Wszyscy czekali na ten powrót 12 lat. "Geniusz odzyskał uśmiech"

Piotr Wesołowicz
"To wielkie święto hiszpańskiej koszykówki" - pisze "Marca" o dniu, w którym Ricky Rubio oficjalnie wrócił do Barcelony. Ale to nieprawda. Chwila, w której Ricky znowu wyjdzie na parkiet, jest świętem wszystkich tych, dla których koszykówka to więcej niż sport.

To były w Katalonii niełatwe i pełne zwrotów akcji dni. Z jednej strony władze Barcelony zapewniały, że nie będą Ricky'ego Rubio ponaglać. Że po tym, jak zdecydował się trenować z drużyną, sam wskaże, kiedy poczuje się na siłach, by wrócić do koszykówki na poważnie.

Zobacz wideo "Rankingowa jedynka ciążyła Idze Świątek". Adam Romer wyjaśnia, z czym mierzyła się polska tenisistka

Z drugiej – w środę upływał czas, do kiedy można było zgłaszać zawodników do rozgrywek Euroligi. W lidze hiszpańskiej pośpiechu nie było – tu rejestrować nowe nazwiska można nawet tuż przed play-off. Co innego w rozgrywkach europejskich, w których Barca pragnie odbić trofeum z rąk Realu Madryt.

Trzeba było więc działać. Koszykarz przeszedł oficjalne badania w Ciutat Esportiva i Hospital de Barcelona, po czym podpisał kontrakt z Barceloną do końca sezonu. Działacze wciąż zachowują się jednak taktownie, dotrzymując danego słowa i czekając, kiedy ich nowy zawodnik będzie gotów do gry.

Ricky, koszykarz sentymentalny

We wtorek hiszpańska prasa mogła już jednak oficjalnie napisać: "Bomba Barcy – Ricky wraca". 33-letni gracz wrócił do Barcelony, z której, mając 21 lat, wyfrunął do NBA na 12 lat. Z amerykańską ligą – i w ogóle z koszykówką – rozstał się na początku sezonu. Chodziło o depresję. "Geniusz na nowo odzyskał uśmiech" – pisze dziś radośnie "Marca", dodając przy tym: "Koszykówka czeka na Rubio z otwartymi ramionami".

Rubio jest dla koszykówki tym, kim dla futbolu był Andrea Pirlo. Artystą dyscypliny, który przy okazji nie jest stereotypowym sportowcem – sam o sobie mówi, że jest niezwykle sentymentalny, a koszykówkę kocha najszczerszym uczuciem. – To przyjaciel na całe życie – powiedział o nim Devin Booker, z którym Rubio spotkał się w Phoenix Suns. Swoimi efektownymi zagraniami – a był specjalistą m.in. od podań bez patrzenia, między nogami rywala, przez co porównywano go do Magica Johnsona czy Pete'a Maravicha – zapracował na mnóstwo highlightów z parkietów NBA. Ale bodaj najczęściej oglądanym urywkiem z jego kariery, jest ten z 2013 r. Rubio – wówczas ledwie 23-latek – podchodzi do swojego strapionego kolegi z Minnesoty Timberwolves, Aleksieja Szweda. I bez patosu, coachingowego nadęcia, stara się postawić go na nogi, mówiąc: – Aleksiej, zmień ten wyraz twarzy. Bądź radosny. Ciesz się tym!

 

– Zawsze byłem typem faceta, który myśli pozytywnie. Kochałem koszykówkę. Bawiłem się nią tak dobrze, że mógłbym grać na jednej nodze – mówił w "The Athletic" o swoich początkach kariery Rubio.

Ricky i koszykówka to była miłość od pierwszego wejrzenia. "Metronomiczny rytm tworzony przez piłkę odbijającą się od twardego drewna, był muzyką dla jego uszu. Kąty i geometria potrzebne do osiągnięcia doskonałości stworzyły równania, które kochał rozwiązywać" – pisze dziennikarz Jon Krawczynski, który rozmawiał z Rickym Rubio już po tym, gdy koszykarz ogłosił, że odchodzi z NBA.

– Nikt nie namawiał mnie, żebym grał w koszykówkę. To po prostu sport, w którym się zakochałem ze względu na jego złożoność we wszystkich szczegółach gry – opisywał sam Rubio. Koszykówka tę miłość odwzajemniła. W wieku 14 lat Ricky stał się najmłodszym debiutantem w historii hiszpańskiej ligi ACB.

Potem sprawy potoczyły się niezwykle szybko. Los odebrał nastolatkowi z El Masnou dzieciństwo, ale dał mu szansę na wielką karierę. Ricky miał ledwie 17 lat, gdy w Pekinie, w finale igrzysk, Hiszpania postawiła się ekipie USA. Hiszpanie przegrali 107:118, ale nastraszyli "Drużynę Odkupienia" – z LeBronem Jamesem, Kobem Bryantem, czy Dwaynem Wadem w składzie. A o nastolatku z bujną czupryną, który do rywalizacji z największymi podszedł bez respektu, mówił już cały koszykarski świat. 

To była zresztą złota generacja hiszpańskiej koszykówki z Rubio, braćmi Gasol, czy Rudym Fernandezem w składzie. Rok później ta drużyna zdobyła złoto EuroBasketu, a dekadę później mistrzostwo świata. Rubio – już jako weteran parkietów – został wtedy najlepszym graczem turnieju.

Świetny gracz, lepszy człowiek

NBA czekała na niego niemal jak na żadnego innego Europejczyka. – Czułem się jak gwiazda rocka – mówił o chwili, gdy w 2011 r. wylądował na lotnisku w Minneapolis. Przywitało go wówczas około stu fanów "Leśnych Wilków", które dwa lata wcześniej wybrały go z numerem piątym draftu.

Amerykańscy kibice znali go… z Youtube’a. "Serwis powstał w lutym 2005 roku jakby specjalnie dla Rubio, bo kilka miesięcy przed jego debiutem w hiszpańskiej ekstraklasie. Ricky stał się popularny na całym świecie. Także w USA" – pisaliśmy w Sport.pl na początku 2012 r. Wówczas Rubio rozgrywał swój debiutancki sezon i – po prostu – czarował. Podania za plecami, bez patrzenia, w biegu, lobem z połowy boiska – wszystko, co fani mogli sobie wymarzyć, albo im się nawet nie śniło, Rubio miał w repertuarze.

Aż do 9 marca 2012 r. Wówczas "Wilki" rozgrywały mecz z Los Angeles Lakers i 17 sekund przed końcem prowadziły 102:101. Wówczas Rubio zderzył się kolanami z Kobem Bryantem. W hali zapadła cisza – Hiszpan zerwał więzadła krzyżowe w lewym kolanie. Już nigdy nic nie było takie samo.

Gdy wrócił, grał już ostrożniej. Stracił fantazję, nieprzewidywalność. Zderzył się z rozbuchanymi oczekiwaniami wobec cudownego dziecka koszykówki. Nigdy nie zdobył mistrzostwa NBA, nie wszedł na ligowy szczyt. Ale spędził w niej aż 12 lat. Odcisnął na niej piętno w inny sposób, niż przewidywano.

– Wolę być postrzegany jako dobry człowiek niż świetny gracz. Ostatecznie ludzie będą pamiętać to, kim jesteś i jak się przy tobie czują, a nie to, czy grasz dobrze lub źle w koszykówkę. To jest moje mistrzostwo – powiedział Rubio.

Kilka dni przed startem sezonu 2015/16 zmarł Flip Saunders. Prezes Wolves, z którym Rubio zbudował wyjątkową więź, chorował na chłoniaka. Rok później – z powodu raka płuc – zmarła matka Ricky'ego – Tona. Próbował trzymać głowę uniesioną, ale to wtedy po raz pierwszy pomyślał o końcu kariery.

Wtedy też po raz pierwszy poczuł, czym jest depresja, lecz – jak sam przyznał – umiał przynajmniej wskazać jej źródło, którym były traumatyczne przeżycia: śmierć przyjaciela oraz mamy, z którą był mocno związany. Gdy po latach przeżył nawrót choroby, poczuł się zagubiony jak nigdy.

Spotkał się z nią ponownie już w barwach Cleveland Cavaliers – swojego ostatniego przystanku w NBA. Akurat w momencie, gdy odzyskał miłość koszykówki. W młodych graczach Cavs widział siebie sprzed lat – drużyna była pełna nieopierzonych małolatów, którym gra sprawiała dziecięcą i czystą radość. Banda smarkaczy potrzebowała jednak weterana, który wskaże im drogę. Rubio stał się idealnym elementem układanki. W jednym z pierwszych meczów sezonu 2021-22 zdobył w Madison Square Garden przeciw New York Knicks 37 punktów. Ricky znów poczuł "mrowienie bycia niezwyciężonym".

Do czasu – w grudniowym meczu z New Orleans Pelicans posłuszeństwa odmówiło to samo kolano, które zawiodło 10 lat wcześniej, w debiutanckim sezonie Rubio. Parszywa pętla, która sprowadziła Rubio na ziemię. A w zasadzie niemal w nią wgniotła.

Choć Rubio po roku wrócił do gry, to depresja coraz bardziej dawała o sobie znać. Po słabym sezonie 2022/23 koszykarz wrócił do Hiszpanii. Spotkał się wtedy twarzą w twarz z demonami, które od lat szeptały mu do uszu. 

Na początku sierpnia ogłosił, że zawiesza karierę. "30 lipca przeżyłem najgorszą noc w życiu. Mój umysł zawędrował w mroczne miejsce. Straciłem kontrolę, a następnego dnia zdecydowałem, że nie mogę dłużej grać w koszykówkę" – napisał w przeszywającym głębią liście.

Prosił jednocześnie, aby uszanować jego prywatność, tłumaczył, że wraca do sił, będąc blisko rodziny.

Dlaczego zachorował? Krawczynski – po głębokiej rozmowie z Rubio – analizuje, że nawrót depresji zrodził się inaczej, niż za pierwszym razem. Koszykarza nie spotkał jeden bolesny cios, ale masa uderzeń, które przez lata otrzymywał od losu.

A może to koszykówka wyrównywała swoje rachunki? Dała Rubio karierę, ale jednocześnie sporo zabrała. Kiedy mama chorowała, Ricky spełniał zawodowe obowiązki w Stanach. Tak samo było, gdy razem z partnerką – Sarą – doczekali się dziecka, a tuż po narodzinach koszykarz z powrotem ruszył w trasę z Phoenix Suns. A sięgając początków kariery – los wyrwał go spod ochronnego klosza, szybko zamieniając z nastolatka w dorosłego mężczyznę, w idola, kogoś, kto musi mierzyć się z wyzwaniami niewspółmiernymi do wieku. A być może za jego chłopięcym uśmiechem i entuzjastyczną naturą kryły się emocje, które Rubio latami tłumił.

"To nie jest idealna historia"

– Czy przeżyłem złe chwile? Oczywiście. To nie jest idealna historia. Ale wiele się nauczyłem, zyskałem wielu przyjaciół i bardzo dorosłem. Bardzo lubiłem koszykówkę. Jest ona ważną częścią tego, kim dziś jestem – mówił, gdy wydawało się, że porzucił koszykówkę na stałe.

Fani kochali jego szaloną grę. Uwielbiali jego podania. Ale chyba najbardziej kochali go za to, że – tak, jak oni – mierzył się z górkami i dołkami. I dlatego cieszą się dziś, gdy Rubio zdecydował się na swój ostatni taniec w Barcelonie.

Okoliczności są sprzyjające – Katalonia to jego dom, Barca jego klub. Trenerem jest Roger Grimau, z którym występował na parkiecie, z którym wygrał Euroligę w 2010 r. Dyrektorem sportowym – Juan Carlos Navarro, czyli dawny przyjaciel z Barcelony i reprezentacji. A w szatni Rubio spotkał innych obecnych kadrowiczów Hiszpanii: Willy'ego Hernangomeza, Joela Parrę, Dario Brizuelę, czy Aleksa Abrinesa.

"Nikt nie będzie w stanie odmienić gry Barcelony tak, jak uczyni to Rubio" – przepowiada "Marca". Ale najważniejsze, że Ricky znowu się uśmiecha. A wraz z nim my – kibice koszykówki. I tak jak on – ludzie. 

Więcej o:
Copyright © Agora SA