Najbardziej niesamowity mecz, jaki widział świat. "Szok! Dowiedziałem się o trzeciej rano"

Łukasz Cegliński
- Nie jestem pewny, ale raczej nie rzuciłbym tyle nawet w grze wideo - mówił Tracy McGrady, który zasłynął zdobyciem 13 punktów w 35 sekund. - Szok! Dowiedziałem się o tym o trzeciej nad ranem i już nie dałem rady usnąć - ekscytował się sześciokrotny mistrz NBA Scottie Pippen. - Wszyscy mówili tylko o tym. Myślę, że każdy gracz NBA dzwonił do kogoś, by pogadać o tym meczu - dodawał Dwyane Wade, wschodząca gwiazda ligi.

A kto mógł, ten jeszcze w trakcie meczu pędził do Staples Center. Tak, jak koszykarze Golden State Warriors, którzy kilka godzin wcześniej grali w Los Angeles swój mecz z Clippers. – Siedzieliśmy w The Palms, jedliśmy obiad i nagle ktoś mówi: "Hej, musicie wracać do Staples Center!". "Dlaczego?" "Kobe ma już 63 punkty…". Razem z Mattem Barnesem i Stephenem Jacksonem od razu zapłaciliśmy rachunek i pomknęliśmy do hali. To był naturalny odruch, chcieliśmy być częścią tej historii – wspominał Baron Davis.

Rekordowy mecz Kobe Bryanta odbył się dokładnie 16 lat temu – 22 stycznia 2006 roku. Mecz, w którym gwiazdor Lakers zdobył 81 punktów.

Zobacz wideo "Djoković jest największym sportowcem w naszym kraju. Wszyscy jesteśmy po jego stronie"

Chamath Palihapitiya z Golden State Warriors słowami o Ujgurach wywołał burzęSłowa właściciela klubu NBA wywołały burzę. "Sprzedał duszę za pieniądze i interesy"

Jack Nicholson nieobecny, Lakers grają strasznie

- Kolejny wspaniały dzień w Los Angeles! – komentujący mecz w Fox Sports News Bill McDonald rozpoczął transmisję ze zdecydowanie większą werwą niż koszykarze Los Angeles Lakers grę. Jeden z najsłynniejszych meczów w historii koszykówki przez praktycznie całą pierwszą połowę był przeciętnym widowiskiem o dość niskiej temperaturze.

Zresztą, raczej nikt się niczego spektakularnego nie spodziewał. Mecz przeciętnych Lakers (bilans 21-19) ze słabymi Raptors (14-26) był w głębokim cieniu sportowego wydarzenia niedzieli – spotkania Seattle Seahawks z Pittsburgh Steelers, którego stawką był awans do Super Bowl. Joel Meyers, regularny komentator meczów Lakers, udał się właśnie do Seattle, by zrealizować relację radiową, piszący o zespole w "Los Angeles Times" Mark Heisler wziął wolne, w Staples Center nie było też najsłynniejszego fana Lakers Jacka Nicholsona.

Raptors nie zwracali na to uwagi. Zaczęli odważnie, momentami grali efektownie, a Lakers nie tylko nie potrafili, co przede wszystkim nie chcieli im przeszkodzić. Bo jeśli pierwszy faul w meczu popełniasz dopiero pięć sekund przed końcem pierwszej kwarty, to znaczy, że walczyć ci się po prostu nie chce.

Dlatego Raptors prowadzili. 21:11, 40:29, 58:42… A Lakers momentami grali strasznie. Kwame Brown dwa razy z rzędu popełnił błąd trzech sekund, Sasha Vujacić z narożnika trafił w kant tablicy, Lamar Odom sprawiał wrażenie, jakby na niczym mu nie zależało. – Phil Jackson patrzy na to z ławki rezerwowych i zastanawia się: co złego dzieje się z moim zespołem? – mówił na początku drugiej kwarty ekspert Fox Sports News Stu Lantz. Apatia na twarzach koszykarzy i trenerów, cisza w Staples Center mówiły wiele.

Kobe Bryant na zakręcie. "W jakim kierunku zmierza jego życie?"

Do przerwy Lakers przegrywali 49:63, Kobe miał 26 punktów. Początkowo doskwierał mu ból kolana, ale i tak zdobył ponad połowę dorobku Lakers. Wcale nie było jednak tak, że trafiał seriami i dokonywał cudów. Swoje punkty ciułał, w bezbarwnej drużynie był jedynym, który wybijał się ponad przeciętność. Po dwóch kwartach jego dorobek był okazały, ale jednocześnie nie robił wyjątkowego wrażenia. Fox Sports News na moment połączyła się z siedzącym na trybunach komikiem Chrisem Rockiem. – Czy Kobe Bryant to najlepszy gracz w lidze? – zapytali go komentatorzy. – Jest całkiem dobry. Jest najlepszym graczem ligi ze słabego zespołu. Ze wszystkich zawodników kiepskich drużyn, on jest najlepszy – odpowiedział Rock wzbudzając ogólną wesołość komentatorów.

Wypowiedź komika była żartobliwa, ale równocześnie niedaleka od prawdy. Kobe z sezonu 2005/06 to nie był ten powszechnie uwielbiany i szanowany mistrz z kolejnej dekady. To był Kobe ze swojego najtrudniejszego okresu w karierze – poprzednie, nieudane lata zachwiały nieco jego pozycją.

W skrócie: w 2004 roku faworyzowani Lakers przegrali 1-4 finał NBA z Detroit Pistons – Bryant grał w nim słabo, w trzech ostatnich meczach miał 19/59, czyli tylko 32 proc. z gry. Po tym zawodzie drużyna się rozpadła, odeszli Shaquille O’Neal i Phil Jackson. Ten drugi od razu wydał książkę "Ostatni sezon", w której o Bryancie napisał, że jest koszykarzem "nietrenowalnym". W 2005 roku Kobe po raz pierwszy nie zagrał w play-off, a na dodatek wciąż ciągnął się za nim smród oskarżenia o gwałt.

- W ciągu roku przeszedłem drogę od osoby, która ma absolutnie wszystko, jest u szczytu możliwości, do kogoś, kto nie wie w jakim kierunku zmierza jego życie i czy w ogóle będzie dalej częścią tej rzeczywistości, którą zna do tej pory – wspominał potem środek pierwszej dekady XX wieku.

Bryant się męczył – w życiu i na parkiecie. W Lakers, biorąc pod uwagę gwiazdorską historię klubu, miał obok siebie - mówiąc brzydko, ale trafnie - skład węgla i papy. W pierwszej piątce wychodzili Smush Parker, Lamar Odom, Kwame Brown i Chris Mihm, z ławki wspierali ich Devean George, Luke Walton, Brian Cook i Sasha Vujacić. Oglądanie Lakers bywało męczarnią. Zresztą, w dużej mierze było to oglądanie Bryanta, a nie zespołu.

"On już nie gra w koszykówkę, tylko w coś bliższego golfowi"

I w dużej mierze dlatego, że Kobe był jedynym klasowym graczem Lakers, sezon 2005/06 był dla niego najlepszym, jeśli chodzi o zdobywanie punktów. Średnia z całych rozgrywek dobiła do 35,4 na mecz, na przełomie roku Bryant wszedł na wręcz kosmiczny poziom. 20 grudnia przeciwko Dallas Mavericks rzucił 62 punkty przez trzy kwarty – potem stwierdził, że grać już nie musi, bo wynik jest rozstrzygnięty. Na początku stycznia miał cztery spotkania, w których zdobywał kolejno 48, 50, 45 i 41 punktów. Trzy dni przed meczem z Raptors zdobył 51 w Sacramento.

 

Liczby robiły wrażenie. Jednocześnie psuł je trochę egoizm Bryanta, który momentami wydawał się grać poza zespołem. Jasne, czasem musiał brać wszystko na siebie, żeby Lakers wygrywali, ale nie było tak, że jego punktowe popisy wzbudzały tylko bezkrytyczny podziw. Kiedy 29 listopada po meczu w San Antonio, w którym miał słabiutkie 9/33 z gry, powiedział, że "jego pudła były okazją dla kolegów, by powalczyć na deskach" odebrane to zostało jako przejaw aroganckiego podejścia do partnerów z boiska.

– A do kogo miałem podawać – do Kwame Browna czy Chrisa Mihma? – kpił po latach z anonimowości kolegów z drużyny. O Smushu Parkerze, który był jego ulubionym chłopcem do bicia, mówił: – Jest najgorszy. Nie powinien nigdy trafić do NBA. Ale nie mieliśmy kasy na porządnego rozgrywającego, więc pozwoliliśmy mu zostać.

Skomplikowana osobowość Bryanta zachęcała publicystów do głębokich analiz. "Kobe uwierzył w to, że cały świat jest przeciwko niemu. Koszykarze, trenerzy, menedżerowie, media, kibice, przyjaciele, obcy. Wydaje mu się, że wszyscy chcą go dopaść, wszyscy czekają na jego upadek" – pisał w ESPN znany dziennikarz Scoop Jackson. "On już nie gra w koszykówkę, tylko w coś bliższego golfowi. Nie w tym sensie, że gra sam, tylko dlatego, że rzuca wyzwanie samej grze".

I nawet jeśli te konstrukcje były przesadzone, a Kobe jako koszykarz wciąż był wielki, to jednak w sezonie 2005/06 coraz częściej zerkano w stronę młodszych gwiazd, szturmujących NBA LeBrona Jamesa czy Dwyane Wade’a. Kobe już dawno nie był cudownym dzieckiem, a jednocześnie wciąż nie był tym dojrzałym zwycięzcą, którym jawił się na zakończenie kariery. Był na zakręcie – osamotniony, wyklęty, sam przeciwko wszystkim.

Zaczęło się! 10 punktów w dwie minuty i "Born to be wild"

Ale 22 stycznia Lakers potrzebowali właśnie takiego Kobego. - 14 punktów różnicy – czy to strata, którą Kobe Bryant może odrobić sam? – pytał w przerwie meczu prowadzący studio Michael Eaves. – Nie, nie da rady – odpowiedział siedzący obok ekspert Jack Haley, były koszykarz NBA.

Pierwszą trójkę w drugiej połowie Kobe spudłował. Po chwili nie trafił też dalekiego rzutu za dwa. A Raptors wykorzystali dwie próby z dystansu – najpierw trafił rewelacyjnie grający od początku spotkania Mike James, a potem trzy punkty dorzucił Matt Bonner. Goście prowadzili 69:51, mieli 9/12 za trzy, a kibice w Staples Center przestali być cicho. Coraz głośniej wyrażali dezaprobatę wobec miernej gry Lakers.

No i wtedy się zaczęło! W dwie minuty Kobe zdobył 10 punktów, po chwili dorzucił trzecią trójkę w kwarcie. Zrobiło się 65:75, Bryant miał już 41 punktów, trener Raptors Sam Mitchell poprosił o czas. Gdy koszykarze wracali na boisko, z głośników leciało "Born to be wild", a w momencie, w którym kamery pokazały Bryanta, rockowy hit był wyciszany na wersie "Yeah, darlin’ gonna make it happen". Ale chyba nikt nie spodziewał się, co może się wydarzyć.

Chwilę później Kobe trafił jeden z najtrudniejszych rzutów w tym meczu. Na prawym skrzydle grał jeden na jednego z Morrisem Petersonem, najlepszym obwodowym obrońcą Raptors. Zakozłował w kierunku linii końcowej, ale rywal był blisko. Peterson nie zareagował na pierwszy zwód, skoczył pionowo przy drugim, lewą rękę opuścił dopiero przy trzecim zwodzie Bryanta. Sędziowie gwizdnęli faul, ale piłka i tak czyściutko wpadła do kosza.

 

"Czarna Mamba" na polowaniu. A Raptors nie podwajali

I tak z akcji na akcję, z minuty na minutę, niezależnie od tego, czy Bryanta pilnował Peterson, Joey Graham, Jalen Rose czy Jose Calderon, zaczynał się show. Lakers odrabiali straty, na prowadzenie 87:85 wyszli na po ciężko wywalczonym przechwycie i wsadzie Bryanta. Po trzech kwartach gospodarze mieli już sześć punktów przewagi, a Kobe miał 58 punktów.

- I w ogóle się nie odzywał, nic nie mówił. Żadnej brudnej gadki, żadnej reakcji. W ogóle nie dał po sobie poznać, że chodzi o niego – wspominał potem Jalen Rose.

- Nasza strategia gry w obronie była frustrująca – dodawał Mike James. - Trener powtarzał, że mamy nie podwajać Bryanta, to nie podwajaliśmy. Ale może to był właśnie ten mecz, w którym powinniśmy się zbuntować i zagrać wbrew trenerowi? Może raz lub dwa razy powinniśmy Kobego przewrócić i poturbować? Tak, żeby wysłać sygnał, że nie będzie mu łatwo.

- Pamiętam, że trener w pewnym momencie powiedział: "A niech rzuci nawet 100 punktów. Liczy się tylko to, czy wygramy mecz, czy nie" – wspominał Bonner.

Raptors się jednak przeliczyli. "Czarna Mamba", groźny, jadowity wąż, był już tak rozjuszony, że przeciwnik nie miał szans.

Bryant, Jordan, Baylor… "Co jest, do cholery?"

W czwartej kwarcie mało kto zwracał jeszcze uwagę na wynik. Przewaga Lakers rosła i liczył się tylko Kobe, który pobijał kolejne rekordy. Z rytmu nie wybił go faul techniczny, który dostał za pretensje po tym, jak Peterson przypadkowo trafił go palcem w oko, a sędziowie nie odgwizdali faulu.

Swój własny rekord – 62 punkty z meczu z Mavericks – poprawił rzutami wolnymi na sześć minut przed końcem spotkania. Trzy rzuty, trzy celne – 62, 63, 64.

Rekord Michaela Jordana – gracza, na którym Kobe nałogowo się wzorował – pobił trójką na cztery minuty i 52 sekundy przed końcem. Celny rzut pozwolił mu dobić do 70 punktów, Jordan w swoim rekordowym meczu zatrzymał się na 69.

Niespełna pół minuty później Bryant trafił z półdystansu i poprawił klubowy rekord Lakers – niemal pół wieku wcześniej 71 punktów dla klubu, który właśnie przeprowadził się z Minneapolis, rzucił Elgin Baylor.

- Patrzyłem na tablicę wyników i wydawało mi się, że jego punkty nie są dodawane, tylko mnożone. Pamiętam swoją myśl: "Co jest, do cholery? Przebiegłem boisko dwukrotnie, a on z 50 punktów skoczył do 60" – wspominał Chris Bosh, wówczas młody lider Raptors.

 

"Panie i panowie, proszę zachować bilety"

W samej końcówce spektakularnych trafień nie było – wynik dawno był rozstrzygnięty, a Kobe dorzucał kolejne punkty z linii rzutów wolnych. On szukał fauli, a bezradni, zrezygnowani już rywale, faulowali go często.

W ostatnich sekundach intencjonalnego przewinienia domagali się też komentatorzy. - Sfaulujcie, niech ktoś sfauluje! Musi być owacja na stojąco! Faulujcie, weźcie czas! – ekscytowali się za mikrofonami. Faulu ostatecznie nie było, czasu też nie, ale Raptors wyrzucili piłkę na aut na 4,2 sekundy przed końcem.

Schodząc z boiska, Kobe podniósł na chwilę prawą rękę z wyciągniętym w górę palcem wskazującym, potem otrzymywał gratulacje od kolejnych zawodników Lakers, poklepał po plecach Phila Jacksona. Na twarzy rekordzisty rysowało się zmęczenie wymieszane ze wciąż obecną koncentracją. Uśmiech, ten firmowy uśmiech Kobego, pojawił się dopiero podczas rozmowy przed kamerą.

Wstrząsające wyznanie byłego reprezentanta Polski. Opowiedział o swoim alkoholizmieWstrząsające wyznanie byłego reprezentanta Polski. Opowiedział o swoim alkoholizmie

Kibice w Staples Center byli w amoku. – Panie i panowie, proszę zachować bilety na dowód, że doświadczyliście czegoś niezwykłego – powiedział spiker Lawrence Tanter. – Na trybunach siedział mój młodszy brat, widziałem jak kibicuje Kobemu – opowiadał ówczesny rozgrywający Raptors Darrick Martin. – W trakcie meczu posłałem mu ostre spojrzenie, a on wzruszył ramionami i krzyczał "Kobe! Kobe!". Po meczu powiedziałem, że już nigdy nie załatwię mu biletów. A on odpowiedział: "Mam bilet z jednego z najsłynniejszych meczów w historii, reszta mnie nie obchodzi".

Refleksje po latach. "Wiem, że mogłem zdobyć 100 punktów"

Kobe tuż po meczu mówił głównie o tym, że zrobił wszystko, by zespół wygrał – ostatecznie było 122:104 dla Lakers. Głębsze refleksje przychodziły z czasem. – To był pierwszy i jedyny mecz NBA, który na żywo obejrzała moja babcia. Na dodatek tego dnia były urodziny mojego zmarłego dziadka. Nie wiem, czy to on zadbał o to tam na górze, żeby moje rzuty wpadały do kosza. Ale to on przysyłał mi kasety wideo z meczami do Włoch, gdy byłem mały – wspominał Kobe, który – jako syn koszykarza – dorastał w Italii.

- Wiem, że wiele osób uzna, że jestem szalony, ale zdobycie 81 punktów nie było dla mnie zaskakujące – dodawał w tej samej rozmowie z ESPN. – Nie odbierajcie mnie jako aroganta, po prostu zrozumcie, że w wieku 27 lat i w szczycie formy fizycznej, nie było to dla mnie nic dziwnego. Całe lato pracowałem nad kondycją, byłem w formie, na treningach oddawałem tysiące rzutów. Nic dziwnego, że zdobyłem 81 punktów.

- Zawsze uważałem, że zdobycie 80 punktów w meczu jest możliwe. Podobnie jak 90. Podobnie jak 100 – mówił. – W tamtym meczu przesiedziałem na ławce pierwsze sześć minut drugiej kwarty. W ich trakcie mogłem rzucić 14-15 punktów i grając tak, jak grałem, na luzie dobiłbym do 40 punktów przed przerwą.

A w siódmą rocznicę rekordu napisał na Twitterze tak: "Oglądając ten mecz, patrząc na to, jak wiele łatwych rzutów spudłowałem, wiem, że mogłem zdobyć 100 punktów".

Czyj mecz był lepszy – Wilta czy Kobe?

22 stycznia 2006 roku Kobe Bryant trafił 28 z 46 rzutów z gry, miał 7/13 za trzy. Do tego dodał 18/20 z linii. Grał przez 42 minuty. W kolejnych kwartach rzucał 14, 12, 27 i 28 punktów.

Suma – 81 – dała mu drugie miejsce na liście wszech czasów. I pobudziła wyobraźnię do porównań osiągnięcia Kobe z rekordem Wilta Chamberlaina. Niemal pół wieku wcześniej, 2 marca 1962 roku, legendarny środkowy zdobył 100 punktów w meczu jego Philadelphia Warriors przeciwko New York Knicks.

Suche liczby pola do dyskusji nie zostawiają – Chamberlain był lepszy od 19 punktów. Tylko i zarazem aż 19 punktów. Ale jeśli sięgnąć głębiej i zastanowić się, co było trudniejsze…

Wilt w swoim rekordowym meczu grał przez pełne 48 minut – Kobe o sześć krócej. Chamberlain oddał 63 rzuty – Bryant o 17 mniej. "Szczudło" miał 32 rzuty wolne – "Czarna Mamba" zatrzymał się na 20. Wreszcie Wilt miał 213 cm wzrostu i samymi warunkami fizycznymi dominował nad rywalami – o 15 cm niższy Kobe ze swoimi parametrami był w NBA jednym z wielu.

Chamberlain miał trudniej. Nie, to Bryant miał trudniej!

Ale największym argumentem dla tych, którzy twierdzili, że rekordowy mecz Bryanta był lepszy niż historyczne osiągnięcie Chamberlaina, był przebieg spotkania. Kobe na wyżyny umiejętności wszedł w momencie, w którym zespół przegrywał różnicą 17 punktów, jego znakomita dyspozycja pomogła wygrać drużynie mecz.

Natomiast Wilt rekord śrubował w spotkaniu rozstrzygniętym – po trzech kwartach jego Warriors mieli 19 punktów przewagi. Uczestnicy tamtego meczu wspominali po latach, że w czwartej cel był już tylko jeden – pomóc Chamberlainowi dobić do setki. Koledzy zrezygnowali z łatwych punktów spod kosza, w każdej akcji podawali do Wilta, specjalnie faulowali rywali, żeby jak najszybciej przejąć piłkę.

 

Argumentami można się przerzucać. Obserwatorzy meczu Warriors – Knicks wspominają, że Chamberlain od początku był podwajany, potem potrajany, a następnie intencjonalnie faulowany i, mimo niewątpliwej przewagi fizycznej, na kolejne punkty musiał się napracować bardziej niż Bryant, którego Raptors nie podwajali w Los Angeles ani przez moment.

Z drugiej strony – Chamberlain jako środkowy często dostawał piłkę pod kosz i wykańczał akcje. Nie musiał – jak Bryant – kreować sobie pozycji do rzutu, dryblować, szukać luk w obronie przeciwnika. Na dodatek miał więcej okazji na punkty, bo w latach 60. gra była dużo szybsza niż na przełomie wieków. Jeśli chodzi o tempo gry, które przekłada się na liczbę posiadań piłki, sezon 2005/06, w którym rekord ustanowił Bryant, był jednym z najwolniejszych w historii.

"Sąd najwyższy podtrzymałby sprzeciw wobec tak zadanego pytania"

Dyskusje są pasjonujące, ale równocześnie akademickie i mają jeden feler. Nikt z nas tak naprawdę nie wie, jak wyglądał rekordowy mecz Chamberlaina. Spotkanie rozgrywano było w Hershey, kilkutysięcznej dziurze w Pensylwanii, nie rejestrowała go żadna telewizja, ostały się strzępki relacji radiowej. Na trybunach usiadły 4124 osoby, ale nawet naoczni świadkowie o jego przebiegu opowiadali inaczej - istnieją choćby różne wersje tego, w jaki sposób padły setne punkty. Wiele mówi się także o zużytych, rozregulowanych obręczach, które "przyjmowały" większość rzutów. To zresztą jedno z tłumaczeń znakomitej skuteczności Chamberlaina z wolnych – w całej karierze miał marne 51 proc. z linii, w Hershey zaskakujące 87 proc. (28/32).

I jeśli rekordowy mecz Chamberlaina jest legendą opartą na faktach, tak 81 punktów Kobe Bryanta jest czymś namacalnym, przebadanym i udowodnionym. To o tym spotkaniu można powiedzieć, że pod względem indywidualnej zdobyczy jest najbardziej niesamowitym, jaki widział świat. Wszystkie kosze Bryanta ze spotkania przeciwko Raptors można zobaczyć z kilku kamer, a "Sports Illustrated" zrobił nawet ich ranking - uszeregował i opisał wszystkie trafienia, od najzwyklejszych, do najbardziej niesamowitych.

Shawn Bradley-Accident BasketballMa 229 cm wzrostu i jest sparaliżowany. Żona kładzie mu frytki na brzuch. "Jedz"

Kto zatem rozegrał lepszy mecz – Chamberlain zdobywając 100 punktów, czy Bryant rzucając 81? - Myślę, że gdyby istniał koszykarski sąd najwyższy, to podtrzymałby sprzeciw wobec tak zadanego pytania. Porównanie jest po prostu niemożliwe – stwierdził Joe Ruklick, były koszykarz Philadelphia Warriors, który zaliczył asystę przy setnych punktach Chamberlaina.

Ma rację. Ale rozprawa jest w toku.

Więcej o: