Warriors krok od mistrzostwa NBA. Stephen Curry zaszokował. (Nie)typowy bohater

To wręcz niewiarygodne: Stephen Curry, lider Golden State Warriors i murowany kandydat do MVP finałów, nie trafił ani jednej trójki, ale jego zespół i tak wygrał z Boston Celtics 104:94 i jest krok od zdobycia mistrzostwa NBA.

Zgadza się – to ten sam Steph Curry, który w meczu numer cztery w Bostonie, przed (co najmniej) wrogo nastawioną publiką, zdobył fenomenalne 43 punkty i niemal w pojedynkę doprowadził do remisu w serii – tym razem zdobył 16 punktów. W zasadzie je uciułał, bo w poniedziałkową noc był wyjątkowo nieskuteczny – trafił tylko siedem z 22 rzutów z gry, a przede wszystkim spudłował wszystkie dziewięć prób za trzy.

Zobacz wideo Kubica ma prosty zespół na start w legendarnym wyścigu. "Nie będzie łatwo"

Aby zrozumieć, jak wyjątkowa to sytuacja, warto poznać kontekst: przed tym spotkaniem Curry miał serię 132 meczów play-off z co najmniej jedną celną trójką oraz 38 z więcej niż jedną. A licząc wraz z sezonem zasadniczym trafił przynajmniej raz w 233 meczach z rzędu. A ostatniej nocy: okrągłe zero!

(Nie)typowy bohater Warriors

Curry spróbował jeszcze pod koniec meczu, gdy było jasne, że Warriors ten mecz wygrają, ale spudłował. Mimo to w ostatnich minutach oglądając mecz z perspektywy ławki, był uśmiechnięty od ucha do ucha – to była być może kluczowa wygrana w walce o tytuł. Jeśli Warriors wygrają w czwartek z Bostonie, zdobędą czwarty tytuł w ciągu ośmiu lat. Jeśli nie – wtedy zagramy mecz numer siedem.

Tym razem mecz miał więc innego bohatera, ale nieprzypadkowego. Andrew Wiggins zaliczył najlepszy mecz w ośmioletniej karierze w NBA – trafił 26 punktów, miał aż 13 zbiorek, a kilka jego potężnych wsadów przyprawiło kibiców o dreszcze. I to on wziął na siebie ciężar, gdy nie szło liderom.

Wiggins, numer jeden draftu z 2014 r., do niedawna miał łatkę gracza niespełnionego, takiego, który jest na dobrej drodze, by wyrzucić swój talent w błoto. Z Minnesotą Timberwolves nie pozbył się przeciętności – owszem, w 2015 r. zgarnął statuetkę dla najlepszego debiutanta w NBA, ale w nieco ponad pięć lat gry w Minneapolis zdołał rozegrać ledwie pięć meczów w play-off. To była katastrofa.

Jego karierę – zresztą nie jemu jedynemu – uratował tremer Steve Kerr. W połowie zeszłego sezonu – po miesiącach żmudnych negocjacji, co opisuje Zach Lowe z ESPN – wyciągnąć Wigginsa do San Francisco.

To nie tak, że dopiero w Warriors jego talent eksplodował. Ale z pewnością Kerr go oszlifował. I uwypuklił najlepsze cechy – defensora, który w play-off zatrzymywał już Lukę Doncicia z Dallas Mavericks (Warriors wygrali 4-1 w finale Konferencji Zachodniej), a w finale potrafi wyhamować Jaysona Tatuma. Ale i gracza, który nie tyle stał się lepszym strzelcem (tym sezonie zdobywał średnio 17 punktów, a w play-off 15,8), co w końcu potrafi być liderem w kluczowych momentach. Tego zabrakło mu w Timberwolves, to może dać mu teraz tytuł z Warriors.

Najbardziej błyskotliwie zagrał w czwartej kwarcie: najpierw w obronie zmusił Tatuma do fatalnego airballa, a kilka chwil później potężnie zapakował nad Derrickiem Whitem, dając Warriors wysokie prowadzenie. – Próbuję robić wszystkie małe rzeczy potrzebne do zwycięstwa. Niezależnie od tego, o co będę poproszony: punkty, obronę, zbiórkę – zapewniał po meczu gracz, któremu w Minnesocie zarzucano gwiazdorstwo. To chyba największa przemiana ostatnich lat w NBA.

Poole party trwa w najlepsze

Piąty mecz finałów w ogóle był nietypowy, a dla sprawozdawców nieuchwytny. Czterech zawodników wyjściowej piątki GSW (pomijając Klaya Thompsona, który trafił pięć trójek) spudłowało łącznie wszystkie 19 rzutów za trzy. A mimo to Warriors wygrali. Jayson Tatum był liderem Celtics, zdobył aż 27 punktów i 10 zbiórek, trafił trzy kolejne trójki na początku trzeciej kwarty, dzięki którym goście doścignęli Warriors, mimo że przegrywali już 16 punktami. A jednocześnie zawiódł, bo wciąż daleko mu do lidera, który bierze ciężar na swoje barki – zaliczył aż cztery straty (Celtics łącznie 18, trzy razy więcej od Warriors), w decydujących momentach pudłował, nie trafiając nawet w kosz.

Jedynym stałym elementem tegorocznych finałów jest – mówiąc pół-żartem pół-serio – szalona trójka Jordana Poole’a. Tak jak w meczu numer dwa, tym razem znów Poole trafił buzzer beatera niemal z połowy pod koniec trzeciej kwarty. Kibice na fantastyczne akcje Poole'a określenie mają już nawet grę słowną – "Poole party". Dzięki niemu Warriors zaliczyli na przełomie trzeciej i czwartej kwarty run w wysokości 13:0 i odskoczyli Celtics na dobre.

Jest jeszcze jedna rzecz, która łączy dotychczasowe mecze finałowe – wszystkie kończą się zwycięstwem przynajmniej 10 punktami. – Jeszcze nigdy nie byłem tak podekscytowany przed podróżą do Bostonu. To jak sen – mówi przed meczem numer sześć Klay Thompson. 

Golden State Warriors – Boston Celtics 104:94 (27:16, 24:23, 24:35, 29:20)

Więcej o: