Koszykarz-eksplozja skacze po głowach całej NBA. Został odkryty, bo trener zgłodniał

Łukasz Cegliński
Jest szybki, skuteczny i szalenie efektowny. Lubi negatywne emocje, bo jego pierwszym hejterem był ojciec. Zauważono go przypadkiem, teraz uwielbia go cały koszykarski świat. - Ten dzieciak, Ja Morant, gra tak, jakby wierzył, że jest najlepszym graczem NBA - stwierdził ostatnio Shaquille O'Neal.

Na imię ma Temetrius, ale wszyscy mówią na niego Ja, zdrobnieniem od Jamel, imienia nr 2. Ma 22 lata i 191 cm wzrostu, choć optycznie powiększają go dredy upięte na czubku głowy. Ma bardzo szybki pierwszy krok, znakomite czucie piłki, odwagę podczas atakowania obręczy i niesamowity wyskok. Amerykanie idealnie podsumowują te cechy określeniem "explosiveness", które oznacza wybuchowość. I Morant rzeczywiście potrafi na boisku wybuchnąć.

Kompilacji jego najlepszych zagrań z niespełna trzech sezonów w Memphis Grizzlies jest mnóstwo, ale za przykład mogą posłużyć dwa, z niedawnego spotkania z Los Angeles Lakers. Mistrzowie ligi z 2020 roku w tym sezonie słabują, zajmują dopiero ósme miejsce na zachodzie NBA, ale wizyta w Staples Center i mecz z zespołem LeBrona Jamesa to zawsze wyzwanie i nobilitacja.

Morant nie zagrał w Los Angeles wybitnego meczu – zdobył 16 punktów, zaliczył siedem asyst. Jak na jego standardy – niewiele. Ale dwiema akcjami zrobił taki show, że mówili o nim wszyscy. W pierwszej połowie w nieprawdopodobny sposób zablokował rzucającego z kontry Avery’ego Bradleya – Morant obiema rękami przybił piłkę do tablicy, a skoczył przy tym tak wysoko, że łokciem i czołem uderzył w jej dolną krawędź. A potem, jak gdyby nigdy nic, pobiegł do kontry.

 

W drugiej połowie Morant swój niesamowity wyskok zaprezentował w ataku. W kontrze Grizzlies biegł po lewym skrzydle i po otrzymaniu podania wsadził piłkę z powietrza, skacząc tak wysoko, że musiał uchylić głowę, by nie uderzyć się w obręcz. Zespół z Memphis wygrał spotkanie 114:109 i umocnił się w czołówce NBA.

 

Gra jak młody Derrick Rose. "Jakby wierzył, że jest najlepszym graczem ligi"

Talent Moranta nie eksplodował w tym sezonie. W 2020 roku rozgrywający Grizzlies został wybrany najlepszym debiutantem NBA, w zeszłorocznym play-off potrafił rzucić 47 punktów Utah Jazz. Ale to, co robi wrażenie, to rozwój Moranta – w tym sezonie zdobywa już średnio po 25,1 punktu na mecz. W środowym spotkaniu z broniącymi tytułu Milwaukee Bucks rzucił 33 i miał 14 asyst, w piątkowym starciu z Denver Nuggets zdobył 38 punktów. Grizzlies po wygraniu 13 z ostatnich 15 spotkań mają trzeci najlepszy bilans w całej NBA (32-16).

Zespół z Memphis jest groźny dla najlepszych i gra trochę tak, jak Morant. Twardo. Fizycznie. Agresywnie. Szybko. Grizzlies zdobywają najwięcej punktów w lidze z kontry, ale także z pola trzech sekund. A Morant, mimo że gra na pozycji rozgrywającego, też rzuca dużo punktów z bliższej odległości. Mija rywala w pierwszym kroku i wybiera opcję - wejście pod samą obręcz lub zatrzymanie. Jeśli wybiera tę drugą, to zatrzymuje się tak, jakby zaciągał hamulec ręczny, wyskakuje wysoko w górę i jedną ręką wypycha piłkę w kierunku obręczy. Takie akcje często są nie do zatrzymania.

Takie akcje prezentował młody kiedyś Derrick Rose z Chicago Bulls, do którego chyba najłatwiej porównać Moranta. Rose w 2011 roku został najmłodszym MVP ligi, miał wówczas niespełna 23 lata. Morant będzie miał tyle po zakończeniu obecnych rozgrywek, a w gronie kandydatów do nagrody MVP wymienia się go coraz odważniej.

- Ten dzieciak, Ja Morant, gra tak, jakby wierzył, że jest najlepszym graczem ligi – stwierdził ostatnio Shaquille O’Neal.

Shawn Bradley-Accident BasketballMa 229 cm wzrostu i jest sparaliżowany. Żona kładzie mu frytki na brzuch. "Jedz"

James Kane nagle zgłodniał. I tylko dlatego zobaczył Moranta

W historii Moranta najciekawsze jest to, że został zauważony przypadkiem. Gdy kończył liceum w 40-tysięcznym mieście Sumter w Karolinie Południowej, niewielu o nim słyszało. Moranta nie było w rankingach kandydatów do najlepszych drużyn NCAA. I kto wie, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby James Kane, asystent trenera uczelni Murray State, nagle nie zgłodniał.

Było lato 2016 roku, Kane jechał przez kilka godzin do Spartanburga na pokazowy kamp dla zawodników kończących liceum. Jechał obserwować Tevina Browna, wytypowanego wcześniej kandydata do Murray State. W pewnym momencie wyszedł z głównej sali, żeby poszukać czegoś do jedzenia. I tak chodząc korytarzami budynku, usłyszał, jak w jednej z mniejszych sal ktoś też gra w kosza.

Zajrzał i oniemiał. Wystarczyło mu pięć minut obserwowania gierki trzech na trzech, by dostrzec, że dzieciak, o którym nigdy wcześniej nie słyszał, to brylant. Kane zapomniał o głodzie i od razu zadzwonił do Matta McMahona, trenera Murray State. – Powiedział mi: "Ten dzieciak będzie zawodowcem". Następnego dnia wsiadłem w samochód i pojechałem go oglądać – wspominał McMahon.

Wstrząsające wyznanie byłego reprezentanta Polski. Opowiedział o swoim alkoholizmieWstrząsające wyznanie byłego reprezentanta Polski. Opowiedział o swoim alkoholizmie

Morant trafił na Murray State, gdzie szybko zaczął robić furorę. W drafcie 2019 roku został wybrany z nr. 2, tylko za Zionem Williamsonem, który wówczas wydawał się fenomenem, kandydatem na następcę LeBrona Jamesa.

Dziś więcej niż o grze Williamsona mówi się o jego kolejnych kontuzjach i widocznej nadwadze. A Morant rządzi.

Tata jak hejter. "Dobra robota. Ale i tak jesteś leszczem"

W jego rozwoju jest jednak coś stałego i nieprzypadkowego. To rola, którą pełnił Tee Morant, jego ojciec. Kiedyś także koszykarz, szkolny kolega Raya Allena, który miał szansę grać zawodowo w Europie, ale skończył karierę, gdy Jamie, jego partnerka, zaszła w ciążę z Ja. Tee zaczął pracować jako golibroda, a potem próbował rozwinąć i pasję i koszykarskie umiejętności syna.

Jeśli chodzi o motywowanie - w nietypowy sposób. Tee Morant nigdy nie wyrażał zadowolenia i zawsze krytykował syna. Ja wspominał potem choćby moment, w którym otrzymał nagrodę debiutanta roku. Ojciec zadzwonił i powiedział: "Dobra robota. Ale i tak jesteś leszczem".

Syn z takich uszczypliwości nic już sobie nie robi, przyzwyczaił się. Mało tego, chwali sobie takie podejście ojca. - Kocham negatywne emocje, one mnie motywują. Jak ktoś mówi, że jestem za niski, że nie umiem rzucać, że z czymś sobie nie poradzę. Nie przeszkadza mi to wcale, mój tata był moim pierwszym hejterem. Jeśli przyjmowałem krytykę od niego, to mogę ją przyjąć od każdego – mówił tuż przed tym, jak trafił do NBA.

Dziś Ja Morant idzie już swoją ścieżką. Jest liderem Grizzlies, który z niedocenianego zespołu środka tabeli, zmieniają się w czołową ekipę ligi. Czy już gotową na sukcesy? Od końca stycznia drużyna z Memphis wygrywała praktycznie z całą czołówką – Grizzlies zwyciężali Phoenix Suns, Golden State Warriors, Brooklyn Nets czy Chicago Bulls. Wybuchowy Ja daje nadzieję, że to nie koniec.

 
Więcej o: