Geniusz ataku uciekł z kolejnego klubu. Stracił resztki szacunku

"Obudź mnie o siódmej. I zostaw mi kilka dolarów. PS Zachowaj tę karteczkę. Zamierzam zostać gwiazdą" - taką wiadomość zostawił mamie nastoletni James Harden. Ciekawe czy jeden z najlepszych, a zarazem jeden z najbardziej nielubianych koszykarzy NBA nie żałuje, że ta przepowiednia nie kończyła się słowami: "Zamierzam być mistrzem".

Przejście Jamesa Hardena do Philadelphia 76ers to najgłośniejszy transfer tego sezonu w NBA. Transfer wielowymiarowy, potencjalnie otwierający drogę do sukcesów i Sixers, i Brooklyn Nets. Ale póki co, jest to także transfer, na którym najbardziej traci wizerunek Hardena. "Brodacz" do Nowego Jorku przyszedł rok temu i wspólnie z Kevinem Durantem oraz Kyriem Irvingiem miał dać Nets ich pierwsze mistrzostwo NBA. Ale poddał się bardzo szybko.

Zobacz wideo Czysta perfekcja. Tak Stoch nagle odmienił swoje skoki

Owszem, mógł być zły na Irvinga, że ten – unikając przyjęcia szczepionki przeciwko COVID-19 – sam wyeliminował się z gry. Owszem, mogły irytować go kontuzje Duranta i nierówna gra zespołu. Ale żeby otwarcie wyrażać niezadowolenie i zabiegać o transfer? Cóż, można powiedzieć, że Hardenowi weszło to w krew. Przecież w sezonie 2020/21 w podobny sposób uciekał z Houston. 

Harden, czyli cyniczny geniusz ataku

Koszykarzem jest znakomitym, to geniusz ataku – trzykrotny król strzelców NBA, MVP ligi z 2018 r., wybitny łowca punktów, ale i człowiek-orkiestra, który potrafił wygrać klasyfikację asyst. Najlepszy leworęczny strzelec w historii to także gracz wszechstronny i niech zaświadczy o tym sylwestrowy mecz z 31 grudnia 2016 r. – w barwach Rockets Harden zdobył 53 punkty, miał 17 zbiórek i 16 asyst przeciwko New York Knicks. Kosmos. 

Do perfekcji opanował błyskawiczny, zabójczy rzut za trzy po kroku w tył. Jest mistrzem rozwiązywania akcji dwójkowych, słynie z dwutaktu z przeskokiem, w którym potrafi spowolnić drugi krok i nieznacznie zmienić kierunek, uciekając obrońcy.

33-letni obecnie Harden jest też graczem cwanym, wręcz cynicznym w tym sensie, że doskonale wykorzystuje przepisy zabraniające obrońcy kontaktu z zawodnikiem mającym piłkę. Harden trzyma ją w ręce często, grę w kontakcie lubi, przez co wymusza mnóstwo fauli, po których wykorzystuje rzuty wolne.

– On jest jak pięściarz. Zaburza twoją równowagę, wabi cię w pułapkę, a kiedy w nią wpadniesz – atakuje – opisywał jego styl gry były mistrz NBA Jason Terry.

Skoro jest tak dobrze, to dlaczego jest tak źle?

Bez obrony, bez mistrzowskiego tytułu

Można byłoby zacząć od obrony, bo przecież internet pełen jest filmików, na których widać, jak Harden – mówiąc najłagodniej – odpuszcza grę w defensywie, beztrosko nie podejmuje walki, przygląda się z boku jak bronią koledzy. W wielu przypadkach jego bierność trudno wybronić, niektóre akcje wywołują niedowierzanie lub śmiech – Harden zresztą z tego powodu jest już niemal stałym gościem humorystycznej rubryki "Shaqtin a fool" w telewizji TNT.

Ale też trzeba przyznać, że obrona "Brodacza" wcale nie jest taka zła, jak wskazują powycinane i zmontowane pojedyncze akcje. Silne nogi, szybkie ręce i 196 cm wzrostu sprawiają, że Harden dobrze broni akcje, w których przeciwnik ustawia się do gry tyłem do kosza. Wnikliwe analizy wykazują, że w tej defensywie wcale nie jest tak źle.

Można byłoby zatem wskazać na brak sukcesów. W finale Harden grał raz – w 2012 r., na początku kariery w NBA, ale w Oklahoma City Thunder był wówczas w cieniu Kevina Duranta i Russella Westbrooka, będąc – co dziś jest niewyobrażalne – graczem wchodzącym z ławki. Thunder finał z Miami Heat przegrali, Harden odszedł do Rockets i - jako lider zespołu i gwiazda ligi - do finału już nie wrócił. 

Nie wrócił, bo choć w rundzie zasadniczej potrafił prowadzić zespół do grubo ponad 50, a raz nawet 65 zwycięstw, to w play-off, a szczególnie w ich decydujących meczach, jego gwiazda gasła. „Brodacz" nie rozgrywał wielkich meczów, nie trafiał najważniejszych rzutów, symbolem jego porażki stał się blok Manu Ginobilego z 2017 roku – Harden rzucał za trzy na dogrywkę, ale Argentyńczyk sprytnie zatrzymał jego rzut, mecz wygrali San Antonio Spurs. Objęli prowadzenie w serii 3-2, w kolejnym spotkaniu przypieczętowali awans. 

Zamiast trenować, Harden bawił się w Las Vegas

Ale to też niekoniecznie tłumaczy powszechną niechęć do Hardena. Wiele gwiazd NBA kończyło kariery bez tytułu – wśród nich są Karl Malone, Patrick Ewing, Charles Barkley czy Steve Nash. Hardena coś jednak od nich odróżnia, coś ważnego – szacunek, jaki wypracowali sobie u kibiców w Salt Lake City, Nowym Jorku czy Phoenix, a wraz z upływem czasu po prostu u kibiców NBA. "Brodacz" go nie ma, nie wielbią go ani fani Thunder, ani Rockets, ani tym bardziej Nets. 

Trudno jednak o szacunek, jeśli ostentacyjnie okazuje się niezadowolenie i ucieka z klubu do klubu. Oklahoma City to nie dotyczyło, tam Harden po prostu nie przyjął finansowych warunków kontraktu i z perspektywy czasu widać, że mógł poczuć się niedoceniony. Ale już w Houston, po kolejnych niepowodzeniach w play-off lider zespołu nagle zaczął emitować złą energię. 

Owszem, mógł czuć złość po tym, jak Rockets opuścili menedżer Daryl Morey oraz trener Mike D’Antoni, a klub wytransferował Russella Westbrooka. Ale manifestacja tej złości przedstawiła Hardena jako rozkapryszonego, lekceważącego wszystkich dookoła i szybko poddającego się gwiazdora. 

Gdy w zeszłym sezonie Rockets zaczynali obóz przygotowawczy, Harden bawił się na urodzinowej imprezie rapera Lil Baby w Atlancie. –  Nie chcę snuć teorii. Nie ma go i kropka. Tylko on wie, co naprawdę się dzieje – mówił trener Rockets Stephen Silas, a fani śmiali się, że wystarczyłoby, gdyby uruchomił Instagrama i bez problemu namierzyłby bawiącego się w Las Vegas koszykarza. Gdy w końcu pojawił się w Houston, wzbudził sensację ze względu na zaokrąglony brzuch. Na rozgrzewce przedsezonowego meczu wyglądał po prostu jak zapuszczony grubas. Po mocnym początku sezonu nagle zdobywał po ledwie 15-16 punktów. A podczas jednej z konferencji prasowych stwierdził, że poziom Rockets nie jest dla niego wystarczająco dobry.

Nikt nie miał wątpliwości – takimi manifestacjami Harden transfer do Nets po prostu wymusił. "W jego odejściu z Houston zawarta była lekcja, którą dopiero teraz dostrzegliśmy. Jeśli Brodacz już podejmie decyzję, że odchodzi i nie chce dłużej być w twoim klubie, nie masz wyjścia – musisz się ogolić" – pisze teraz Sam Amick z "The Athletic". Na marginesie – dodatkowe kilogramy ze słynnej rozgrzewki okazały się tylko chwytliwą sztuczką. Kilkanaście dni później, już w barwach Nets, Harden wyglądał jak młody bóg.

I sam też tak się poczuł. Równo rok temu, po genialnym meczu, w którym Nets przegrywali z Phoenix Suns przez 47 minut i 20 sekund, a mimo to wygrali, Harden, który tamtego wieczoru zdobył 38 punktów w tym te decydujące o zwycięstwie, stwierdził: – Stworzyliśmy na Brooklynie definicję prawdziwej drużyny.

Czas pokazał, jak bardzo się pomylił.

"Właśnie go wymienili, więc chyba ozdrowiał"

Minął rok, w którego trakcie gwiazdorska ekipa z Brooklynu odpadła z play-off w półfinale Wschodu, mimo przewagi boiska w starciu z Milwaukee Bucks. Okoliczności były łagodzące – Harden grał z urazem, praktycznie na jednej nodze. Czar gwiazdorskiej ekipy prysł kilka miesięcy później, gdy okazało się, że odmawiający przyjęcia szczepionki Kyrie Irving nie będzie mógł grać w meczach rozgrywanych w Nowym Jorku, a Duranta zaczęły dopadać kontuzje. Hardenowi przestało się w Nets podobać.

I historia się powtórzyła. Gdy tylko "Brodacz" postanowił, że czas czmychnąć, stał się ostentacyjnie słaby, w ostatnim meczu w barwach Nets zdobył cztery punkty, potem w kilku spotkaniach w ogóle nie wszedł na parkiet, sugerując drobny uraz.

Dzień po transferze do Sixers LeBron James i Kevin Durant dowcipkowali z Hardena podczas transmisji wyboru składów na Mecz Gwiazd. – Moment, ale czy on w ogóle jest zdrowy, czy może zagrać? – ironizował James. – Właśnie go wymienili, więc zapewne ozdrowiał – odpowiadał jeden z prowadzących show w TNT Charles Barkley, zanosząc się ze śmiechu. Harden został wybrany na szarym końcu – Durant celowo go pominął, wybierając przed nim także nielubianego w lidze Rudy’ego Goberta.

Kto wie, może to dlatego w Sixers Harden wybrał sobie koszulkę z numerem 1?

Hamburger za celne rzuty wolne

Studiując wczesną historię kariery Hardena, można czuć do niego sympatię. W Compton, niebezpiecznej dzielnicy Los Angeles, wychowywała go samotna matka, której dwaj bracia zostali zamordowani, gdy James – najmłodszy z trójki rodzeństwa – miał cztery lata. Chroniąc dzieci przed niebezpieczeństwami Monja Willis wynajęła własny dom i kupiła przyczepę, by przenieść się do nieco spokojniejszego sąsiedztwa. James dojrzewał, zamienił baseball na koszykówkę, ale początki w tej dyscyplinie nie były łatwe.

– Stałem w rogu i czekałem na piłkę, by oddać rzut. Nie kozłowałem, nie biegałem, właściwie nic nie robiłem. Byłem leniwy, naprawdę leniwy – wspominał Harden swoje początki w liceum Artesia High. Ale trenerzy coś w nim jednak dostrzegli. – Był niski i niezbyt szybki, ale kiedy doskakiwali do niego wyżsi gracze, żeby go podwoić i zabrać mu piłkę, wiedział, co z nią zrobić, gdzie podać. Rozumiał grę – opowiadał Derrick Cooper, który dostrzegł małego Hardena na osiedlowych boiskach.

– Wielcy koszykarze uczą się grać w powietrzu, natomiast James nauczył się grać na ziemi. Szybko wiedział, jak i kiedy się zatrzymać, jak wykonać zwód, jak wykorzystać czas i przestrzeń – wspominał Scott Pera, licealny trener Hardena. To on wymyślił specjalne treningi, podczas których James miał za zadanie trafić ustaloną liczbę rzutów z wejść pod kosz w sytuacji, w której trener obijał go specjalnymi materacami. To uczyło nastolatka gry w kontakcie z rywalem i pozwalało na dalsze zakłady z trenerem – jeśli Harden wywalczy w meczu więcej niż sześć rzutów wolnych, Pera kupuje mu hamburgera. Jeśli mniej niż sześć – Harden biega dodatkowe sprinty. I można podejrzewać, kto wygrywał te zakłady częściej – leworęczny koszykarz od początku kariery ważył raczej więcej niż mniej.

Zamienił dietę z McDonald’s na owoce

– Kiedy do nas przyszedł, był pyzaty – wspominał Ty Abbott, kolega z uczelni Arizona State. – Wygląda grubo, ale to może być mylące – oceniał Mike Hopkins, asystent trenera w Syracuse. – Jestem przedstawicielem starej szkoły. Nie jestem najszybszy czy najbardziej dynamiczny – przyznawał Harden w 2009 roku, gdy było już wiadomo, że trafi do NBA z wysokim numerem draftu.

"New York Times" pisał wówczas, że Harden pracuje nad swoim ciałem – tkankę tłuszczową w organizmie ograniczył z 14 do 8,5 proc., zamienił dietę z McDonald’s na owoce, częściej przychodzi na siłownię. Dziś można do tego podchodzić z dystansem i uznać, że Harden miał wzloty i upadki, jeśli chodzi o podejście do pracy. Element lenistwa pozostał w nim na zawsze – sam przyznawał, że ogromną brodę, która stała się jego znakiem rozpoznawczym, zapuścił na studiach dlatego, że nie chciało mu się golić.

Z stylu gry, z którego znany jest obecnie, dał się poznać już w NCAA. – Zawsze grał nogami i głową. Nabrał siły fizycznej, urósł, potrafi to wykorzystać – dodawał przed draftem trener Pera. A eksperci wskazywali, że w ostatnim sezonie na uczelni oddawał średnio 7,7 rzutu wolnego na mecz – jego umiejętność wymuszania fauli już wówczas była ceniona.

– Lubię być na boisku we własnym świecie, lubię grać w swoim tempie. Kiedy czuję się komfortowo, kiedy kontroluję to, co dzieje się wokół, mogę atakować - tłumaczył po latach Harden.

Własny świat, swoje tempo, indywidualny komfort, atak – to wciąż charakterystyka jego gry. Charakterystyka, która uczyniła z niego gwiazdę, co zresztą sam Harden zapowiedział jako nastolatek. "Obudź mnie o siódmej. I zostaw mi kilka dolarów. PS Zachowaj tę karteczkę. Zamierzam być gwiazdą" – napisał w wiadomości dla mamy.

Monja Willis karteczkę zachowała, ponoć nie rozstaje się z nią do dziś. Ciekawe, czy kusi ją by nie przekreślić ostatniego słowa i zamiast niego nie dopisać "mistrzem".

Więcej o: