NBA. Clippers na fali wznoszącej

Clippers po świetnej czwartej kwarcie pokonali w niedzielę lokalnego rywala, Lakers 99:92. To kolejny zespół z czołówki, który nie sprostał Blake'owi Griffinowi i spółce.

Nieliczni fani Clippers nie pamiętają już o katastrofalnym początku sezonu. Ich zespół zaczął od 13. porażek w 14. pierwszych meczach, a teraz jest na fali wznoszącej - z ostatnich 13. meczów zwyciężył w aż dziewięciu, w tym zaliczył bardzo cenne wygrane w Chicago oraz w dwóch ostatnich meczach u siebie - w środę przeciwko Heat i w niedzielę z lokalnym rywalem - Lakers.

W trzeciej kwarcie wydawało się, że to mistrzowie NBA po raz drugi w tym sezonie wygrają bitwę o Los Angeles. Świetny moment miał Kobe Bryant, dobrze bronił Pau Gasol, a młody lider Clippers Blake Griffin miał ogromne problemy z grą w ataku (tylko dwa punkty w pierwszej połowie).

Jednak ostatnie minuty należały do Clippers. Trener Vinny del Negro postanowił obniżyć skład - na parkiet posłał niskich Erica Gordona, Barona Davisa oraz Randy'ego Foye'a. To przyniosło momentalną korzyść, bo gospodarze lepiej zaczęli bronić na obwodzie. Pod koszem przebudził się Griffin, który w czwartej kwarcie zdobył 10 ze swoich 18 punktów w całym meczu. A bezradni Lakers tylko patrzyli jak najpierw topnieje im przewaga, a później rosną im straty. Goście próbowali gonić rzutami z dystansu, ale to nie była ich noc, spudłowali pięć z ostatnich sześciu rzutów z gry i ostatecznie przegrali 92:99.

30 punktów dla Clippers rzucił Eric Gordon, Griffin zakończył spotkanie z 18 punktami i 15 zbiórkami. 27 punktów dla Lakers zdobył Kobe Bryant.

Na niespełna sześć sekund przed końcem, gdy było już wiadomo, że Clippers ten mecz wygrają, na parkiecie zrobiło się gorąco. Po starciu w walce o zbiórkę Griffina z Lamarem Odomem, doszło do przepychanki między kilkoma zawodnikami, skończyło się na groźnych minach i wykluczeniach dla Griffina, Davisa (obaj Clippers) oraz Odoma i Artesta (Lakers).