Jak na razie w play-offach NBA pewni awansu do ćwierćfinału są tylko koszykarze Oklahomy City Thunder, którzy rozbili Phoenix Suns 4:0 w serii. W pozostałych starciach losy rywalizacji są otwarte, choć bliskie kolejnego etapu rozgrywek są Los Angeles Lakers, San Antonio Spurs, Orlando Magic, Boston Celtics czy Minnesota Timberwolves. Duży krok w kierunku promocji postawił także zespół New York Knicks z Jeremym Sochanem w składzie, który mierzy się z Atlantą Hawks.
Zaledwie trzy dni temu Hawks przed własną publicznością wypuścili okazję na podwyższenie prowadzenia w serii na 3:1 i ostatecznie polegli 98:114. Mimo okazałej wygranej, trener Knicks Mike Brown nie dał szansy na grę Sochanowi, który wciąż czekał na debiut w nowych barwach w fazie play-off. Polak w końcu doczekał się swojej szansy w nocy z wtorku na środę 29 kwietnia w Madison Square Garden, gdzie rozgrywano piąte spotkanie Knicks z Hawks.
Już od początku meczu warunki gry dyktowali koszykarze z Nowego Jorku, którzy trafili osiem z pierwszych dwunastu rzutów. Następnie zanotowali dziewięciopunktową serię pod koniec pierwszej kwarty, którą wygrali 35:22. W drugiej odsłonie udało się podwyższyć prowadzenie na 64:48 ze skutecznością zespołu na poziomie 58,5 proc., a 18-punktowa przewaga wprowadziła dużo spokoju w szeregach ekipy Mike'a Browna.
Na parkiecie pojawił się Sochan, który łącznie zdobył 10 punktów w zaledwie trzy minuty, w tym fenomenalną "trójkę" na 119:94 na dwie minuty przed końcem ostatniej kwarty. Co ciekawe, udało mu się w tym aspekcie zdeklasować CJ McColluma, który łącznie rzucił zaledwie sześć punktów, choć w poprzednich spotkaniach był jedną z najjaśniejszych gwiazd Hawks.
Koszykarzy z Atlanty po tym trafieniu reprezentanta Polski stać było już tylko na zdobycie trzech oczek, a Knicks przypieczętowali okazałe zwycięstwo, dokładając siedem punktów - wszystkie autorstwa Sochana i wszystkie z gry. Po końcowej syrenie wynik brzmiał 126:97, co oznacza, że w czwartek w Atlancie bliżej awansu do ćwierćfinału będą podopieczni Mike'a Browna.
Niewątpliwie jednak liderem zespołu z Nowego Jorku był Jalen Brunson, któremu udało się zdobyć 39 punktów, czyli aż 31,5 proc. z całego dorobku Knicks. Wynik ten może wydawać się szalony, ale Brunson i tak nie był aż tak skuteczny, jak powinien być - na 23 rzuty trafił 15.
Udane spotkanie zanotowali także Karl-Anthony Towns, który zakończył mecz z double-double (16 pkt, 14 zbiórek) i dołożył sześć asyst, dwa przejęcia oraz dwa bloki. OG Anunoby z kolei był królem zbierania piłki spod kosza - już w pierwszej kwarcie zanotował siedem zbiórek, a ostatecznie miał ich 10.
Hawks mogą sobie pluć w brodę, gdyż po trzech meczach byli blisko awansu do kolejnej rundy play-offów. Teraz jednak Knicks weszli na poziom, który wydaje się być dla ekipy z Atlanty praktycznie nieosiągalny. Czy mistrzostwo NBA wróci do niebiesko-pomarańczowej części Nowego Jorku po 53 latach?
Zobacz też: Real Madryt w żałobie. Odeszła jedna z największych legend klubu