Remis w finale NBA! Po tym rzucie z połowy Celtics się nie podnieśli

W historii NBA tylko dwóm drużynom udało się wygrać dwa pierwsze wyjazdowe mecze finałowej serii. Golden State Warriors nie dopuścili, by tą trzecią okazali się Boston Celtics. Stephen Curry i spółka wygrali w nocy z niedzieli na poniedziałek 107:88 i zmazali plamę po meczu numer jeden.

To był kluczowy moment niedzielnego spotkania. Pod koniec trzeciej kwarty Golden State Warriors grali jak z nut – zdobyli 16 kolejnych punktów, na które Boston Celtics odpowiedzieli tylko dwoma, łącznie prowadzili wysoko, aż 84:64.

Zobacz wideo Agnieszka Radwańska patrzyła na kort obok, a tam Iga Świątek. "Poczwórna mobilizacja"

Golden State Warriors odrobili lekcję z pierwszego meczu

Ale ich trener Steve Kerr wiedział, że to jeszcze absolutnie nic nie znaczy. W czwartek, w pierwszym meczu tegorocznych finałów, jego drużyna też prowadziła po trzech kwartach, też wyraźnie, bo 12 punktami, ale potem, począwszy od ostatniej akcji trzeciej kwarty, a potem przez 12 minut czwartej, stało się coś dla Warriors niewytłumaczalnego – Celtics odrobili stratę, wygrywając w meczu 120:108.

Tym razem scenariusz mógł być podobny – Celtics w ostatnich sekundach trzeciej kwarty mieli piłkę w rękach i mogli rozpocząć efektowne odrabianie strat. Ale spudłowali rzut za trzy, a piłkę zebrali Warriors. Jordan Poole miał dosłownie cztery sekundy, by zrobić z nią coś konstruktywnego – zdążył przekozłować ją przez połowę, rzucić ponad rękoma dobrze broniącego Paytona Pritcharda i… trafić niemal z połowy!

87:64! – Widziałem obręcz, ale czułem, jakbym miał nieograniczony zasięg rzutu – śmiał się po meczu Poole. Pierwszy z gratulacjami podbiegł Stephen Curry, którego takie rzuty od lat są specjalnością. 

Tym razem wyręczył go Poole, a w czwartej kwarcie już nie było wątpliwości, kto skończy mecz zwycięsko. Warriors odrobili lekcję z meczu numer jeden, czwartą kwartę zaczęli od prowadzenia 6:0, a potem było to metodyczne wbijanie Celtics w parkiet hali Chase Center. Już kilka minut przed końcem Steve Kerr wprowadził głębokich rezerwowych, dając odpocząć wszystkim liderom zespołu. A Celtics marzyli tylko o tym, by skończyć mecz i wsiąść do samolotu do domu. Warriors wygrali 107:88 i wyrównali stan rywalizacji.

Gdyby w niedzielę przegrali, ekstremalnie utrudniliby sobie drogę po mistrzowski tytuł. Wcześniej w historii ligi ledwie 7,2 proc. drużyn, które przegrywały w play-offowej serii 0-2, potrafiły odwrócić losy rywalizacji.

Taką drużyną byli zeszłoroczni mistrzowie NBA, czyli Milwaukee Bucks, którzy w finale w 2021 r. przegrywali z Phoenix Suns 0-2, by ostatecznie wygrać 4-2. Ale Warriors nie chcieli kusić losu – Curry, Klay Thompson i Draymond Green mieli w pamięci, że w 2016 r. pozwolili Cleveland Cavaliers odrobić stratę 1-3 i dali sobie wyrwać z rąk niemal pewny tytuł. Ale to historia – w tegorocznym finale mamy remis 1-1.

Jayson Tatum: 28 punktów i najgorszy mecz w historii finałów

Pierwsza połowa nie zapowiadała blowoutu – Warriors prowadzili, ale tylko 52:50. W Celtics szalał Jayson Tatum, który uzbierał 21 punktów, trafiając aż pięć na siedem trójek. W całym meczu zdobył 28, najwięcej w zespole. Ale to tylko liczba – w drugiej połowie Tatum był pogubiony, pudłował, tracił piłkę i skończył mecz z bilansem efektywności na poziomie -36. Od kiedy NBA stosuje tę kategorię, jeszcze nikt w finałach NBA nie wypadł gorzej.

Trzeba jednak jasno stwierdzić: lider gości nie miał wsparcia w kolegach. Al Horford, bohater meczu numer jeden, zdobywca 26 punktów, tym razem zdobył ledwie dwa punkty. Podobnie inni gracze pierwszej piątki: Robert Williams III i najlepszy obrońca ligi Marcus Smart.

To także efekt dobrej obrony Warriors. Gracze z San Francisco bronili agresywnie, byli skupieni na defensywie od początku, co tuż po meczu podkreślał Stephen Curry. Warriors zdobyli niemal tyle samo punktów, co w meczu numer jeden (107 w stosunku do 108), ale stracili aż o 32 mniej – i to okazało się kluczem do wygranej. To nie pozwoliło Celtics wejść w odpowiedni rytm, bostończycy łącznie zanotowali aż 18 strat. – W pierwszym meczu Jayson i Jaylen [Brown] trafiali od samego początku, mieli kilka wielkich rzutów. Tym razem staraliśmy się ich zneutralizować od pierwszej akcji – mówił po spotkaniu na antenie TNT wracający do gry Gary Payton II. A Steve Kerr dodał: –  To, co Steph robił w trzeciej kwarcie, zapierało dech. Nie tylko to, jak zdobywał punkty, ale jak bronił. To zaszczyt i przywilej oglądać go w grze.

Curry znakomicie bronił, ale i świetnie wypadł w ataku – zdobył 29 punktów, trafiając pięć na 12 rzutów za trzy. Tym razem nie przyłączył się do niego Thompson, który zanotował jedynie 11 punktów. "Powitajcie trzeciego ze Splash Brothers" – pisał po spotkaniu ESPN, doceniając za to fantastyczny występ Jordana Poole’a, który w trzeciej kwarcie zaliczył efektownego buzzer beatera, a łącznie zdobył aż 17 punktów.

Teraz finał przenosi się na dwa mecze do Bostonu, ale już na pewno wróci do San Francisco. Zresztą: wszystko zapowiada na to, że seria Celtics z Warriors może mieć jeszcze sporo zwrotów akcji. – No i teraz mamy prawdziwą serię! – cieszył się po spotkaniu komentator i były gracz Shaquille O’Neal. Kolejny mecz w środę w nocy (o godz. 2 czasu polskiego).

Golden State Warrios - Boston Celtics 107:88 (31:30, 21:20, 35:14, 20:24)

Więcej o: