Byli na dnie. Największa przemiana w NBA od lat. Kardashian mówi: to koniec żartów

Piotr Wesołowicz
Czasy się zmieniają, a LeBron James wciąż w finałach. Na razie tylko Konferencji Zachodniej, ale od gry o tytuł "Króla" Jamesa dzielą już tylko cztery kroki. Jego Lakers wyrzucili z play-off Warriors - było nie było wciąż aktualnych mistrzów NBA - dokładnie sześć miesięcy po tym, jak wpadli w najgłębszy od lat kryzys.

– To był co najmniej trudny rok, ale cieszę się, że kilka części naprawiliśmy, kilka wymieniliśmy i utrzymaliśmy ten statek na powierzchni – mówił po sobotnim meczu trener ekipy Lakers Dervin Ham. Jego zespół – na oczach legend, czyli Jacka Nicholsona czy Kareema Abdula-Jabbara – wygrał czwarty mecz z Golden State Warriors i w sześciomeczowej serii wyrzucił z play-off obrońcę trofeum. Sam fakt, iż dokonali tego Lakers, są jedną z największych, o ile nie największą, sensacją tego sezonu.

Zobacz wideo Łukasz "Juras" Jurkowski wszedł do Hall of Fame KSW

– Czułem, że musimy jedynie nieco wzmocnić i jeśli zbudujemy odpowiedni balans, to nabierzemy rozpędu – dodawał LeBron James, który w szóstym starciu ze starymi znajomymi z Warriors – Stephem Currym, Draymondem Greenem i Klay'em Thompsonem – zdobył 30 punktów i dorzucił po dziewięć zbiórek i asyst. Dla niego zbliżające się finały konferencji z Nuggets będą już dwunastymi w karierze.

Lakers byli na dnie. Największa przemiana od lat

Jak to możliwe, że w play-off nie ma już Giannisa Antetokounmpo i jego Milwaukee Bucks, Devina Bookera oraz Kevina Duranta z Phoenix Suns, a teraz już również Warriors, a Lakers wciąż walczą o pierścienie? Ci sami, którzy pół roku temu gruchnęli o dno?

Zgadza się: o dno. Po listopadowym meczu z Sacramento Kings, w którym Lakers oczywiście dostali łupnia, mogli pochwalić się bilansem 2-10. Bilansem, który bardziej pasował do duchowych spadkobierców nieistniejących już Vancouver Grizzlies, niż przyszłych finalistów konferencji.

Potem nie było lepiej. W zasadzie: było gorzej, bo zespół Darvina Hama – "zwalnianego" w trakcie sezonu bodaj kilkukrotnie – nie umiał wygrzebać się z nijakości. Aby pierwszy raz w sezonie osiągnąć przynajmniej tyle samo zwycięstw, co porażek, potrzebował aż 74 mecze, co nie zdarzyło się w NBA niemal od 20 lat. Nawiasem mówiąc: zajęło im to ponad 400 dni, sięgając jeszcze poprzedniego sezonu.

Kiedy 25 marca Lakers pokonali jednak Oklahoma City Thunder i wyrównali bilans zwycięstw i porażek (37-37), cieszyli się jak dzieci. – Teraz jest czas, aby zbudować poduszkę bezpieczeństwa w postaci kilku zwycięstw – mówił trener, gdy jego drużyna wciąż nie była pewna, czy w ogóle załapie się do play-off.

Udało się. Dziś Lakers są dopiero szóstą drużyną w historii, która rozpoczęła sezon od bilansu 2-10 lub gorzej i zakończyła go na plusie. Są dopiero czwartą drużyną w historii NBA, która rozegrała tyle meczów poniżej 50 proc. zwycięstw i dotarła do finałów konferencji od czasu ich ustanowienia w sezonie 1970-71. I w końcu: są dopiero drugą w historii drużyną – obok Seattle SuperSonics z 1987 r. – która awansowała do finału Konferencji, mimo że przed play-off była rozstawiona dopiero z numerem siedem. Pisząc wprost: nie była faworytem ani w pierwszej rundzie z Memphis Grizzlies, ani w drugiej z Warriors. A do play-off musiała się przebijać przez play-in, czyli prekwalifikacje dla drużyn z dołu tabeli.

Skąd tak gigantyczna przemiana drużyny, która w pewnym momencie była niemalże pośmiewiskiem ligi?

Zadbał o nią Rob Pelinka, generalny menedżer Lakers, którego w poprzednich latach większość fanów najchętniej chciałaby dusić gołymi rękoma, a dziś nie miałaby nic przeciwko, aby nosić go na lektyce wokół Crypto.com Areny.

Pelinka w lutym, tuż przed trade deadline, przeprowadził najsprawniejszą kadrową rewolucję od lat. Ten sam Robert Pelinka, który sprowadził za gigantyczne pieniądze Russella Westbrooka, zaliczając być może największą wtopę transferową w historii, tym razem był najsprawniejszym działaczem. Po pierwsze udało mu się pozbyć Westbrooka, który rocznie zarabiał 47 mln dol., a – mówiąc eufemistycznie – najlepsze w karierze już za nim, a po drugie – w zamian stworzył zespół zadaniowców, którzy świetnie uzupełniają gwiazdorski duet Jamesa i Davisa. Z graczy w zasadzie anonimowych (Austin Reaves), niechcianych (D'Angelo Russell, Dennis Schroeder), czy niespełniających pokładanych w nich nadziei (Rui Hachimura) uda mu się stworzyć zespół walczący o finał. Dzięki temu, choć nie zdobył trofeum dla GM-a roku, może już dziś zapalić cygaro zwycięstwa.

Tego od miesięcy oczekiwał od niego LeBron James, który – choć deklaruje, że donikąd się nie wybiera i nawet nie myśli o końcu kariery – to jednak nie ma czasu na powolne i cierpliwe budowanie zespołu. "Król James" musi grać o tytuł tu i teraz.

Znów chcą ugryźć Jamesa, znów się nie udaje

Oglądanie Jamesa w tegorocznych play-off to dla koszykarskich purystów rzecz absolutnie unikatowa. Nie chodzi o kosmiczne zdobycze, wszak statystycznie to jego niemal najgorszy play-off w karierze (choć wciąż mówimy o średnich 23,4 punktu, dziesięciu zbiórek i 5,3 asysty). "Wybraniec", którego w trakcie 20-letniej kariery już tylu młodych gniewnych próbowało zrzucić z tronu, znów triumfuje.

Najpierw próbowali go ugryźć Memphis Grizzlies, którzy nie byli tylko pewni siebie, ale wręcz buńczuczni. – Nie szanuję nikogo, kto nie zdobędzie przeciw mnie 40 punktów – mówił 27-letni Dillon Brooks. Dodatkowo dorzucił, że jego zdaniem LeBron James jest już "stary" i nie ma nic przeciwko, by kryć LeBrona w trakcie serii, bo marzy o tym, by go "znokautować". Jeszcze wtedy nie wiedział, jaki błąd popełnił.

Brooks próbował oczywiście wyprowadzić Jamesa z równowagi, ale ten tylko się uśmiechał. Przyznał, że to "nie jego pierwsze rodeo", co możemy przetłumaczyć jako kolejną sytuację, w której James musi się odganiać od wyszczekanych małolatów. A kiedy dziennikarze, głodni medialnej potyczki, dociskali LeBrona, by odpowiedział Brooksowi, ten odparł, że chce tylko wygrać kolejny mecz. Jakie to proste, prawda?

James w meczu numer trzy serii z ekipą Memphis, przed którym toczyła się ta bitewka, nie zdobył co prawda 40 punktów, ale nie musiał. Lakers wygrali 111:101, LeBron w sumie zdobył 25 punktów, a Brooks trafił tylko trzy rzuty, zanim nie wyleciał z parkietu za próbę brutalnego faulu na LeBronie Jamesie. A już w decydującym meczu Grizzlies zostali rozłożeni na łopatki. James skończył z 22 punktami w 31 minut. Resztę czasu spędził, rozkoszując się chwilą i obserwując z ławki, jak jego koledzy niszczą rywala różnicą 40 punktów. A Brooks? O nim nie wiadomo wiele, bo po spotkaniu uciekł z szatni jako pierwszy.

Potem byli Warriors, których James zna doskonale, jeszcze w Cleveland Cavaliers czterokrotnie rywalizował z nimi w finale ligi. Wyrwał im jeden tytuł, ale o ile ekipa z Oakland wyraźnie się starzeje, o tyle James przeżywa kolejną młodość. W meczu numer sześć – po raz pierwszy od czasu finałów NBA z 2020 r. – zdobył aż 30 punktów, a "The Athletic" napisało wprost, ale jednocześnie w punkt: LBJ był genialny.

Ale jest jeszcze jedna przemiana, o której należy wspomnieć: mowa oczywiście o Anthonym Davisie, jedynym graczu – poza LeBronem Jamesem – który pamięta mistrzostwo zdobyte w covidowej "bańce". Graczu, który – w końcu! – z czeladnika Jamesa stał się liderem Lakers.

LeBron już nim nie jest, bo nie musi. Davis w pierwszym meczu z Warriors zdobył 30 punktów, dołożł 23 zbiórki, pięć asyst i cztery bloki, stając się piątym graczem Lakers w historii play-off – obok Elgina Baylora, Wilta Chamberlaina, Kareema Abdula-Jabbara i Shaquille’a O'Neala – który osiągnął takie statystyki. Ale wpływ Davisa na obecną drużynę Lakers wykracza daleko poza cyferki.

Kiedy James w listopadzie nie grał w koszykówkę z powodu przeciążenia przywodziciela, Davis wziął ciężar na barki, zdobywając w tym czasie średnio 35,5 punktu i 18,2 zbiórki. To sprawiło, że rozmawiano o nim w kontekście nagrody dla najbardziej wartościowego gracza całej NBA. Teraz udowadnia, że może być tak samo znakomity także w play-off. Jak dotąd w play-off Davis trafia mniej niż w 2020 r. (21,8 punktu na mecz w porównaniu do 27,7), ale dał się poznać jako geniusz defensywy, notując średnio 14,1 zbiórki (9,7) i 3,3 bloku (1,4), a przede wszystkim ma najlepszy w lidze defensive rating (97.6), a jego obrona pozwala Lakers zaoszczędzić 9,5 punktu na 100 posiadań w porównaniu z tym, co normalnie zdobywaliby rywale.

A przede wszystkim wydaje się, że Davis w końcu uwierzył, że to jego drużyna. A na tym zależało i Jamesowi, który od razu namaścił go na swojego następcę, i władzom klubu, które z tą myślą ściągnęły go w 2019 r.

Wrócił Nicholson, Kardashian przestrzega

Lakers grają tak dobrze, że na trybuny hali w LA wrócił jeden z największych fanów Jack Nicholson. 86-letni aktor latami nie opuszczał meczów ukochanej drużyny, ale w ostatnim czasie miał spore problemy ze zdrowiem. Jego powrót po 18 miesiącach był wzruszającą chwilą. Nagrodzony oklaskami Nicholson usiadł – tradycyjnie – w pierwszym rzędzie podczas meczu w serii z Grizzlies, a potem obejrzał również mecz czwarty w mecz w serii z Warriors, wygrany 104:101. Kim Kardashian z tej okazji założyła nawet koszulkę z podobizną Nicholsona – z jego szelmowskim uśmiechem i podpisem "No joke, we're back" ("żarty się skończyły, wracamy").

Fot. Ashley Landis / AP

Czy Nicholsonowi będzie dane oglądać LeBrona Jamesa i spółkę grających o mistrzostwo w NBA? Po drodze trzeba pokonać jeszcze Denver Nuggets, ale, jak to w Hollywood, taki scenariusz aż prosi się o ciąg dalszy.

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.