieznośny. Od wrzasków istotniejszy okazał się jednak sukces. Mark Cuban się zmienił i dostał czego chciał - podniósł do góry puchar Larry'ego O'Briena.

Dallas Mavericks mistrzami NBA!

W świecie sportu znany jako głośny i niezwykle nerwowy właściciel Dallas Mavericks. W biznesie nie jest tylko krzykliwym fanem własnego zespołu. Marc Cuban to także poważny, szanowany i podziwiany wizjoner, milioner, przedsiębiorca, prezes i właściciel sieci kablowej HDNet. Prestiżowy magazyn Forbes szacuje jego majątek na około około 2,5 miliarda dolarów i daje mu to dopiero 144 miejsce na liście najbogatszych ludzi w Ameryce.

Początki nie były łatwe, ale Cuban zawsze miał smykałkę do interesów. Pierwszy biznes prowadził już w wieku 12 lat, kiedy sprzedał worki na śmieci, żeby zapłacić za drogie buty do koszykówki. W niezwykle bujnym życiu był też barmanem, nauczycielem tańca disco, organizował i promował różnego rodzaju imprezy, za studia płacił kolekcjonując, a następnie sprzedając znaczki.

Zgromadzony majątek dawał też Cubanowi spokój ducha, bo głośne krytyki wygłaszane na blogu miliardera i kierowane pod adresem sędziów oraz władz NBA spotykały się praktycznie zawsze z ogromnymi karami finansowymi. Ogromnymi dla zwykłych śmiertelników, dla Cubana były one czymś w rodzaju przyjemnego spaceru, połączonego z wydaniem kilkunastu złotych na lody.

Właściciel Mavs właśnie taki był. Bezkompromisowy, wytykający błędy i niezwykle w tym subiektywny. W tym miejscu bardzo istotnym jest czas przeszły, bo Cuban zmienił się, tak samo jak zmieniła się jego drużyna i podejście do budowania potęgi koszykarskiej.

- Im mniej mówiłem, tym lepiej graliśmy i wygrywaliśmy. Postanowiłem więc się zamknąć - tłumaczy.

Bezsprzecznie w ostatnich kilkunastu godzinach Mark Cuban to najszczęśliwszy człowiek na świecie. Nic w tym dziwnego, bo w rękach wyglądającego niczym nastolatek, 52-latka, spoczywa najcenniejszy podarunek jaki mogła zgotować mu jego drużyna. Dallas Mavs zdobyli tytuł mistrzów NBA, a Cuban po latach niepowodzeń i frustracji, w swoim zwyczaju zaskakiwał świat sportu już kilka minut po koronacji. W wywiadzie dla NBA TV twierdził, że oprócz tej nocy po zdobyciu tytułu wcale nie zamierza robić nic szalonego, a wręcz przeciwnie, bo ma ochotę odpocząć i cieszyć się chwilą. W swoim stylu był też niezwykle energetyczny, przybijał piątki z Chrisem Webberem i wymuszał na nim, by były gracz NBA powtarzał kto wspiął się na sam szczyt ligowej drabinki. Zasugerował też, że zamiast pierścieni, włoży na ręce zawodników np. mistrzowskie bransoletki.

- Wiecie co się dzieje na spotkaniach właścicieli? Taki jeden z drugim, którzy zdobyli tytuł 20 lat temu, przychodzą i błyszczą pierścionkiem - mówił do prezenterów NBA TV Cuban, wymachując przy tym wymownie ręką. - Teraz ja też będę mógł to robić - śmiał się miliarder.

Cały Mark Cuban? Po części tak, bo Cuban, na co mało kto zwraca uwagę, jest człowiekiem, który nie tyle uparcie dąży do wyznaczonego celu, ale potrafi zauważyć przeciwności losu, popełnione przez siebie błędy, ewoluować i dokonać zmian, które przywrócą jego tworowi odpowiedni tor.

Uparty i ofensywny

Metodą prób i błędów Cuban chciał już w początkach swojej przygody z Mavs stworzyć mistrzowski zespół. Przez drużynę z Teksasu przewinęło się kilka uznanych w NBA nazwisk. Michael Finley, Antawn Jamison, Antoine Walker, Jerry Stackhouse, rozkwitała gwiazda Steve'a Nasha, na wyżyny swoich umiejętności wchodził Dirk Nowitzki. Po każdej porażce Cuban zmieniał skład, wyrzucał jedną nieco leciwą gwiazdkę, dokupował nową. Chciał grać szybko, zrewolucjonizować defensywną koszykówkę, która ciągle wygrywała mistrzostwa. Zrozumienie, że defensywa może przynosić sukcesy były dla Cubana trudne, bo nie był to jego styl - agresji i parcia do przodu choćby miało się walić i palić.

Sfrustrowany zwolnił jednak w końcu Dona Nelsona, który nie gwarantował niczego poza piękną grą i ciągle przegrywał w play-off, a to z San Antonio Spurs, a to z Los Angeles Lakers. Zatrudnił Avery Johnsona, którego kilka lat później Nelson upokorzył już w pierwszej rundzie play-off. Ciągle rzucał coraz mocniejszymi i głośniejszymi bluzgami, bo jedynym sukcesem, który udało się Cubanowi osiągnąć, był finał w 2006 roku, który Mavs przegrali 2-4.

Takiemu człowiekowi jak Cuban srebro nie wystarcza, bycie drugim, a nie najlepszym to dla ambitnego i wybitnego umysłu coś niezrozumiałego. Plama na honorze i klęska tak wielka niczym Siedem Plag Egipskich. W kodzie programu (Cuban zajmował się też integracją systemów komputerowych i sprzedażą rozwiązań programowych), który zwał się Mavericks ciągle coś nie grało, gdzieś był błąd prowadzący do tak nielubianej przez Cubana porażki.

Najbardziej ekscentryczny i widoczny właściciel drużyny NBA postanowił więc zmienić podejście. Zmienić komponenty i zamiast szaleńczo szukać i wymieniać całość programu, zdecydował się krok po kroku dokładać brakujące cegiełki i ufać tym, które były już częścią większej całości. W 2008 roku zatrudnił więc Ricka Carlisle, szkoleniowca solidnego (w latach 2001-2003 prowadził Detroit Pistons, od 2003 do 2007 Indiana Pacers), ale nigdy wybitnego, który miał wolną rękę i pełne zaufanie szalonego właściciela. Najważniejsze, że Carlisle wiedział jak wygrywać, bo w 1986 roku był częścią mistrzowskiej drużyny Boston Celtics.

- To wszystko trwało, to był proces tworzenia. Rick jest z nami długo, większość graczy również, trochę czasu musiało minąć zanim wszystkie te elementy zaczęły ze sobą współgrać, zanim każdy zaufał trenerowi i czuł się komfortowo w systemie, który ten proponował. Przestaliśmy robić coś na szybko, potrzebowaliśmy stabilności i czasu - mówił po zdobyciu tytułu Mark Cuban.

Charakter i bestia

Najważniejszym elementem był oczywiście Carlisle, ale sukcesu Mavs - co podkreśla Cuban - nie byłoby też, gdyby ten nie sięgnął po sprawdzony, i niezwykle skuteczny, choć już nieco przestarzały element kodu tworzącego znakomite uzupełnienie składu Dallas. Tą częścią jest oczywiście Jason Kidd, genialny rozgrywający. Nieco niewidoczny w finałach jeśli chodzi o statystyki, ale robiący na parkiecie wszystko, czego wymagała sytuacja. Kidd krył LeBrona Jamesa, Dwayne'a Wade'a, prowadził grę, podawał w tempo, uspokajał i był liderem mentalnym Mavs.

- Jason i Dirk Nowitzki to ludzie z charakterem, tacy, których nam potrzeba, którzy chcieli wygrać. Wy nawet nie wiecie jak bardzo tego mistrzostwa chciał Dirk. Po prostu nie wiecie! On jest bestią, nic innego się dla niego nie liczyło - krzyczał do mikrofonu Cuban w wywiadzie telewizyjnym.

Spokój, opanowanie, stabilizacja i pokora - to cechy, które do Cubana nie pasują, których próżno szukać na jego często kontrowersyjnym blogu i wpisach na Twitterze. Są to także cechy, których brakowało i Mavs i Cubanowi w drodze do mistrzowskiego tytułu. 52 latek z wyraźnymi śladami wstrzykiwania botoksu poszedł po rozum do głowy, zauważył że aby sport dał mu to czego oczekuje, musi szanować zasady i stworzyć wokół wielkich gwiazd odpowiednie warunki do tego, by te mogły błyszczeć najjaśniej. I powołując się na maksymę z tytułu polskiej komedii "Pieniądze to nie wszystko", Cuban dojrzał, zrozumiał i dlatego to on dziś jest dumnym triumfatorem, zwycięzcą i tym, który już na zawsze będzie wiedział jak słodki jest smak zdobycia tytułu mistrzów NBA.

Cztery cegły o finale NBA: Mistrz XXI wieku ?

Więcej o: