"Kocham cię, stary!". Nowi-starzy mistrzowie to najbardziej hollywoodzka historia w NBA

- Edytujcie naszą stronę na Wikipedii! - śmiali się i krzyczeli gracze Golden State Warriors, tonąc w litrach szampana po meczu z Boston Celtics. Chwilę wcześniej zdobyli czwarty tytuł w ciągu ośmiu lat, dwa lata po tym, jak spadli na samo dno NBA. To najbardziej hollywoodzka historia od czasów Chicago Bulls Michaela Jordana.

Wybiła połowa trzeciej kwarty, gdy Stephen Curry trafił daleką – naprawdę daleeeką – trójkę. Z obrońcą na karku, taką, która rywali fizycznie zabolała. A na tablicy pojawił się wynik 72:50. Tego wieczoru było to najwyższe prowadzenie Golden State Warriors.

Zobacz wideo Co wiemy po zgrupowaniu kadry? "Walka trwa, bo mundial jest przed nami"

Trener Celtics Ime Udoka wziął czas, chcąc ratować tę rywalizację, ale Steph Curry czuł już, że meczu numer siedem nie będzie. Po trafionym rzucie złapał się za głowę, a po chwili pokazał publice prawą dłoń i miejsce na czwarty pierścień w karierze. Dla 19 tys. fanów w TD Garden, ubranych w biało-zielone barwy Celtics i nienawidzących Warriors, to było upokorzenie.

Ale Curry – 90 sekund przed końcem, gdy po jego punktach Warriors prowadzili 99:86, "ułożył rywali do snu", pokazując charakterystyczny w tegorocznych play-off gest złożonych pod głową dłoni – mógł sobie na taki gest pozwolić. Tego wieczoru zagrał perfekcyjnie – zdobył 34 punkty, trafił sześć trójek (w tym trzy w trzeciej kwarcie, kiedy to ważyły się losy meczu), a do tego dołożył po siedem zbiórek i asyst.

To nie jest "last dance" Warriors

Perfekcyjny był w całej serii: zdobywał średnio 31,2 punktu w każdym spotkaniu, miał 48 proc. skuteczności z gry, 44 proc. trafionych trójek, ponad sześć zbiórek, dwa przechwyty... A do tego zaliczył wielki występ w meczu numer cztery w Bostonie, kluczowym dla serii, przed którym Celtics prowadzili 2-1 i po którym mogli być krok od mistrzostwa. Ale wówczas 34-letni Curry zdobył na wrogim terenie aż 43 punkty. I wygrał nie tylko tamten mecz, ale i trzy kolejne. I doprowadził Warriors do kolejnego mistrzostwa.

To na nim były skupione kamery, gdy Warriors szykowali się w ostatnich sekundach do celebracji tytułu. Bo dla Curry’ego był to finał wyjątkowy, oficjalnie zwieńczony statuetką MVP. To może wydać się szokujące, ale pierwszą w karierze gracza, który w tym roku na tę nagrodę zasłużył, jak nikt inny.

– Mniej gadania, a więcej robienia. To był nasz przepis na sukces – przyznał Curry, odbierając statuetkę. – Potrzebowaliśmy nowego rozdania, nowej energii – dodał, opisując drogę Warriors po kolejne mistrzostwo.

Wcześniej zawsze coś stawało mu na przeszkodzie – gdy Warriors zdobywali tytuł w 2015 r. uhonorowano niespodziewanego bohatera serii, czyli Andre Iguodalę. W 2017 i 2019 r. statuetkę zagarniał Kevin Durant. Teraz w końcu trafia ona w ręce Curry'ego.

Ale Curry – z pewnością za takie określenie się nie pogniewa – jest tylko jednym z aktorów tej hollywoodzkiej opowieści. Dekadę temu klub z San Francisco zbudował dynastię, która zdobyła trzy tytuły, pięć razy z rzędu awansując do wielkiego finału. Ostatni raz zawitała tam w 2019 r. w starciu z Raptors.

Ale wówczas – jak to w hollywoodzkiej historii – los zaczął majstrować przy filmowej taśmie. Jeszcze w trakcie przegranych finałów z ekipą z Toronto niezwykle poważnej kontuzji uszkodzenia więzadła krzyżowego przedniego doznał Klay Thompson, uraz wykluczył go aż na 941 dni. W kolejnym sezonie, już na samym początku, rękę złamał Curry. Z gry wypadł też Draymond Green, w drużynie nie było już Kevina Duranta, który uciekł do Brooklyn Nets… Warriors byli w rozsypce. Dosłownie – niedawni mistrzowie w sezonie 2019/20 okazali się najsłabszą drużyną w całej lidze, wygrali tylko w 15 spotkaniach i bliżej im było do dziedzictwa Vancouver Grizzlies, niż awansu do play-off.

W kolejnym sezonie już poradzili sobie lepiej, Curry został królem strzelców ligi, mimo że wciąż czekał na swojego "Splash Brother", czyli Klay’a Thompsona, który w trakcie jednej z luźnych, letnich gierek na nowo zerwał więzadła. Mimo że Warriors załapali się do play-in, to wydawało się, że dynastia gaśnie.

Wygląda jednak na to, że ekipa z San Francisco potrzebowała przerwy. Gdy Chicago Bulls zdobywali swój trzeci z rzędu tytuł w 1998 r., trener Phil Jackson zapowiedział, że to "ostatni taniec", że więcej z zespołu w tym kształcie już nie wyciśnie. Że potrzeba zmiany. "Byki" zdobyły tytuł i rozjechały się w nowe strony.

Steve Kerr był wówczas kluczowym czeladnikiem Michaela Jordana. Kolekcjonował przy nim tytuły na parkiecie (w sumie uzbierał pięć), dziś czyni to jako trener Warriors. I tym razem miał szczęście, bo nie potrzebował ogłaszać w ekipie Warriors "last dance". Dzięki dwuletniej przerwie, w trakcie której liderzy odzyskiwali na nowo zdrowie, świeżość i pasję, obudował drużynę weteranów zdolną młodzieżą – w Kevonem Looney’em, Jordanem Poolem, Andre Wigginsem, Garym Paytonem II czy Jonathanem Kumingą. Przyszłość przed nimi, to oni przejmą schedę po wielkich mistrzach – Currym, Thomsponie, Greenie czy Iguodali. Ale – tu nie ma wątpliwości – będą grać pod wodzą Steve’a Kerra.

– Po prostu otaczam się dobrymi ludźmi – śmiał się po meczu Kerr, choć wygwizdywany w hali Celtics.

Dobrymi nie tylko na parkiecie, ale i poza nim. Warriors są drużyną z krwi i kości. Gdy Steph Curry odbierał statuetkę MVP, skandowali, gratulowali wszyscy. Parę chwil wcześniej Klay wyznał swemu przyszywanemu bratu: – Kocham cię, stary. A to równie cenne, co zdobyte trofea.

Niewykorzystana szansa Celtics

Podobnie piękne perspektywy mają Boston Celtics. Młodzi gracze Ime Udoki co prawda po czwartkowym meczu płakali, Jayson Tatum już minutę przed końcem siedział na ławce, skrywając łzy i wściekłość. Ale ich okno na wielkie rzeczy, których mogą dokonać, dopiero się otwiera – duet "JayJay", czyli Tatum i Jaylen Brown mają odpowiednio 24 i 25 lat, Marcus Smart, najlepszy obrońca ligi, 28. Klay Thomspon przyznał zresztą przed finałami, że Celtics wyglądają dziś, jak Warriors sprzed dekady. Są głodni gry i sukcesów.

W Bostonie z pewnością żałują jednak niewykorzystanej szansy. W finałowej serii z Warriors prowadzili 1-0 i 2-1, mając czwarty mecz u siebie. Wówczas przegrali jednak 97:107, a w meczu numer sześć 90:103. Ma nad czym pracować zwłaszcza Tatum, który powinien być liderem, ale – również dzięki znakomitej obronie rywali – był w schowany cieniu. W meczu numer sześć zdobył 13 punktów, ledwie dwa w drugiej połowie.

Nie miejmy jednak wątpliwości – to kandydat na przyszłego mistrza NBA oraz MVP finałów. Ale na razie statuetkę zgarnia Curry i jego Warriors. Na Celtics przyjdzie czas. Dziś niech świętują wielcy mistrzowie.

Boston Celtics - Golden State Warriors 90:103 (22:27, 17:27, 27:22, 24:27). Stan rywalizacji: 4-2 dla Warriors

Więcej o: