NBA. Kibol po amerykańsku

Niespotykanego w USA seansu nienawiści doświadczył w Cleveland LeBron James podczas meczu NBA Cavaliers - Miami Heat. Policja i ochrona interweniowały w kilkudziesięciu przypadkach, kilku widzów zostało wyprowadzonych z trybun

To może był połączenie sylwestra, SuperBowl i apokalipsy - ostrzegał przed meczem lokalny "The Plain Dealer". James, 26-letni gwiazdor, który spędził w Cavs poprzednie siedem sezonów i - jak sam przyznał - z 18-letniego dziecka stał się tam mężczyzną, wracał do Cleveland po raz pierwszy jako koszykarz Heat.

Lipcową decyzję bohatera miasta, a nawet całego stanu Ohio o podpisaniu kontraktu z drużyną z Florydy odebrano w Cleveland jako oszustwo, zdradę, przyznanie się do własnej słabości. Koszykarz, który obiecał, że zamieni słabiutkich Cavs w zespół mistrzowski, wyzwaniu nie sprostał i wybrał drogę łatwiejszą - dołączył do gwiazd w Miami, tworząc z Dwyane'em Wade'em i Chrishem Boshem Dream Team. Dla prowincjalnego Cleveland, który w USA uchodzi za odpowiednik naszego Wąchocka, był to policzek i rysa na honorze.

Na przyjazd Jamesa do Cleveland czekali nie tylko lokalni kibice, ale cała Ameryka. - To będzie brutalne przywitanie - prorokował prezydent USA Barack Obama, mając na myśli reakcję trybun, a nie wydarzenia na boisku. To, że sportową analizą meczu zajmowali się tylko zapaleńcy, a przewidywanie tego, jak zachowają się kibice, pochłonęło największe media, było znaczące.

Cavs, władze miasta, ale też NBA, która uważnie dba o image ligi przyjaznej społeczeństwu, w obawie przed zamieszkami na trybunach przedsięwzięły specjalne środki bezpieczeństwa. Wchodzących do hali badano wykrywaczami metalu, wzmocniono ochronę wokół ławki gości, ubrani po cywilnemu ochroniarze usiedli na trybunach. Już przed halą jeden z policjantów udaremnił protest kibica, który próbował spalić koszulkę Jamesa.

W Quicken Loans Arena nie sprzedawano napojów w plastikowych butelkach, a przed wejściem konfiskowano koszulki i plakaty z nieprzyzwoitymi hasłami - np. takie, w których nad logo klubu z Miami zamiast "Heat" napisano "Hate" (nienawiść). Na trybunach pojawił się jednak bolesny dla Jamesa plakat z napisem "Jaki ojciec, taki syn" - bolesny, bo ojciec koszykarza, kryminalista, opuścił rodzinę, gdy LeBron był mały.

Sito przy wejściu miało jednak dziury, a na dodatek żadnego wpływu na kilkanaście tysięcy gardeł na trybunach. Fani Cavs buczeli za każdym razem, kiedy James dostawał piłkę, często skandowali "Akron cię nienawidzi!". Akron, czyli rodzinna miejscowość koszykarza położona niedaleko od Cleveland. "Tak, nienawidzimy cię" - krzyczeli potem kibice. Ośmiu z nich ustawiało się tak, że litery na ich koszulkach tworzyły napis "Betrayed", czyli zdradzeni. Z relacji dziennikarzy wynika, że pod adresem Jamesa zdarzały się także okrzyki niecenzuralne.

Gwiazdor presję wytrzymał doskonale - w pierwszej kwarcie niemal w pojedynkę odrobił straty i wyprowadził Heat na prowadzenie, w trzeciej dobił swój były zespół fantastyczną serią punktową. W pewnym momencie pokiwał głową do taktu "Akron cię nienawidzi!", a potem trafił niesamowity rzut z rogu boiska. Zdobył aż 38 punktów, nie miał żadnej straty. Heat rozgromili Cavs 118:90.

Bilans z trybun? Ręcznik i bateria lecące w stronę siedzącego na ławce Jamesa, aresztowanie jednego fana za niecenzuralne okrzyki i gesty, wyrzucenie z trybun kilku kolejnych. Klub przyznał się też do 36 skonfiskowanych koszulek i plakatów z nieprzyzwoitymi treściami, a dziennikarze wychwycili jedną szarpaninę, w której fan w koszulce Heat został oblany piwem z kilkunastu kubków.

W porównaniu z europejskimi stadionami, gdzie podczas meczów piłki nożnej zdarzają się bójki chuliganów, odpalanie rac, a nawet - jak w przypadku kiboli Interu Mediolan - zrzucenie skutera na niższą trybunę, w Cleveland nie wydarzyło się nic strasznego. Jeśli jednak odnieść czwartkowe zachowania do typowych w halach NBA, gdzie kibice najczęściej kojarzą się z wielbicielami popcornu średnio zainteresowanymi wydarzeniami na boisku, mecz Cavs - Heat był przypadkiem skrajnym.

Z drugiej strony - jednostkowym i dlatego amerykańscy dziennikarze seans nienawiści w Cleveland potraktowali raczej jako ciekawostkę i kronikarsko go relacjonowali, niż jednoznacznie potępili. Przypadek LeBrona, Cleveland i Miami jest w skali ligi bez precedensu. Gwiazdy w szczycie możliwości kluby już zmieniały (np. Shaquille O'Neal czy Charles Barkley), ale żadna z nich nie była traktowana tak, jak James w Cleveland.

Ale już felietonista ESPN Rick Reilly pisał ostatnio o futbolowej NFL: "Na waszym miejscu nie zabierałbym na mecz dziecka, tylko Manny'ego Pacquiao. Stadiony NFL są z roku na rok coraz bardziej niebezpieczne".

Trybuny nienawiści - LeBron wraca jako zdrajca

Więcej o: