Curry stawał na głowie, pobił rekord Jordana, ale górą Celtics. Bohater jest inny, niż myślisz

Piotr Wesołowicz
Golden State Warriors i Boston Celtics w pierwszym meczu finałów NBA byli niczym pięściarze wagi ciężkiej. Nokautujący cios - dość niespodziewanie - zadali w czwartej kwarcie Celtics, którzy wygrali na wyjeździe aż 120:108.

Niespodziewanie, bo to Warriors pod koniec trzeciej kwarty prowadzili aż piętnastoma punktami. Nie weszli na kosmiczny poziom, ale radzili sobie dobrze, ostatnią część meczu zaczynali z 12-punktową przewagą, a 18 tys. fanów w Chase Center fetowało Stepha Curry’ego (34 punkty) i spółkę. Kilka minut później w hali w San Francisco zapanowała jednak grobowa cisza. Jakimś cudem Warriors wypuścili prowadzenie z rąk.

Zobacz wideo Dlaczego Iga Świątek nie miażdży tak jak przed Roland Garros? Powtarzała tylko: kilka dni wolnego

Choć "cud" to złe słowo. To była fantastyczna robota, jaką wykonali Celtics, którzy ostatnią część gry wygrali aż 40:16. – Nokaut! – emocjonował się w studiu Canal+ były koszykarz kadry Radosław Hyży.

Jak ta sztuka udała się Celtics? Pierwsze skojarzenie kieruje myśli ku "duetowi JayJay", czyli do Jaylena Browna i Jaysona Tatuma, którzy dzięki świetnej grze w drugiej części sezonu i trzech pierwszych rundach play-off wprowadzili bostończyków do finału. Tym razem bohaterem był jednak ktoś inny – Al Horford.

Horford przed laty był w Celtics niechciany. Teraz dał wygraną z Warriors

141 meczów i ani jednego w finałach. Tak do niedawna wyglądał bilans Ala Horforda w play-off NBA. Nikt w całej historii nie miał na koncie więcej meczów w najważniejszej części sezonu bez choćby jednego starcia o mistrzowskie pierścienie.

Horford fatalną serię przerwał w nocy z czwartku na piątek. I od razu uczynił to w taki sposób, jakby mecze o trofeum od zawsze były jego przeznaczeniem. Silny skrzydłowy Celtics zdobył aż 26 punktów – najwięcej w zespole – z czego aż 11 w czwartej kwarcie. Dodatkowo trafił aż sześć z ośmiu trójek.

Czy przed tym sezonem ktoś mógłby założyć taki scenariusz? 36-letni Horford wrócił do Bostonu po latach wędrówki po NBA. Wyruszył na nią po tym, jak miejsca w składzie bostończyków nie widział dla niego generalny menedżer drużyny Danny Ainge.

Ainge’a już w Massachusetts nie ma, a Horford wrócił na stare śmieci. I to w roli pierwszoplanowej postaci, a nie rezerwowego z końca ławki. W czwartek był perfekcyjny.

To była zresztą główna przewaga Celtics w tym meczu – mądre wykorzystywanie graczy z drugiego planu.

Tym razem słabiej pod względem zdobyczy punktowej wypadł Tatum (12 punktów, trzy celne rzuty na 17 z gry). Ale lider Celtics nie silił się na przełamanie – zaufał kolegom z drużyny, rozdał aż 13 asyst, a przede wszystkim znakomicie kreował akcje ofensywne. To dzięki niemu oraz Jaylenowi Brownowi (24 punkty, siedem zbiórek i pięć asyst) do gry włączyli się Horford, Derrick White (21 punktów), czy Payton Pritchard (osiem punktów w 15 minut i zaledwie jeden niecelny rzut z gry).

Tej mądrości zabrakło drużynie, której doświadczenie miało być głównym atutem – czyli Warriors.

Dla drużyny Steve’a Kerra to szósty finał w ciągu ośmiu lat. O grze na tym poziomie powinna ona wiedzieć niemal wszystko. A jednak dała się złapać na pułapki Celtics. A przede wszystkim nie przegnała własnych demonów.

Mecz świetnie rozpoczął Stephen Curry, który w pierwszej kwarcie zdobył rekordowe 21 punktów – to najlepszy wynik w finałach NBA od 1993 r. i kosmicznego występu Michaela Jordana. Ale z czasem "Szef" Curry coraz bardziej stygł.

Jak Golden State Warriors zmarnowali wysiłek "Szefa" Curry'ego

Choć w sumie uzbierał aż 34 punkty, to na finiszu zabrakło mu sił. Podobnie jak Klay’owi Thompsonowi, czyli drugiemu ze "Splash Brothers", który zdobył 15 punktów. Obaj na finiszu forsowali rzuty, podejmowali złe decyzje, brakowało im sił. Tyle że – inaczej niż Celtics – Steph i Klay nie umieli znaleźć graczy drugiego planu, którzy pociągnęliby grę pod ich "nieobecność". Draymond Green spadł za sześć fauli i zdobył ledwie cztery punkty (dwa na 12 z gry), Andrew Wiggins wypadł lepiej, miał na koncie 20 punktów, ale również nie widział się w roli lidera. Podobnie jak Andre Igoudala (7 pkt). Żaden z nich nie podejmował ważnych decyzji w końcówce, na siłę szukając Curry'ego czy Thompsona. A ci byli wycieńczeni.

– Finały są dla nas czymś nowym. Cieszymy się jak dzieci i zamierzamy się teraz dobrze bawić – zapowiadał Jayson Tatum, lider drużyny, której doświadczenie w meczach finałowych wynosiło – dosłownie – zero. Z kolei gracze Warriors łącznie takich meczów rozegrali do czwartku aż 123.

Ale Taytum słowa dotrzymał. Celtics utarli nosa faworytom do tytułu i już zrealizowali plan na dwumecz w Oakland – ugrali jedno zwycięstwo. Ale mają apetyt na zdecydowanie więcej.

Drugi mecz tej serii w nocy z niedzieli na poniedziałek o godz. 2 polskiego czasu. Transmisja w Canal+.

Więcej o: