Jeremy Sochan zimą przeniósł się z San Antonio Spurs do New York Knicks. Na razie jednak przygoda w nowym klubie nie jest zbyt udana. Polski jedynak w NBA grał do tej pory bardzo mało, choć zdarzały się i dobre momenty. Wydawało się, że przełomem może być spotkanie z Chicago Bulls na początku kwietnia. Sochan spędził wówczas na parkiecie rekordowe jak na siebie niespełna 17 minut, zdobył siedem punktów, miał osiem zbiórek, asystę, przechwyt oraz blok. Niestety od tamtej pory trener Mike Brown w ogóle na niego nie stawiał... aż do teraz.
22-latek w dwóch ostatnich spotkaniach z Atlantą Hawks (108:105) i Boston Celtics (112:106) ani razu nie podniósł się ławki. Przełom nastąpił dopiero w nocy z piątku na sobotę polskiego czasu. Knicks zmierzyli się wówczas w Madison Square Garden z Toronto Raptors. Sochan zaś rozegrał 6 minut i 7 sekund.
Niestety przez ten czas nie udało mu się wiele zdziałać. Zaliczył jeden przechwyt, zbiórkę i faul. Pozostał jednak bez zdobytego punktu. Ba, nie oddał ani jednego rzutu. Polak mógł jedynie podziwiać pod tym względem popisy swoich kolegów. Rewelacyjne spotkanie rozegrali Jalen Brunson, który rzucił 29 punktów oraz Karl-Anthony Towns. Ten z kolei mógł pochwalić się 22.
Zobacz też: Amerykanin tak mówi o naszej mentalności. "Byłem zszokowany"
Głównie dzięki temu duetowi Knicks absolutnie zdominowali rywalizację na parkiecie. Lepsi byli w każdej kwarcie poza trzecią, w której padł remis 28:28. Zwyciężyli bardzo pewnie 112:95. Wynik oznacza przy okazji, że już wiedzą, na którym miejscu zakończą zmagania w sezonie zasadniczym.
Na kolejkę przed końcem stało się pewne, że Knicks zajmą trzecią pozycję w tabeli Konferencji Wschodniej. Bardzo możliwe, że ich pierwszym rywalem w fazie play-off będzie właśnie Toronto Raptors, które zajmuje obecnie 6. lokatę. Na zakończenie rundy zasadniczej zespół Sochana zmierzy się w poniedziałek 13 kwietnia z Charlotte Hornets.