Sport.pl na Facebooku! Sprawdź nas ?
W NBA, lidze, w której każdy zespół rozgrywa mordercze 82 mecze w ciągu zaledwie 4,5 miesiąca, jedno spotkanie nie może mieć żadnego znaczenia. Po prostu nie może. Najzwyczajniej nie ma prawa. Bo jeden z osiemdziesięciu dwóch to jak kropla w morzu. To, zdaniem statystyków, zwykły błąd, często anomalia, która naprawdę nie ma znaczenia. Jak niezwykle nieprawdziwe są te często wypowiadane słowa niech opowiedzą gracze i trenerzy San Antonio Spurs.
Przez cały, calutki, długi i męczący sezon zasadniczy Spurs okupowali pierwsze miejsce w tabeli. Chwil, w których remisowali z innym zespołem doświadczali tylko na początku, kiedy szli łeb w łeb z New Orleans Hornets. W dalszej części sezonu byli bezkonkurencyjni. Pokonali Lakers, rozgromili Heat, nie dawali szans słabeuszom i średniakom. Grali koszykówkę dla niektórych piękną i poukładaną. Dla innych obleśnie brzydką, ale zawsze skuteczną.
Mieli szczęście i co za tym idzie to czego brakowało im w ostatnich latach - Spurs omijały kontuzje. Ale nie tylko, bo drużynę z San Antonio omijały też problemy, których doświadczali mistrzowie z Los Angeles, nie mieli kłopotu z nagonką medialną taką jak w Miami. Armia Grega Popovicha musiała skupić się tylko nad graniem i wygrywaniem.
I to robiła.
Wielki wódz sił morskich Duncan, generał artylerii Ginobilli i szturmujący linie wroga niczym Clint Eastwood w Heartbreak Ridge (Wzgórze Rozdartych Serc z 1986 roku) Tony Parker robili wszystko to, czego wymagały od nich całkowicie oddane im oddziały.
Armia zaciężna z Ostrogami w pięknych butach Nike czy Adidasa, kroczyła do celu, którym było zajęcie pierwszego miejsca po sezonie zasadniczym NBA. Na około 20 spotkań do końca sezonu jedynym problemem Spurs było utrzymanie przewagi choćby jednego zwycięstwa nad drugim w tabeli Dallas Mavericks.
Nikt, absolutnie nikt nie spodziewał się, że z góry upatrzone przez Spurs pozycje zostaną zaatakowane z flanki. Dowodzone przez szalonego Byka Derricka Rose'a Chicago, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ukłuciem balonu szpilką, strąciło Spurs z najlepszej możliwej lokalizacji i bezczelnie zajęło to miejsce, z którego w play-off atakuje się najlepiej.
A wszystko to przez jeden, jedyny frajersko przegrany mecz, który przecież zdaniem wielu ekspertów nie ma znaczenia.
Ten jeden mecz Spurs, to jedno spotkanie przeciwko Suns miało, bo zwykle kłujące Ostrogi zostały szturchnięte w pupę przez Byczy róg z Chicago i po raz pierwszy w sezonie zespół z San Antonio nie był najlepszą drużyną w tabeli.
I jeśli chodzi o sezon zasadniczy, ta sytuacja już się nie odwróci, bo jedno, jedyne spotkanie, o którym mowa, to ostatni mecz sezonu.
Ta mała przegrana przez Spurs wojenka z Bulls, mogła skończyć się piękną historią. Historią, której chyba nie doświadczył jeszcze żaden fan NBA. Chodzi oczywiście o losowanie przewagi własnego parkietu, które miało odbyć się za pośrednictwem jedynej sprawiedliwej (tak przynajmniej twierdził prokurator Harvey Dent z Batmana) na tym świecie rzeczy - rzutem monetą. Do tej niezwykłej sytuacji miało dojść gdyby oba zespoły miały tyle samo zwycięstw w sezonie zasadniczym.
Kończąc sezon Spurs znaleźli się na miejscu, które przez każdego fana sportu, dziennikarza sportowego, prezesa i właściciela klubu, oraz samych sportowców, uznawane jest za to zapominane.
Bo, nie licząc upartego golfisty Kevina Costnera w Tin Cup, w pamięć fanów zapadają tylko zwycięzcy.
Spurs przegrali jedną z najważniejszych bitew, ale w tym momencie przygotowują się do tej ważniejszej walki. Do walki, która może im dać upragnione sukcesy, nie tylko połowiczne, nie tylko dające chwilową przewagę, ale dające możliwość chwalenia się i dumnego prezentowania piersi z orderami.
Choć w kontekście NBA lepiej i prawdziwiej brzmi - podnoszonego do góry pucharu imienia Larry'ego O'Briena.
Spurs pomimo świetnego sezonu zasadniczego, mają jednak wielki problem. Do walki o zaszczyty przystępują bowiem z ogromnymi problemami kadrowymi. Nie wiadomo do końca co dzieje się z Manu Ginobillim, którego kontuzja łokcia może wyłączyć z udziału w pierwszym meczu tegorocznych play-off.
A siłą Spurs było zdrowie i unikanie obrażeń wojennych. Te zespołowi przytrafiły się w najważniejszym i najmniej spodziewanym okresie.
Play-off startują już dziś w nocy. Pierwsza bitwa żołnierzy Grega Popovicha rozpocznie się jednak dopiero w niedzielę w nocy. Walczącym po drugiej stronie przeciwnikiem są niewygodne i niebezpieczne oddziały Niedźwiedzi Grizzli.
1 - tyle razy Chicago Bulls zajmowali w tym sezonie pierwsze miejsce w tabeli NBA. Po raz pierwszy dokonali tego po rozegraniu 82 spotkań. Tyle samo zwycięstw zabrakło San Antonio Spurs by być ex-equo najlepszym zespołem w lidze z Bulls.
2:2 - bilans sezonu zasadniczego Spurs w pojedynku z Memphis Grizzlies. W obu przegranych spotkaniach nie grał ktoś z dwójki Tony Parker - Tim Duncan.