Jaylen Wells w NBA rozgrywa debiutancki sezon. Rok temu został wybrany w drafcie przez Memphis Grizzlies i jak na nowicjusza spisuje się całkiem nieźle. Do meczu z Charlotte Hornets przystępował ze średnią 10,5 punktu, 3,4 zbiórek i 1,7 asyst na mecz. Niestety wiele wskazuje na to, że wyników już nie poprawi. Wszystko przez dramat, jaki rozegrał się na parkiecie.
Pod koniec drugiej kwarty Wells popisał się skuteczną kontrą. Otrzymał podanie od Ja Moranta, popędził pod kosz i wykonał wsad. Niestety spadając, zahaczył plecami o próbującego go dogonić KJ Simpsona. Stracił wówczas równowagę i bez żadnej kontroli potężnie uderzył głową o parkiet. Zaniepokojony Simpson od razu ruszył w jego stronę. Niestety uraz okazał się bardzo poważny.
Zawodnika natychmiast okrążyły służby medyczne, które przed długi czas udzielały mu pomocy. Na twarzach zawodników z obydwu drużyn widać było ogromne przejęcie i strach. - Wells leżał przez osiem minut bez ruchu, po czym personel medyczny przeniósł go na nosze, przymocował mu głowę pasami ograniczającymi ruchy i zawiózł do szpitala, gdzie odzyskał zdolność poruszania wszystkimi kończynami - poinformowano na oficjalnej stronie NBA.
Po wszystkim ojciec koszykarza Fred Wells powiedział w rozmowie z Memphis Commercial Appeal, że jego syn był wystarczająco przytomny, był zapytać o wynik meczu. Miał ból w twarzy, szczęce i plecach. Sytuacja wydaje się jednak poważna. Według wstępnych diagnoz Jaylen Wells ma złamany nadgarstek i nie będzie mógł zagrać już do końca sezonu.
Mecz pomiędzy Charlotte Hornets a Memphis Grizzlies w sumie opóźnił się o 23 minuty. Po sytuacji z Wellsem sędziowie dokładnie przeanalizowali powtórki i orzekli, że Simpson dopuścił się faulu Flagrant 2, co skutkowało automatycznym wyrzuceniem z boiska. Ostatecznie spotkanie zakończyło się zwycięstwem Grizzlies 124:100. Ekipa ta awansowała na czwarte miejsce w tabeli Konferencji Zachodniej, a do końca sezonu zasadniczego pozostały jej trzy mecze.