Sochan stanął oko w oko z LeBronem Jamesem. I wypadł co najmniej dobrze

Piotr Wesołowicz
Jeremi Sochan w końcu przełamał niemoc i trafił za trzy, ale w piątkową noc zrobił dużo więcej - miał bogatą linijkę statystyczną, ale jego San Antonio Spurs przegrali z Los Angeles Lakers 94:105. Polak może być ze swojej postawy co najmniej zadowolony.

To była ostatnia akcja Spurs w pierwszej połowie. Jeremi Sochan przechwycił piłkę w szybkim ataku Lakers i po chwili sam biegł z piłką po punkty w kontrze. Rzecz w tym, że pod koszem rywali został LeBron James.

Zobacz wideo Jeremy Sochan porównany do gwiazdy NBA. "W tym wieku to imponujące"

Sochan próbował go minąć i choć "King James" nawet nie drgnął, Polak odbił się od niego jak od ściany. Sędziowie co prawda odgwizdali faul Jamesa, a po chwili 19-latek trafił dwukrotnie z linii, ale komentatorzy aż westchnęli, widząc leżącego na parkiecie debiutanta.  

I porównali tę sytuację do tej z niedawnego meczu z New Orleans Pelicans, gdy Sochan próbował powstrzymać nadlatującego Ziona Williamsona, a skończyło się bolesnym lądowaniem na parkiecie. Ale już po chwili docenili bezkompromisowość Sochana, który bez konwenansów zaatakował kosz w obecności "Króla".

Sochan był w meczu z Lakers wszędzie

Taki był cały piątkowy mecz Spurs z Lakers: Sochan pobierał od mistrzów NBA – Jamesa i Anthony'ego Davisa – momentami bolesną, acz cenną lekcję. I nie było też tak, że jedynie pokornie przyjmował nauki – kilkakrotnie sam pokazał, że trzeba na niego uważać, a jego potencjał jest wielki.

Na początek liczby: Sochan spędził na parkiecie 36 minut, najwięcej w tym sezonie. Zdobył w tym czasie 13 punktów (5/11 z gry, 1/3 za trzy), zebrał dziewięć piłek (z czego aż pięć w ataku), zaliczył pięć asyst, cztery przechwyty, blok i dwie straty. Z Sochanem na parkiecie drużyna była na minusie 17 punktów.

Spurs przegrali 94:105, to ich siódma porażka z rzędu oraz jedenasta w ostatnich 12 meczach, ale kibice po spotkaniu pisali na Twitterze: taka przegrana boli mniej. Po dwóch ostatnich klęskach z ekipami z LA – najpierw z Clippers 97:119, a potem z Lakers 92:123 – skarżyli się, że co prawda rozumieją, iż w tankujący Spurs będą w tym sezonie przegrywać seriami, ale przynajmniej niech ich koszykarze schodzą z parkietu pokonani po zaciętej rywalizacji. I piątkowy mecz zdecydowanie taki był – niemal do końcowej syreny.

Jeszcze na początku czwartej kwarty Lakers prowadzili, ale tylko trzema punktami. Spurs w trzeciej kwarcie (wygranej 34:20) odrobili straty z pierwszej połowy (przegranej 41:59) i wydawało się, że powalczą o zwycięstwo numer siedem w sezonie.

Wtedy wyższy bieg wrzucili liderzy gości – James (łącznie 21 punktów, osiem zbiórek i pięć asyst) oraz Davis (25 punktów, 15 zbiórek), których dwójkowe zagrania, efektowne wsady i akcje "and 1" wybiły Spurs z głowy myśl o zwycięstwie. Dla Lakers była to pierwsza wyjazdowa wygrana w sezonie.

Kibice Spurs: takie porażki nie bolą

Sochan kończył jednak mecz z podniesioną głową. Statystyki doskonale oddają to, co robił na parkiecie 19-latek. Czyli w zasadzie: wszystko. Świetnie bronił LeBrona Jamesa, któremu uprzykrzał powrót po przerwie spowodowanej kontuzją, dobrze odnajdywał się w walce na tablicach, inteligentnie podawał.

Zdobył pierwsze punkty Spurs, trafiając z półdystansu, potem trafiał spod kosza, ale odważnie wyszedł też na obwód. W końcu trafił trójkę, nad czym poważnie pracuje, a mógł mieć na koncie dwie, ale przy próbie z dalekiego dystansu nadepnął na linię i zaliczono mu dwa punkty.

W ataku po raz kolejny miał wstawki w roli rozgrywającego, ale nie był tego wieczoru pierwszą opcją w ataku. Dobre zagranie przeplatał słabszymi – jak w czwartej kwarcie, gdy trafił za trzy, zaliczył asystę, a po chwili, gdy Spurs doganiali Lakers, zaliczył prostą stratę.

Komentatorzy meczu podkreślali, że Sochan czyni postępy "slowly but surely", co moglibyśmy przetłumaczyć jako "powoli, ale pewnie". Tak, jak cali San Antonio Spurs, którzy w tym sezonie pod wodzą Gregga Popovicha mają się przede wszystkim uczyć i chłonąć wiedzę.

Więcej o: