Byli memem, a dziś biją mistrzów. NBA ma nowego Jordana

Piotr Wesołowicz
Do niedawna byli pośmiewiskiem ligi, ale dzisiaj sami ośmieszają kolejnych rywali. Najpierw wyrzucili z play-off Phoenix Suns, a teraz prowadzą w serii z Denver Nuggets, czyli mistrzami NBA, 2-0. Na szczyt prowadzi ich Anthony Edwards - nowe wcielenie Michaela Jordana. Dosłownie.

Żadna – dosłownie żadna – drużyna nie wygrywa w historii NBA tak rzadko, jak Minnesota Timberwolves. Żadna nie wygrała także mniej meczów w fazie play-off, co w przypadku ekipy z Minneapolis oznaczało do niedawna nędzne 21 zwycięstw.

Zobacz wideo Sztafeta 4x400 mężczyzn z awansem na igrzyska! Mateusz Rzeźniczak: Nieważne jak się zaczyna, ważne jak się kończy

W tym świetle kolejna statystyczna ciekawostka – o tym, że "Leśne Wilki" są jedną z ledwie pięciu drużyn, które nigdy nie dotarły do finału NBA – budzi pełne zrozumienie i co najwyżej wzruszenie ramion.

Jeśli liczby nie są wystarczającym dowodem na to, jak żałosną drużyną byli do tej pory byli Timberwolves, niech przemówi obrazek. Jest 2022 r. Wolves dzięki niedawno utworzonemu turniejowi play-in załapali się do walki o udział w play-off. I – ku zaskoczeniu – tę walkę wygrali. W decydującym meczu zwyciężyli z Los Angeles Clippers 109:104 i załapali się w końcu do najlepszej ósemki Konferencji Zachodniej.

Byli memem. Dziś są najgorętszą drużyną w NBA

Ale to, co działo się po ostatniej syrenie, wywołało wśród kibiców spoza Minneapolis zdumienie. Timberwolves świętowali, jakby zdobyli właśnie tytuł. Patrick Beverley płakał, zdarł z siebie koszulkę i rzucił w trybuny. Zabrakło jedynie "We are the champions" w tle i sypiącego się spod dachu hali konfetti.

Dziś te statystyki czy drobne złośliwości można wrzucić tam, gdzie ląduje większość rzutów Anthony'ego Edwardsa – czyli do kosza. Timberwolves są "najgorętszą" drużyną w całej lidze, a ich lider namaszczany jest na nowego bohatera NBA.

Najpierw jednak o Timberwolves. Ekipa Chrisa Fincha do play-off awansowała z trzeciego – tak, trzeciego! – miejsca w Konferencji Zachodniej. I bynajmniej nie po to, by znów odpaść w pierwszej rundzie. Na dzień dobry zmiotła Phoenix Suns – tak, tych Suns z Kevinem Durantem, Devinem Bookerem i Bradley'em Bealem! – 4-0 i awansowała do półfinału. Tam trafiła na Denver Nuggets – tak, tych Nuggets, którzy mają być pierwszą od sześciu lat drużyną, która w końcu obroni tytuł! I wiecie co?

Prowadzi w serii 2-0.

W pierwszym meczu "Wilki" wygrały 106:99, w drugim aż 106:80, a przecież oba spotkania odbyły się w Denver. Oczywiście – to jeszcze nic nie znaczy, wszak pięciokrotnie w historii ligi zdarzało się, aby drużyny wygrywały play-offowe serie, mimo że jako gospodarz przegrywały już 0-2 i Nuggets mogą być szóstą. Ale jednocześnie dla klubu z Minnesoty to znaczy wszystko.

Śmiało można zaryzykować stwierdzenie, że Timberwolves będą jedną z "najgorętszych" drużyn tej dekady. A to dlatego, że mają największą wschodzącą gwiazdę koszykówki – Anthony'ego Edwardsa.

"Ant" – jak mówią na niego zdrobniale kibice – w pierwszym meczu z Nuggets zdobył aż 43 punkty. W drugim "tylko" 27, ale fakt, iż fani skandowali na jego cześć okrzyki: "MVP" – i to w hali Nikoli Jokicia, który właśnie zmierza po trzecią najcenniejszą statuetkę – musi przemawiać do kibicowskiej wyobraźni.

Edwards rozbudza ją skądinąd od dawna. To 22-latek, którego Timberwolves wybrali z numerem pierwszym draftu w 2020 r. Choć – co ciekawe – tego gracza nigdy w Minneapolis mogłoby nie być. Jak pisze Brian Windhorst z ESPN, Wolves robili wszystko, by oddać go do Golden State Warriors. Ponoć, wedle ich wewnętrznej analizy, Edwards mógłby mieć w przyszłości kłopot z etyką pracy i odpowiednią motywacją do gry. Warriors woleli jednak wybrać w drafcie Jamesa Wisemana. Reszta jest historią – Wisemana w Oakland już nie ma, a dziś jest mu trudno o minuty na parkiecie nawet w najsłabszych w lidze Pistons. A Timberwolves? Zostali z Edwardsem i… woleliby o swoich dawnych wątpliwościach już nie pamiętać.

Dziś już wiedzą, że mają w zespole największy koszykarski skarb. Gracza, który za chwilę będzie twarzą ligi. O ile właśnie się nią nie staje.

22-latek ma za sobą znakomity sezon zasadniczy, w którego trakcie notował najlepsze w karierze 26 punktów na mecz i po raz drugi zagrał w Meczu Gwiazd. Poprowadził też Timberwolves do 56 wygranych i trzeciego miejsca w tabeli Konferencji. Dla ekipy z Minneapolis to drugi najlepszy wynik w historii.

Ale nie same statystyki są ważne. Stylem, w jakim Edwards gra w koszykówkę, dysponowali tylko najwięksi koszykarze w historii, jak Kobe Bryant czy Michael Jordan. I nie są to słowa na wyrost. W tym, z jaką gracją porusza się z piłką, w jaki sposób składa się do rzutu, Edwards niezwykle przypomina Jordana. Jeden z rzutów z pierwszego meczu z Nuggets okrążył sieć kilka razy jako idealna kopia rzutu Michaela sprzed lat – ten sam balans ciała, to samo odchylenie, ten sam tzw. hangtime, czyli "zawiśnięcie" w powietrzu… Gdy fani nałożyli akcje Edwardsa i Jordana, okazały się one bliźniacze.

- Nie powiem nazwiska tego gracza, ale... wygląda to znajomo. Końcówka meczu, piłkę przejmuje Edwards, gra na półdystansie i trafia stylowego fade away'a – mówił komentujący to spotkanie były koszykarz Jamal Crawford. I wszyscy mieli pewność, o jakie nazwisko chodzi.

Edwards synem Jordana? Mają te same geny: zwyciężania i niszczenia rywala

Zresztą – Edwards przypomina legendę Chicago Bulls także wizualnie, a to w amerykańskich mediach dało pretekst do plotek, czy przypadkiem… nie jest on synem wielkiego MJ'a. Serwisy doszukują się spiskowych teorii, ale "Ant" oczywiście nie jest spokrewniony z Jordanem.

Choć mają wspólny gen – zwyciężania i dokonywania tego w niepowtarzalny sposób, z charakterystyczną pewnością siebie. Na pytanie Scotta Van Pelta, reportera ESPN, jak określiłby swoją mentalność, Edwards odparł: – Po prostu chcę zniszczyć wszystko, co napotkam na swej drodze.

Zresztą – Edwards, mimo kurtuazyjnego krygowania się, sam robi wiele, by podsycać porównania do Jordana. W trakcie drugiego meczu z Nuggets, gdy jego Wolves prowadzili 23 punktami, 22-latek biegł po parkiecie z charakterystycznie rozłożonymi rękami. A to ikoniczny gest Michaela sprzed lat.

Jordan wyczuł, że media szukają między nimi podobieństw i stwierdził w jednym z wywiadów, że rzeczywiście Edwards "jest wyjątkowy i nie ma co do tego żadnych wątpliwości". Gwiazdor Timberwolves stara się od tego odcinać, twierdząc skromnie, że nic jeszcze wielkiego nie osiągnął i daleko mu do legendy NBA. A po ostatnim meczu odpowiedział już wprost w rozmowie z FOX News: "Skończcie z tymi porównaniami, chcę, żeby to się skończyło". Mimo to wypowiedzi Jordana – wszak najlepszego koszykarza w historii dyscypliny – może wydawać się wprost namaszczeniem Edwardsa na swojego następcę.

Tym, który odpowiada za budowę drużyny, która zaraz może wyrzucić Denver Nuggets z play-off, jest Tim Connelly – generalny menedżer. Co ciekawe, zanim Connelly podjął wyzwanie w Minneapolis, pracował dla Nuggets, w 2020 r. zgarniając za swoją robotę w Kolorado statuetkę dla menedżera roku w NBA.

W Minnesocie długo wydawało się, że za swoją pracę nie tylko nie zbierze kolejnych laurów, ale zostanie przegnany z miasta tak prędko, jak się w nim pojawił. W lecie 2022 r. oddał królestwo – czyli pięciu graczy oraz pięć wyborów w pierwszej rundzie draftu – za niechcianego w Utah Jazz Rudy'ego Goberta.

Najpierw wydawało się, że Francuz pasuje do "Wilków" jak pięść do nosa. Niemal dosłownie – gdy w kwietniu 2023 r. Wolves grali z New Orleans Pelicans o awans do play-off, podczas jednej z przerw doszło do wewnętrznej sprzeczki w drużynie. Kyle Anderson miał pretensje do Goberta, a ten odpłacił się ciosem w twarz, i to na oczach świata NBA.

Timberwolves duszą rywali jak niegdyś Bulls

Na boisku Gobert był początkowo co najwyżej przeciętny, Timberwolves spadali we wszelkich defensywnych rankingach, a były koszykarz i ekspert ESPN Charles Barkley jak zwykle nie gryzł się w język, mówiąc: "To najgorszy transfer w historii i czysta głupota". Nie był w tej opinii odosobniony. Koszykarskie serwisy, tworząc rankingi "top najgorszych wymian w NBA", sytuowały sięgnięcie po Goberta przez Wolves na… Zresztą, sami wiecie jakim miejscu.

Od ciosu Goberta minął ciut ponad rok i wiemy już, że Connelly wiedział więcej. Gobert dziś znów jest kandydatem do tytułu "Obrońcy Roku", a Timberwolves są najlepiej defensywnie naoliwioną maszyną w lidze – która właśnie zatrzymała Nuggets na 80 punktach. W Denver. I pod nieobecność wspomnianego Goberta, który opuścił drużynę, by towarzyszyć partnerce podczas narodzin dziecka.

"Sposób, w jaki Wolves wykonują akcje, przywołuje wspomnienia Chicago Bulls z czasów mistrzowskich, w których Michael Jordan, Ron Harper, Scottie Pippen i Dennis Rodman dusili przeciwników" – pisze oficjalna strona ligi.

"Wilki" to dziś maszyna, dla której limitem jest już tylko niebo.

Czy Michael Jordan jest najlepszym garczem w historii?
Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.