Jaki ojciec, taki syn. Ale legenda będzie tylko jedna. "Między Gorbaczowem i Reaganem"

Łukasz Cegliński
Domantas Sabonis notuje najwięcej triple-double w całej NBA i - choć nie dostał powołania do Meczu Gwiazd - bezsprzecznie jest jednym z największych gwiazdorów ligi. Ale jak świetny by nie był i jakich sukcesów by nie odnosił, może nigdy nie dorównać legendzie ojca - Arvydasa. Ale czy może być inaczej, skoro w latach 80. w sprawie Sabonisa seniora pisano listy do Ronalda Reagana i Michaiła Gorbaczowa?

- Uuu, a to jest dobre pytanie – śmieje się Mirosław Noculak, ekspert komentujący NBA w Canal+, gdy pytamy go o porównanie Arvydasa Sabonisa z jego synem Domantasem. – Wszechstronniejszy był tatuś. Świetnie podawał, rzucał za trzy, grał przodem i tyłem do kosza. Robił dokładnie to, co robią obecni środkowi, w jego grze było na dodatek dużo artyzmu. Można powiedzieć, że jego klonem jest Nikola Jokić, który gra dokładnie tak samo, tylko że lepiej – mówi o dwukrotnym MVP Noculak.

Zobacz wideo Gwiazdy sportu oszalały za padlem

- Specjalizacje, czyli przede wszystkim walkę o zbiórki i grę pod koszem, lepsze ma natomiast Domantas. Jest do bólu solidny, ale nie tak wszechstronny, nie ma tej lekkości w grze, którą miał Arvydas. Domantas nie jest gwiazdą w tym sensie, że nie zależy mu na gwiazdorskiej ekspozycji. Ale w swoich zadaniach jest znakomity – dodaje ekspert Canal+.

Znakomity do tego stopnia, że o Sabonisie juniorze można mówić jako o jednym z najbardziej niedocenianych graczy NBA. A może już nie tylko graczy, ale nawet gwiazd? Mierzący 208 cm wzrostu 27-letni środkowy wyróżnia się w lidze od lat, ale teraz jest w doskonałej formie – w lutym notuje średnio triple-double, dla Sacramento Kings zdobywa w tym czasie po 22,0 punktu, 14,6 zbiórki oraz 10,7 asysty. To statystyki wybitne, Sabonis gra ostatnio rewelacyjnie, a mimo to nie został powołany do niedawnego meczu gwiazd NBA. Do pierwszej piątki na jego pozycji wybrano Nikolę Jokicia, wśród rezerwowych znaleźli się Anthony Davis i Karl-Anthony Towns.

Konkurencja była mocna, Jokić, Davis i Towns to wielkie gwiazdy NBA. W porównaniu z nimi na niekorzyść Sabonisa działa miejsce, w którym gra. Drużyna Kings to ligowy średniak, a samo Sacramento uznawane jest za ligową prowincję. Sabonis nie ma wokół siebie gwiazdorskiej otoczki, nie błyszczy koszykarskim blichtrem, ale jest niesamowicie wszechstronny i efektywny. W tym sezonie zaliczył już 18 triple-double, co jest najwyższym wynikiem w lidze - ma ich więcej niż wspomniany Jokić, Luka Doncić czy Giannis Antetokounmpo. A gdyby utrzymał do końca sezonu średnie na poziomie obecnych 20,2 punktu, 13,2 zbiórki i 8,4 asysty, dołączyłby do legendarnego Wilta Chamberlaina z sezonu 1967/68. Żaden inny koszykarz w historii ligi nie zdobywał ponad 20 punktów, 13 zbiórek i ośmiu asyst na mecz.

- Niewiele osób w tej lidze jest w stanie zrobić to, co on wyczynia dzień w dzień. Niewiele osób dokonywało tego w historii NBA – mówił niedawno o Sabonisie rozgrywający Kings De'Aaron Fox. I nie ma wątpliwości, że Domantas pod względem dokonań w NBA wyprzedził już Arvydasa, czyli swojego ojca. Ale nawet, jeśli statystyki i już kilkadziesiąt meczów więcej w amerykańskiej lidze działają na korzyść syna, to legendę otaczającą Sabonisa seniora trudno będzie mu przebić. Bądź mówiąc wprost: będzie to wręcz niemożliwe.

"Mówiłem do kolegów, że trzeba zmienić przepisy, żeby grało mu się trudniej"

Urodzony w 1964 roku Arvydas Sabonis już w na początku lat 80. wyróżniał się do tego stopnia, że przyciągał wzrok Amerykanów – mierzący 221 cm Litwin po radzieckich i europejskich boiskach poruszał się z gracją, ale potrafił dominować. – Patrzyliśmy na to, jak gra, spoglądaliśmy na siebie i szczęki nam opadały – wspominał były znakomity środkowy NBA Bill Walton, który widział Sabonisa na mistrzostwach Europy do lat 19. – Mówiłem do kolegów, że trzeba zmienić przepisy koszykówki, żeby grało mu się trudniej, a przecież wcześniej zmieniano je dla takich zawodników jak Bill Russell, Wilt Chamberlain czy Kareem Abdul-Jabbar.

- Arvydas potrafił zrobić na boisku wszystko. Miał umiejętności Larry'ego Birda czy Pete'a Maravicha, pod względem atletycznym przypominał Kareema, umiał rzucić za trzy punkty, podawać, biegać, dryblować. Już na początku lat 80. powinniśmy opracować plan porwania go i uprowadzenia do USA – dodawał Walton.

Próby wyciągnięcia Sabonisa zza Żelaznej Kurtyny dzielącej wówczas Europę i świat na radziecki Wschód i amerykański Zachód były jednak bezskuteczne. W 1985 r. wielkiego Litwina z 77. numerem draftu wybrali Atlanta Hawks. Sam Sabonis nic o tym nie wiedział, a do USA z ZSRR nie można było wyjeżdżać i wybór Hawks NBA anulowała zgodnie z ówczesnym przepisem stanowiącym, że zawodnik, który nie dołączy do zespołu, wraca do puli wybieranych graczy. Rok później ten przepis zniesiono, a Arvydasa z 24. numerem wybrali Portland Trail Blazers.

O wyjeździe wciąż nie było jednak mowy. Żelazna Kurtyna trzymała się mocno, a radzieckim działaczom bardzo zależało, aby Sabonis nie tracił statusu amatora. W ZSRR sportowcy nie podpisywali zawodowych kontraktów i, zgodnie z ówczesnymi regulacjami FIBA, mogli występować na igrzyskach olimpijskich jako amatorzy. Nic nie wskórał w tej kwestii Dale Brown, trener Louisiana State University, który wymyślił misterny plan polegający na sprowadzeniu Sabonisa na swoją uczelnię. To pozwalałoby Litwinowi zachować status amatora, ale listy pisane do prezydenta USA Ronalda Reagana oraz radzieckiego przywódcy Michaiła Gorbaczowa pozostały bez odpowiedzi. Podobnie zresztą jak starania amerykańskich kongresmenów, których do negocjacji z ZSRR namawiali przedstawiciele klubu z Portland.

Amerykanie wyleczyli Sabonisa, a on ich pokonał w drodze po złoto

Sabonis w 1986 r. miał dopiero 22 lata i już był gwiazdą europejskiej koszykówki. Ale jego blask nagle przygasł, zaczęły się kłopoty z kontuzjami. Poważny uraz stawu skokowego, naderwanie ścięgna Achillesa, a potem jego dwukrotne zerwanie – drugie w momencie, gdy biegł po schodach odebrać telefon - sprawiły, że w ciągu niespełna dwóch lat Arvydas stracił wiele ze swojej dynamiki i skoczności.

Skąd brały się tak częste kontuzje? Prawdopodobnie z nadmiernej eksploatacji i przemęczenia. Sabonis grał niemal bez przerwy, po sezonach w Żalgirisie spędzał czas na długich zgrupowaniach reprezentacji, jego ogromne ciało nie wytrzymało obciążeń. W 1988 roku jego leczeniem zajęli się Blazers – Sabonis poleciał do Portland, przechodził rekonwalescencję, ale gdy tylko okazało się, że znakomity środkowy jest już na chodzie, upomniała się po niego reprezentacja ZSRR. Sabonis zagrał w igrzyskach olimpijskich w Seulu, w których radzieccy koszykarze zdobyli złoto, eliminując w półfinale USA. Trener amerykańskiej reprezentacji John Thompson miał potem pretensje do Blazers, że wyleczyli największym rywalom ich gwiazdę.

Igrzyska dały Sabonisowi złoto, ale nie wyszły mu na zdrowie – w kolejnym sezonie znów doznał kontuzji i właściwie już do końca kariery miał kłopoty z kostkami, kolanami, pachwinami. I gdy w 1989 roku Żelazna Kurtyna została zerwana, a wyjazd do USA stał się możliwy, Litwin nie ruszył tropem Drażena Petrovicia czy Vlade Divaca. Został w Europie, na pięć lat zakotwiczył w Hiszpanii – najpierw w klubie z Valladolid, potem w Realu Madryt. A po latach przyznawał: - Nie sądziłem, że jestem w stanie grać na poziomie NBA. Wydawało mi się, że to dla mnie niebezpieczne.

W Europie nawet spowolniony, mało dynamiczny Sabonis był wielką gwiazdą. Technika, inteligencja i spryt połączone z imponującym wzrostem czyniły z niego gracza nie do zatrzymania. W 1995 roku, gdy wygrał z Realem Puchar Europy, notował w tych rozgrywkach po 21,8 punktu oraz 11,2 zbiórki, był najlepszym koszykarzem na kontynencie I wtedy, po kolejnej propozycji Blazers, powiedział sobie w końcu: "Teraz albo nigdy".

Przyszedł do NBA, a należało mu się miejsce dla inwalidów

- Staraliśmy się o niego tak długo, że wszyscy myślą, że Arvydas ma już 40 lat – żartował szef Blazers Bob Whitsitt. Sabonis aż tak stary nie był, miał "dopiero" 31 lat. Najstarszy debiutant w historii NBA był wówczas już tylko cieniem gracza sprzed dekady. Gdy w Portland analizowano jego badania lekarskie określające stan kończyn, klubowy lekarz stwierdził, że już na podstawie zdjęć rentgenowskich Sabonisowi należałoby się miejsce dla inwalidów na parkingach. – Nie jestem już lokomotywą, jestem małym trolejbusem – mówił Litwin amerykańskim mediom. Ból był permanentny, zmieniało się tylko jego natężenie. Właściwie można było się dziwić, jakim cudem Sabonis w ogóle biega po boisku.

Ale on nie tylko biegał, także błyszczał. W pierwszym sezonie miał średnio 14,5 punktu oraz 8,1 zbiórki na mecz, zajął drugie miejsce w głosowaniu na debiutanta roku, a w przegranej serii play-off z Utah Jazz zdobywał średnio nawet po 23,6 punktu oraz 10,2 zbiórki. W trakcie tej serii na świat w Portland przyszedł Domantas – trzeci syn Sabonisa po Żygimantasie i Tautvydasie. Koledzy z Blazers nazywali ich Sabonis junior, Sabonis junior junior oraz Sabonis junior junior junior.

Senior grał w NBA przez siedem sezonów z rokiem przerwy na odpoczynek fizyczny i mentalny. Zadziwiał fantastycznymi podaniami, z których teraz słynie Jokić, wykorzystywał doświadczenie i inteligencję. Dobił do 521 spotkań, a potem wrócił do Europy, do swojego Żalgirisu Kowno – w Eurolidze został MVP rundy zasadniczej, a także fazy Top 16. Karierę zakończył w 2005 roku, pełnił rolę prezesa Żalgirisu, a potem także szefa litewskiej federacji.

I choć biorąc pod uwagę złoto i dwa brązowe medale igrzysk, złoto i srebro mistrzostw świata, cztery medale EuroBasketu, Puchar Europy wywalczony z Realem oraz niemal niezliczoną liczbę mniejszych tytułów i indywidualnych wyróżnień, jego karierę można uznać za wielką, to wciąż można stawiać przy niej znak zapytania. Jakim graczem mógłby zostać, co mógłby osiągnąć, gdyby nie Żelazna Kurtyna i kłopoty ze zdrowiem?

"Obaj wkurzają się w ten sam sposób. Bluzgi litewskie, angielskie, hiszpańskie"

Kariera Domantasa rozwija się zupełnie odwrotnie do Arvydasa. Bo jeśli senior był gwiazdą w młodzieńczym wieku, a z czasem wytracał prędkość, tak junior z roku na rok idzie w górę. Po zabawach z piłką w Portland, koszykówki uczył się w Maladze, gdzie osiadła rodzina Sabonisów, a w 2014 r. rozpoczął grę i studia na Uniwersytecie Gonzaga. Dwa lata później z 11. numerem draftu wybrali go Orlando Magic, ale błyskawicznie został oddany do Oklahoma City Thunder. Po jednym sezonie przeszedł do Indiana Pacers i tam stał się graczem NBA pełną gębą. W sezonie 2020/21 zdobywał średnio po 20,3 punktu, rok w rok notuje średnie double-double. Trzykrotnie wystąpił w Meczu Gwiazd, w poprzednim sezonie był w trzeciej najlepszej piątce ligi, został najlepiej zbierającym NBA.

Obecny sezon jest jego najlepszym w karierze, jego Kings mają szansę na drugi kolejny awans do play-off. I choć niższy o 13 cm od ojca zawodnik ma inny styl gry, jest raczej koszykarskim rzemieślnikiem niż artystą, to podobieństwa w grze są widoczne. Przynajmniej dla wtajemniczonych. – Widać to w oczach, układzie palców, rąk, w małych gestach. A najbardziej po tym, że obaj wkurzają się w ten sam sposób. To te same charaktery, to samo nastawienie. Wszystkie litewskie bluzgi jakie można sobie wyobrazić z dodatkiem kilku słów po angielsku i hiszpańsku – mówił "New York Times" starszy brat Domantasa, Tautvydas.

- Od małego słyszałem: "Twój tata był lepszy od ciebie. On robił to, on robił tamto". Mogę to usłyszeć cały czas, w każdym meczu. Ale z drugiej strony bez tego nie byłbym teraz tutaj, gdzie jestem. Potraktowałem to jako paliwo do stawania się lepszym – mówił Domantas w jednym z wywiadów w trakcie poprzedniego sezonu. Czy stał się lepszy od ojca? Statystyki z NBA na to wskazują, a dysproporcja będzie jeszcze większa, bo młody Sabonis ma jeszcze dobrych kilka lat gry przed sobą. Ale legendy Arvydasa nie doścignie prawdopodobnie nigdy.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.