New York Knicks zaliczają jak do tej pory udany sezon na parkietach NBA. Podopieczni Mike'a Browna zajmują trzecie miejsce w konferencji wschodniej, a po porażce z Detroit Pistons (111:126) zanotowali dwa zwycięstwa z rzędu - najpierw pokonali Houston Rockets 108:106, a w nocy z niedzieli na poniedziałek 23 lutego ograli Chicago Bulls 105:99, choć na cztery minuty przed końcem meczu przegrywali 94:95.
Liderem Nowojorczyków w starciu z Bulls był niewątpliwie Karl-Anthony Towns, który rzucił 28 punktów i miał 11 zbiórek. To właśnie on trafił za trzy punkty, dołożył jedno trafienie za dwa oczka i wykorzystał rzut osobisty w końcówce spotkania, ponownie wyprowadzając swój zespół na prowadzenie. Wynik ustaliły akcje z udziałem Mikala Bridgesa oraz Jalena Brunsona.
11 minut na parkiecie spędził Jeremy Sochan. Reprezentant Polski zdobył tylko dwa punkty, wykorzystując błąd jednego z rywali. Oprócz tego zanotował trzy zbiórki i dołożył dwie asysty. Dla 22-latka był to trzeci występ w barwach Knicks od momentu odejścia z San Antonio Spurs.
Cieszyć można się z tego, że Sochan ponownie zbiera minuty w najlepszej koszykarskiej lidze świata. Mimo to, obserwator NBA Mateusz Babiarz zwraca uwagę we wpisie na portalu X, że choć w rotacji zabrakło Mitcha Robinsona oraz Mohameda Diawary, minuty polskiego zawodnika "wciąż stoją w miejscu".
- Wygląda na to, że sufit czasu gry Brown zakłada na 10+ - czytamy.
Wydaje się jednak, że trudno wyciągać wnioski po zaledwie tygodniu gry Sochana w zespole typowanym do zdobycia mistrzowskiego tytułu. Zwłaszcza że Sochan w ostatnich miesiącach zdążył wypaść z rytmu meczowego.
Zobacz też: Sceny na konferencji Sochana. Nagle wypalił: "Gó***any klub"