Cztery cegły o finale NBA: Gorączka (i prawa rączka) Nowitzkiego

Jason Terry i Tyson Chandler bohaterami Dallas Mavericks w meczu nr 4, w którym drużyna z Teksasu znów odrobiła spore straty w czwartej kwarcie, pokonała Miami Heat 86:83 i wyrównała stan rywalizacji w finale NBA na 2-2. Analizy meczu nie można jednak nie zacząć od Dirka Nowitzkiego - pisze Łukasz Cegliński ze Sport.pl.

Pierwsza cegła: Nowitzki jak Jordan

Widoczne lub odczuwalne objawy gorączki to: brak energii do działania, apatia, zmęczenie bez powodu; ból głowy połączony z wypiekami na policzkach; przyspieszony oddech i tętno; brak apetytu, zwiększone pragnienie; dreszcze, obfite pocenie się. Uwaga: intensywny wysiłek fizyczny nawet u zdrowej osoby może spowodować wzrost temperatury ciała o pół stopnia Celsjusza.

Jaką gorączkę miał we wtorek Dirk Nowitzki? W trakcie meczu podawano, że 101-102 w skali Fahrenheita, czyli ok. 38,5 stopnia Celsjusza - według skali z Wikipedii jest to granica gorączki nieznacznej z umiarkowaną. Dodając do tego jednak wspomniany wyżej możliwy wzrost temperatury ciała o pół stopnia przyjmijmy, że Niemiec rozgrzał się do 39 stopni. Nie słaniał się na nogach jak Michael Jordan w pamiętnym meczu nr 5 finału z 1997 roku, ale jego problem był widoczny.

Nowitzki zaczął od trzech niesamowitych trafień w ciągu 90 sekund, ale potem pudłował na potęgę - po raz pierwszy w finale nie trafił nawet z linii rzutów wolnych. W ostatniej kwarcie Niemiec zdobył jednak aż 10 ze swoich 21 punktów! Nie zawiódł też w kluczowym momencie, kiedy 15 sekund przed końcem ograł Udonisa Haslema piwotem w prawą stronę i zdołał wkręcić piłkę do kosza rzutem o tablicę. Niemiec doprowadził wówczas do wyniku 84:81.

Czapki z głów, pokłony do ziemi i aspiryna do gęby!

Druga cegła: Terry i Chandler byli ważniejsi

Wtorkowe zwycięstwo Mavericks zostanie zapamiętane jako gorączkowy mecz Nowitzkiego, bo media - ach, te media! - będą pisać głównie o poświęceniu Niemca. Ale nie byłoby wygranej drużyny z Dallas, gdyby nie świetna gra Jasona Terry'ego i Tysona Chandlera.

Pierwszy, weteran o niewyparzonym języku, który swoimi rzutami potrafi doprowadzić swój zespół do ekstazy lub rozpaczy, dzień przed meczem prowokował rywali i LeBrona Jamesa mówiąc, że tym razem James nie zdoła go zatrzymać w czwartej kwarcie. Że udało mu się to w meczach nr 1 i 3, ale w drugim nie, więc i w czwartym skuteczna defensywa się nie powiedzie. No i się nie powiodła.

W czwartej kwarcie Terry zdobył osiem ze swoich 17 punktów i to on wyrwał zespół z czarnej dziury zdobywając szybkie cztery punkty od stanu 65:74. Obrona Mavericks weszła wtedy na wyższy poziom, a Heat przestał grać zespołowo w ataku, ale ktoś - Terry oczywiście - musiał to wykorzystać. Pan-z-rozłożonymi-rękami trafił też z kontry na 79:78, a potem dwoma wolnymi przypieczętował wygraną.

Chandler z kolei zdominował walkę o zbiórki - miał ich aż 16, z czego dziewięć w ataku! Dodał do tego 13 punktów przy dobrej skuteczności, nie miał żadnej straty i tylko trzy razy faulował, dzięki czemu grał aż przez 43 minuty - najwięcej w zespole gospodarzy. Jego zbicia piłki w tłumie rywali dawały Mavericks szanse na punkty z ponowienia. Wielki mecz Chandlera!

Trzecia cegła: LeBron Miś, zamiast Dzik

"Proszę państwa, oto miś. Miś jest bardzo grzeczny dziś. Chętnie państwu łapę poda. Nie chce podać? O, to szkoda".

Przesadza ten LeBron James, no naprawdę. Shawn Marion i DeShawn Stevenson wykonują przeciwko niemu ogromną pracę w obronie, Terry publicznie zwątpił w jego umiejętności defensywne, ale żeby aż tak wycofać się z gry? 3/11 z gry, osiem punktów, dziewięć zbiórek, siedem asyst, dwa przechwyty i cztery straty. To mogą być statystyki 38-letniego Jasona Kidda, ale nie utalentowanego chłopaka z południowej plaży w Miami, prawda?

Oglądałem ten mecz z zamiarem wnikliwej obserwacji Jamesa i o ile mogę go pochwalić za próbę zespołowej gry i podawanie do partnerów (do Joela Anthony'ego uwalniającego się pod koszem czy do niesamowitego Dwyane'a Wade'a w każdej pozycji), to jednak kilka strat i złych decyzji zniwelowało jego dobre akcje. A ofensywna bierność była rozbrajająca - nie pamiętam sytuacji, w której James próbowałby wykorzystać swoją dynamikę, skoczność i siłę. Nawet wtedy, kiedy za obrońcę miał Kidda i ustawiał się do gry tyłem do kosza.

James powinien grać jak dzik z "Akademii Pana Kleksa". A grał jak grzeczny miś.

Czwarta cegła: Jak oceniać Wade'a?

MVP Heat, a być może całego finału, miał 13/20 i 6/9 z wolnych, co dało mu 32 punkty. Do tego miał sześć zbiórek, dwie asysty, dwa przechwyty i dwa bloki. Niesamowite trafienie sprzed Mariona w końcówce akcji, wsad z powietrza (i chodzi mi o powietrze, a nie wyskok) oraz seria innych pięknych rzutów, wkrętów, wejść, dopchnięć złożyły się na kolejny świetny mecz Wade'a.

Problem jednak w tym, że rzucający z Miami w końcówce zagrał słabo - od momentu, w którym pięć minut przed końcem Mavericks wyszli na prowadzenie 79:78, lider Heat popełnił dwa faule, po których gospodarze trzykrotnie trafili z wolnych, miał stratę, spudłował za trzy, zmarnował wolnego, który 30 sekund przed końcem mógł dać remis i zgubił piłkę w ostatniej akcji, przez co rzut rozpaczy Mike'a Millera był prawdziwym rzutem rozpaczy. Jedyne punkty w ostatnich pięciu minutach to wsad na 83:84, na który Mavericks zareagowali wzruszeniem ramion, bo krzywdy im nie zrobił.

Wade statystyki znów miał świetne, ale w końcówce zatrzymał się tak, jak cała drużyna Heat. Tak, jak w meczu nr 2.

NBA. Koszykarski superman zakończył karierę ?

Więcej o: