"Kubek piwa zmienił wszystko". Dantejskie sceny i śledztwo dłuższe niż przy morderstwie

Po tym, co stało się 17 lat temu w The Palace, NBA zabroniła sprzedaży alkoholu po trzeciej kwarcie. Ale po największej awanturze w historii ligi - gdy w hali w Detroit wybuchła mikstura alkoholu, depresji, frustracji i boiskowej agresji - już nic nie było takie samo.

- Dzień dobry, tu numer 911. – Ktoś musi przyjechać do The Palace i musi się pośpieszyć. – Dobrze, mamy… - Oni się biją! – Zawodnicy? – Pośpieszcie się! – OK, nasi ludzie są już w drodze. - Pośpieszcie się, proszę.

W głosie dzwoniącej kibicki były trwoga i strach, które wykluczały potrzebę dalszej dyskusji. To, co obserwowała na trybunach, wykraczało dalece poza wyobrażenie dotyczące meczu koszykówki.

"Teraz możesz wykonać ten swój faul"

Był 19 listopada 2004 roku. W położonej na obrzeżach Detroit hali trwał mecz Pistons, aktualnych mistrzów NBA, z Indiana Pacers, czołowym zespołem ligi. Kilka miesięcy wcześniej Pistons wyeliminowali Pacers 4-2 w finale Wschodu, dlatego pierwsze spotkanie od tamtej serii było dla gości z Indianapolis prestiżowe. Zwycięstwem w Detroit Pacers chcieli wysłać mocny sygnał, że to oni są najlepszym zespołem w NBA i kandydatem numer jeden do mistrzostwa.

Do pewnego momentu ten sygnał wybrzmiewał głośno. Pacers dominowali, już przed przerwą mieli 20 punktów przewagi. Pistons walczyli, ale tego dnia rywale byli po prostu lepsi. W końcówce mecz był rozstrzygnięty – niecałą minutę przed końcem Pacers prowadzili 97:82.

Wtedy do skrzydłowego gości Rona Artesta podszedł rozgrywający Jamaal Tinsley i powiedział: - Teraz możesz wykonać ten swój faul.

Kilkanaście sekund później zaczęła się największa bójka w historii NBA. A właściwie nie bójka, tylko zamieszki.

Stany depresyjne vs beczka prochu

O Ronie Arteście można napisać, że był młodszą wersją Dennisa Rodmana. Lepszy w ataku, równie dobry w obronie, mniej ekscentryczny, ale tak samo nieprzewidywalny. 19 listopada 2004 roku miał właśnie skończone 25 lat, 24 punkty zdobyte w kończącym się meczu z Pistons i zdiagnozowaną depresję.

Kilkanaście dni wcześniej Artest wprost mówił dziennikarzom, że chce przerwy, urlopu od koszykówki, ale właściwie, to chce po prostu robić to, na co w danym momencie ma ochotę. Chce zakończyć karierę. – Miałem lęki, serce mi waliło, nie potrafiłem tego kontrolować. To była depresja, lęk przed przyszłością – tłumaczył po latach w netfliksowym dokumencie "Malice at The Palace".

Zobacz wideo "UNTOLD Vol 1: Malice at the Palace" [ZWIASTUN]

W 2004 r. Artest chodził na terapię, przy zespole non stop był psychiatra, który w razie potrzeby odbywał z zawodnikiem specjalne sesje. Koledzy z drużyny widzieli, że coś jest nie tak, ale nie zdawali sobie sprawy, jak poważny i zdiagnozowany medycznie jest problem kolegi.

Tarcia w relacjach stawały się oczywiste, choć nie dla wszystkich były one istotne. - Wiedziałem, że Ron jest trochę dziwny, ale jednocześnie był znakomitym graczem. Dlatego nic poza koszykówką mnie nie obchodziło, niczego nie osądzałem. Poza tym ja też byłem dziwny. Całymi dniami paliłem zioło – przyznał po latach Stephen Jackson. On też był graczem z gatunku tych nieprzewidywalnych, z tzw. krótkim lontem.

Podminowanie Artesta i napięcia w zespole, przy okazji meczu w Detroit i oczywistej presji podyktowanej chęcią wygranej, zbiegły się z jeszcze jednym istotnym elementem. Może nawet elemencikiem, który w każdej innej sytuacji przeszedłby niezauważony, ale tu mógł mieć znaczenie – Ben Wallace, symbol twardej defensywy Pistons, właśnie stracił brata. – Czułem w sobie taką dziwną energię, która musiała znaleźć ujście w koszykówce. Byłem jak beczka prochu – wspominał Wallace.

Czas detonacji nastał 46 sekund przed końcem meczu.

Relaksacja, czyli prowokacja. "Gorsza niż faul"

- Teraz możesz wykonać ten swój faul – powtórzył Tinsley do Artesta, mając zapewne na myśli rewanż za jakieś twarde przewinienie z poprzedniego meczu z Pistons. I choć potem doszło do wielu pojedynczych zdarzeń i prowokacji, to te słowa były początkiem dramatu. – Po co on to w ogóle mówił?! Przecież Rona nie trzeba było namawiać do szaleństw – dziwił się po latach Jackson.

W akcji Pistons to właśnie on pilnował Wallace’a. Sfrustrowanego jak całe Detroit. Jackson rozsądnie odpuścił grę w obronie, pozwolił rywalowi wejść pod kosz. I wtedy z boku wyskoczył Artest, który popchnął będącego w powietrzu Wallace’a. Nie był to faul ostry czy specjalnie chamski. Ale był niepotrzebny. W końcówkach rozstrzygniętych spotkań takich rzeczy się po prostu nie robi. Wallace odczuł to jako zniewagę i wściekle ruszył w kierunku Artesta. Mocno go odepchnął i się zaczęło.

Początkowo nie działo się nic, co zapowiadałoby burdy na niespotykaną skalę. Owszem, doszło do dynamicznej przepychanki z udziałem kilku graczy obu drużyn, ale obyło się bez ciosów, a w obu zespołach znaleźli się koszykarze, którzy hamowali najbardziej zdenerwowanych kolegów i rywali. Ale skoro mierzą się dwie najtwardsze drużyny w lidze ze świeżą historią gorącej rywalizacji…

Artest wyluzował. W nietypowy sposób – położył się na bandach reklamowych przed stolikiem sędziowskim. – Byłem wtedy w czasie terapii. Jedną z metod, które ćwiczyłem, był odpoczynek i liczenie do pięciu. Gdy dzieje się coś złego, to zacznij liczyć, daj sobie czas na myślenie – tłumaczył jej założenia.

Wallace odebrał to jako prowokację. – To było gorsze niż faul – ocenił zachowanie rywala. Nie mogąc doskoczyć do Artesta, zaczął rzucać w jego kierunku opaskami i frotkami. Wciąż jednak wydawało się, że sytuacja jest pod kontrolą…

 

Piątek, piąteczek, Pistons

To był piątek, to było Detroit. Amerykańska stolica przemysłu motoryzacyjnego na początku XXI wieku była miastem chylącym się ku upadkowi – stawała się stolicą przemocy, bezrobocia i ubóstwa. Narastająca frustracja robotniczego miasta miała zapewne odzwierciedlenie w nastrojach kibiców – znanych od lat z impulsywności, hałasu, balansowania na granicy dobrego smaku.

Akurat w 2004 r. fani Pistons zostali dopieszczeni przez koszykarzy mistrzostwem NBA, co z drugiej jednak strony zmniejszało margines tolerowania porażki. W netfliksowym dokumencie Timothy Smith, dyrektor operacyjny The Palace na początku wieku, przyznawał: - W dniu meczu z Pacers planowaliśmy odebrać kilku kibicom ich sezonowe karnety. Mieliśmy dosyć ich zachowania.

Zachowania, które w piątek też bywało inne niż w pozostałe dni powszednie. Perspektywa wolnej soboty pozwalała wypić kilka piw więcej, grupy znajomych urządzały sobie przedmeczowy "biforek". Piątek, piąteczek, Pistons – hamulce puszczały.

No i John Green – do tego wieczoru kibic najbardziej przeciętny z przeciętnych, w koszulce i bejsbolówce Pistons i z kolejnym tego dnia piwem w ręce - w końcu nie wytrzymał.

To nie złośliwość, to zamieszki. A na parkiecie – trzech policjantów

Kubek z piwem leciał w kierunku Artesta długo. – Tak, jakby chciał, żeby go wszyscy widzieli – mówili potem koszykarze Pacers. Wysokim lobem, ze wsteczną rotacją, rozlewając piwo… Spadł prosto na tors leżącego przed sędziami stolikowymi Artesta.

I wtedy tak naprawdę zaczęło się to, co dziś znamy jako "Malice at The Palace". Ale umówmy się – to termin poetycki. "Malice", czyli "złośliwość", ładnie brzmi w połączeniu z "Palace", jednak bardziej adekwatny byłby termin "riot", czyli "zamieszki".

Artest ruszył na trybuny jak rażony prądem, przebiegł kilka rzędów w kierunku, z którego poleciało piwo. Ale nie wiedział, kogo szuka. Minął zaskoczonego Greena, zaczął bić kibiców, którzy stali obok niego. Jeden z nich wylał mu piwo na twarz, a po chwili sam przyjął cios od Jacksona, który podążył za kolegą z drużyny. Na trybuny przedzierał się Rasheed Wallace z Pistons, ale nieco szybsi byli ochroniarze, którzy sprowadzili Artesta na parkiet.

Porządkowi, w tym policja, nie panowały jednak nad tym, co się dzieje. Zresztą – jaka policja? W dokumencie "Malice at The Palace" pełniący służbę podczas meczu funkcjonariusze przyznawali, że na początku zamieszania na poziomie boiska było ich tylko trzech. – Był taki zamęt, że ktoś mógłby mi wyrwać broń z kabury – mówił jeden z nich.

Najlepsze pudło w karierze. "Gdyby trafił, ten kibic by nie żył"

Do tego na szczęście nie doszło, ale znaleźli się kibice, którzy wbiegli na parkiet. Podchmieleni, podburzeni reakcjami Bena Wallace’a, chcący odwetu na Arteście. Jeden z nich, Charlie Haddad, nagle znalazł się tuż przed nim. – Zszedłem z trybun i nie sądziłem, że coś się jeszcze wydarzy. A nagle - szok, poczułem się tak, jakbym zobaczył kosmitę. Pomyślałem: "Czy ten koleś przyszedł ze mną walczyć?" – wspominał Artest, który w tym przypadku do pięciu już nie liczył. Błyskawicznie i mocno uderzył kibica w głowę.

 

Prokurator badający sprawę powie potem, że Haddad miał zaciśniętą pięść, co sugerowało chęć ataku, więc koszykarz miał prawo się bronić. Pierwsze wrażenie było jednak takie, że rozjuszony Artest zaatakował przypadkowego fana. A gdy interweniować zaczęli ochroniarze, do akcji wkroczył Jermaine O’Neal. Choć lepiej napisać, że do niej wbiegł, bo środkowy Pacers sprintem zbliżył się do Haddada z zamiarem wyprowadzenia potężnego ciosu w twarz. – Dzięki Bogu, że się poślizgnął – mówił potem Reggie Miller, gwiazdor Pacers. – To było najlepsze pudło w karierze Jermaine’a. Gdyby trafił, ten kibic by nie żył.

W końcu koszykarzy udało się skierować w stronę szatni. W stronę Artesta, Jacksona, O’Neala leciały kubki z napojami, pudełka z jedzeniem, a nawet krzesło. Ochroniarze każdego z nich musieli jednocześnie i chronić, i powstrzymywać, poziom złości, frustracji i chęci zemsty sięgał zenitu. Także w swoim gronie - w szatni O’Neal rzucił się w stronę Artesta, ale chwilę później sam musiał tłumaczyć się przed policjantami, którzy chcieli go aresztować.

NBA obwinia koszykarzy. Bezprecedensowe kary

Zamieszki w Detroit w jednej chwili stały się głównym tematem amerykańskich mediów. Publicyści i komentatorzy skupili się na krytyce koszykarzy, ich wejście na trybuny i agresja były przekroczeniem wszelkich granic. „Bandyci", "tatuaże, bijatyki, narkotyki", "bogaci, słabi, rozpuszczeni" – te słowa odmieniano przez wszystkie przypadki, mówiono o upadku NBA, o złych wzorcach, o konieczności wyplenienia agresywnych graczy z ligi. I taka narracja stała się właściwa.

Choć oczywiście nie była jedyna. Na gorąco, w pomeczowym studiu ESPN, były koszykarz NBA Tim Legler powiedział jasno: - Nie winię koszykarzy za to, że ruszyli na trybuny. Winą powinno się obarczać fanów Pistons.

Podobnie wypowiadali się prowadzący studio i inni eksperci, co jednak bardzo nie spodobało się szefom ESPN. Wicedyrektor wykonawczy stacji Mike Shapiro osobiście zadzwonił do obecnych w studio i można się tylko domyślać, jak wyglądały rozmowy, skoro później każdy z komentatorów ESPN robił krok wstecz i o bijatyce w Detroit wypowiadał się powściągliwie.

Reakcja ligi? Bezprecedensowo ostra. Artest został zawieszony na cały sezon, przez co stracił 4,9 mln dolarów. Dyskwalifikacja Jacksona objęła 30 spotkań, a O’Neala – 25, choć później skrócono ją do 15. Ben Wallace z Pistons został zawieszony na sześć spotkań. Decyzje podejmował komisarz ligi David Stern. – Czy były one jednomyślne? – zapytała dziennikarka na konferencji. – Jednomyślne – odpowiedział Stern. A po kilku sekundach przerwy dodał. – Jeden do zera.

10 osób oskarżonych o napaść i pobicie

Stern był stanowczy, bo zależało mu na odbudowie pozytywnego wizerunku NBA. Na przełomie wieków część koszykarzy epatowała gangsterskim stylem bycia – złote łańcuchy, mroczny rap, wielkie pieniądze i kłopoty z prawem zbyt często trafiały na pierwszy plan. Zamieszki podczas meczu w Detroit były ich klamrą, niechcianą eskalacją.

A że Stern w ogóle nie wspominał o kibicach? – Obwinili nas, a nie ich, bo to kibice utrzymują ligę swoimi pieniędzmi – tłumaczył po latach Jackson.

Dochodzenie prokuratury było zdecydowanie szersze i drobiazgowe, polegało na oglądaniu – klatka po klatce – wszystkich dostępnych nagrań. – To będzie bardzo długie śledztwo. Prawdopodobnie dłuższe niż w przypadku morderstw, bo mamy wielu świadków – mówił David Gorcyca, prokurator hrabstwa Oakland. Zależało mu na identyfikacji wszystkich winowajców, ale poza technologią pomógł mu przypadek. Okazało się, że wspomniany John Green – kibic, który rzucił kubkiem w leżącego Artesta – umawiał się z jego sąsiadką.

Gorcyca to właśnie jego uznał za prowodyra zamieszek, za osobę, przez którą doszło do eskalacji wydarzeń. O napaść i pobicie oskarżono w sumie dziesięć osób – pięciu koszykarzy Pacers i pięciu kibiców. We wrześniu 2005 r. Artest, Jackson i O’Neal zostali skazani na rok więzienia w zawieszeniu, 60 godzin prac społecznych oraz zajęcia z kontrolowania emocji. Oraz symboliczną już grzywnę w wysokości 250 dol. Kilka miesięcy później wyroku doczekał się Green – dostał 30 dni więzienia w zawieszeniu na dwa lata. Pistons nałożyli na niego dożywotni zakaz wstępu na mecze zespołu w NBA.

Koniec marzeń Indiana Pacers

Bijatyka w Detroit zmieniła w NBA zasady organizacji meczów. Już w lutym 2005 r. wprowadzono nowe regulacje dotyczące liczby ochroniarzy i ich rozstawienia – m.in. takie, że między ławką drużyny, a trybunami musi być ich co najmniej trzech.

Wprowadzono limit na alkohol sprzedawany w hali – zmniejszono pojemność kubków, liczbę napojów, które jednorazowo może kupić kibic ograniczono do dwóch, zakazano też sprzedawania alkoholu po trzeciej kwarcie.

Bijatyka w Detroit była początkiem końca tamtej drużyny Pacers. Miller w 2005 roku skończył karierę, Artest chwilę później odszedł do Sacramento Kings, następny był Jackson, który trafił do Golden State Warriors. Drużyna straciła kręgosłup i wewnętrzną siłę. Na kilka lat wypadła nawet z play-off.

- Gdyby nie ta bójka, zostalibyśmy mistrzami, bez wątpienia – mówi Jackson. – Ten kubek piwa zmienił wszystko, kosztował nas bardzo wiele – żałuje Miller. – Część mnie została w tej hali na zawsze – dodaje O’Neal.

The Palace została zamknięta w 2017 r. 11 lipca 2020 r. obiekt zburzono.

Więcej o: