Ma 229 cm wzrostu i jest sparaliżowany. Żona kładzie mu frytki na brzuch. "Jedz"

Piotr Wesołowicz
- Czasem myślę, że może byłoby lepiej, gdyby to się już skończyło - mówi Shawn Bradley, były koszykarz NBA, który rok temu uległ wypadkowi i jest sparaliżowany od klatki piersiowej w dół.

Do wypadku doszło w styczniu 2021 r., choć sprawa wyszła na światło dzienne dopiero kilka miesięcy później. Rok po wypadku z 48-letnim Bradleyem – w przeszłości jednym z najbardziej rozpoznawalnych i wzbudzających sympatię graczy w lidze – rozmawiali dziennikarze "Sports illustrated".

Zobacz wideo "Djoković jest największym sportowcem w naszym kraju. Wszyscy jesteśmy po jego stronie"

Ostatnie kroki na parkiecie Bradley postawił 20 maja 2005 r. Odchodząc na emeryturę w wieku 33 lat, nie miał prawa być usatysfakcjonowany - zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt, że w 1993 r. został wybrany przez 76ers z drugim numerem draftu, a dodatkowo posiadał wielki – dosłownie – atut: 229 cm wzrostu.

Bradley patrzył w niebo. Poleceń słuchały tylko oczy

Po 12 latach gry w najlepszej lidze świata musiał zmierzyć się z życiem po życiu. 20 stycznia 2021 r., w wieku 48 lat, rozpoczął kolejny etap, którego się jednak nie spodziewał. Tego dnia postawił ostatni krok w życiu.

Tamto popołudnie Bradley spędził jak wiele poprzednich – wsiadając na wykonany na specjalne zamówienie rower. Obiecał sobie, że nie przesiedzi emerytury na kanapie, nie pozwoli, by jego ciało stało się słabe, zwiotczałe. W trakcie jednej wycieczki potrafił przejechać nawet ponad sto mil.

Tym razem już wracał. Tuż przed zjazdem z ronda, kilka przecznic od domu w St. George w stanie Utah, zauważył zaparkowane na poboczu auto. Musiał wyminąć je delikatnie z lewej strony. Trzymając się maksymalnie prawego pasa, zasygnalizował ręką, że odbija w lewo.

Nazwiska kobiety, która go potrąciła, Bradley nigdy nie zdradził, nie chcąc narażać jej na ostracyzm. Była zamyślona, jechała odebrać dziecko ze szkoły. Wjechała Bradleyowi w plecy, a siła pchnęła go w kierunku zaparkowanego przy poboczu auta. Najgorsze nastąpiło po chwili – dźwignia prawego hamulca zahaczyła o bok auta, przednie koło się zablokowało, a szarpnięcie wyrzuciło Bradleya z siodełka. Uderzył głową o asfalt, a jego kask złamał się pod naciskiem 136 kg.

Jak Bradley opowiedział "SI", był na tyle przytomny, by patrzeć w niebo i móc sprawdzać życiowe funkcje. Nie mógł poruszać ani rękoma, ani nogami. Nie kontrolował oddechu, po chwili nabieranie powietrza zaczęło go potwornie męczyć, bał się, że się udusi. Jedynie oczy słuchały jego poleceń.

Diagnoza lekarzy, którzy zoperowali go jeszcze tego samego dnia, była wstrząsająca: uszkodzenie rdzenia kręgosłupa, a w konsekwencji – utrata czucia i funkcji od górnej części klatki piersiowej w dół.

Uraz rdzenia kręgowego oznacza nie tylko częściowy paraliż ciała, ale i wyższe ryzyko wielu chorób – zapalenia płuc, zakrzepicy, odleżyn. W przypadku Bradleya dodatkowym kłopotem jest to, co przed laty na parkietach NBA było wielkim atutem – wzrost. Jak wykazały badania, w przypadku mężczyzny o tak ekstremalnym wzroście istnieje dużo większe ryzyko problemów sercowo-naczyniowych.

Lekarze twierdzą, że w przypadku urazu rdzenia kręgowego pacjenci największe postępy czynią do sześciu miesięcy po wypadku. Podobnie było w przypadku Shawna Bradleya. Początkowo były gracz nie mógł samodzielnie zjeść posiłku, napić się wody, czy chwycić za telefon. Kiedy po kilku tygodniach, zmęczony, zirytowany i pozbawiony motywacji poprosił żonę Carrie o porcję McDonalda, ta położyła mu frytki na brzuch. "Masz ochotę? To jedz" – zmotywowała go, jak niegdyś trenerzy na koszykarskich parkietach. Stopniowo i z ogromnym bólem, ale Bradley sięgał po kolejne frytki. To był jego pierwszy samodzielny kęs od tygodni. Dziś – kiedy od wypadku mija niespełna rok – Bradley może korzystać już z widelca, czy operować telefonem. Słowem – odzyskał nieco niezależności.

"Miewam myśli samobójcze. Ale nie działam z nimi w zgodzie"

Ale to nie jest bajka z happy-endem. Na więcej Bradleya nie stać. To żona musi go karmić i myć, a przecież – jak pisze "SI" – sama noga byłego sportowca waży więcej, niż Carrie. Żona mówi wprost, jak duży ból sprawia jej zatarcie się granicy między byciem żoną a opiekunką. Niedawno spróbowali wybrać się na randkę do kina – oboje okupili to wysiłkiem fizycznym, ale i emocjonalnym. 

Dziś cel rehabilitacji jest jasny – pomóc Bradley'owi przesiąść się z łóżka na wózek. Terapia toczy się w ogromnych bólach. Bradley delikatnie może poruszyć już prawym ramieniem, walczy, by to samo zrobić z lewą częścią swego ciała.

Zwykle leczenie takiego urazu to koszt nawet kilku milionów dol. przez całe życie. Bradley – w swym nieszczęściu – ma jednak przewagę nad zwykłymi śmiertelnikami – w trakcie kariery w NBA zarobił niemal 70 mln dol.

Pieniądze nie oddadzą mu już jednak nigdy pełni zdrowia. – To dla mnie największe wyzwanie. Wspominanie, jak wspaniale było kiedyś, i nagłe uprzytomnienie sobie, że już nigdy tak nie będzie – mówi dziś Bradley.

Koledzy z dawnych czasów o nim nie zapomnieli. W połowie listopada odwiedził go Michael Finley – dziś wiceprezes do spraw koszykarskich w Dallas Mavericks, drużynie, w której grali obaj na początku wieku. Finley śmiał się przez łzy, że nigdy nie patrzył z góry na mierzącego 229 cm Bradleya. Zresztą – gdy Carrie poprosiła, by Finley stanął przy Bradleyu do zdjęcia, ten na chwilę ją powstrzymał. Z trudem nacisnął guzik, który sprawił, że do wspólnego zdjęcia przynajmniej wyprostował plecy.

Bradley dodaje, że miewa myśli samobójcze. – Czasem myślę, że może byłoby lepiej, gdyby to się już skończyło. Nie działam zgodnie z tymi myślami. Ale one mnie nachodzą – mówi koszykarz, który w ramach pracy społecznej chce uświadamiać rowerzystów, jak bardzo muszą być uważni na drogach.

Więcej o: