"To najgorsza umowa w historii NBA". Zadrwił z ligi i zyskał nowe życie

Kiedy po 16 latach tułaczki od drzwi do drzwi w końcu docierasz pod te odpowiednie, te z tabliczką: "Finał NBA", to już wiesz, że nie możesz grzecznie pukać i czekać, aż ktoś po drugiej stronie spyta "Kto tam?". Chris Paul wiedział, że musi przez nie przejść razem z futryną. I przeszedł.

Dla jasności: "Słońca" na udział w finale zasłużyły jak nikt. O tytuł zagrają po raz pierwszy od 1993 r., gdy Charles Barkley był smukłym atletą, Suns mieli najpiękniejsze logo w NBA, a Michael Jordan nawet nie myślał o baseballu.

Zobacz wideo

Minęły niemal trzy dekady. W drodze do finału Suns – zdarzyło się to pierwszy raz w historii – wyeliminowali obie ekipy z LA, Lakers i Clippers. Sensacją było już wyrzucenie tych pierwszych: LeBron James jeszcze nigdy w karierze nie odpadł w I rundzie play-off. A po drodze "Słońca" – bez porażki – wyrzuciły z drabinki Nuggets z wściekłym z bezradności MVP sezonu Nikolą Jokiciem na czele. 

Jak Chris Paul włączał tryb "nie przegrać"

A przecież Suns to ekipa, która w poprzednim sezonie w ogóle nie awansowała do play-off. Mało tego, tej fazy rozgrywek Phoenix nie widziało przez ostatnie 10 lat. Jeszcze w 2019 r. szurając po dnie ligi Suns uciułali ledwie 19 zwycięstw w sezonie zasadniczym i bliżej niż do finałów było im do miana duchowych spadkobierców niechlubnych rekordów Vancouver Grizzlies. 

A teraz Chris Paul. Jego droga do finału była tylko trochę krótsza niż Suns. Na takie osiągnięcie czekał 16 lat. W tym czasie zdążył rozegrać 22 serie play-off. 1212 meczów. Spędzić na parkiecie blisko 38 tysięcy minut. Zwiedzić pięć klubów. Przetrwać siedmiu trenerów. I mieć w zespole 179 kolegów.

Będąc jednocześnie jednym z najlepszych rozgrywających NBA w XXI wieku.

– 16 lat. 16 lat! – powtarzał w czwartkowy wieczór łamiącym się głosem. – Lata pracy, kontuzji, operacji, porażek, jeszcze boleśniejszych porażek. I w końcu ten dzień. To cholernie dobrze smakuje – dodał 36-letni koszykarz.

Chwilę wcześniej Paul poprowadził Suns do wyjazdowej wygranej 130:103 z Clippers. To był szósty mecz serii, wygranej przez zespół z Arizony 4–2. I to był też jego moment. W Staples Center – symboliczne, że akurat w hali, w której w barwach Clippers przez lata bezskutecznie próbował sięgnąć celu! – Paul zdobył 41 punktów, trafił aż 16 z 24 rzutów, dołożył osiem asyst, trzy przechwyty. I nie zaliczył ani jednej straty, co dla rozgrywającego jest osiągnięciem koronującym udany mecz.

Na dodatek Paul trafiał wtedy, kiedy zespół potrzebował tego najbardziej. Gdy Clippers zbliżyli się na siedem punktów i zaczynało się robić gorąco, zdobył 14 z 16 następnych punktów drużyny, która nie dała już sobie wyrwać wygranej. – Przełączyłem się na tryb "Nie przegrać" – tłumaczył po meczu wyjątkową determinację.

16 lat w NBA, pasmo zmarnowanych szans

Wyjątkową, bo kiedy w końcu, po 16 latach tułaczki od drzwi do drzwi, w końcu docierasz pod te odpowiednie, te z tabliczką: "Finał NBA", to już wiesz, że nie możesz grzecznie pukać i czekać, aż ktoś po drugiej stronie spyta "Kto tam?". Paul wiedział, że musi przez nie przejść razem z futryną.

Gdyby tym razem nie dostał się do finałów, najpewniej pożegnałby się z tym marzeniem na zawsze. I ze spuszczoną głową wybrał jedyne drzwi, jakie mu pozostały. Nawet nie te, za którymi czekają wielcy koszykarze, którzy nigdy nie zdobyli tytułu – jak Charles Barkley, Karl Malone czy John Stockton. Paul wszedłby do pomieszczenia z gwiazdami, którym o tytuł nigdy niedane było zagrać – są tam gracze wybitni jak Tracy McGrady, Dominique Wilkins, George Gervin czy Bernard King. 

Ale to już nieaktualne.

Historia Paula i obecnego sezonu buduje być może jego legendę. Dotychczas świetny rozgrywający nie za bardzo miał się czym pochwalić, jego kariera to raczej pasmo zmarnowanych szans. 

Zaczęło się w 2011 r., nie z jego winy. To David Stern, ówczesny komisarz ligi, zablokował jego transfer z New Orleans Hornets do Los Angeles Lakers. Paul miał pecha – Hornets czekali na nowego właściciela, tymczasowym była wówczas liga. Stern nie zgodził się na wymianę, która łączyłaby Kobe Bryanta z Paulem. Tłumaczył, że to dla dobra ligi, która powinna być jak najbardziej wyrównana.

Nie udało się przejść do Lakers, ale udało to Clippers. W "tym drugim" klubie z Los Angeles Paul współtworzył "Lob City" z Blakiem Griffinem i DeAndre Jordanem. Było efektownie, ale w najważniejszych momentach brakowało efektywności. 

Nie udało się też w Houston Rockets, gdzie Paul trafił w 2017 roku. Miał stworzyć superduet z równie pragnącym tytułu Jamesem Hardenem. Najbliżej, niemal na wyciągnięcie ręki, finał był w 2018 r. Ekipa z Houston prowadziła z Golden State Warriors 3–2, ale w piątym meczu, w ostatnich jego sekundach, Paul doznał kontuzji mięśni podkolanowych. I w tej serii już nie wystąpił. Reszta jest historią – którą po latach szczycą się jednak Warriors. 

– To najgorsza umowa w historii NBA – stwierdził wówczas właściciel Rockets Tilman Fertitta mając na myśli nie tylko jej wartość (Paulowi za czteroletni kontrakt trzeba było płacić 159 mln dol.), ale i to, z kim tę umowę podpisał. I kogo w 2019 r. bez żalu pożegnał.

Znamienne, że Paul doszedł do finału akurat wtedy, kiedy wyzwolił się z obsesji walki o mistrzostwo.

Skłócony z władzami Rockets odszedł do Oklahoma City Thunder. I choć plotkowano, że Paul będzie chciał rozwiązać umowę z OKC i wzmocnić którąś z drużyn walczących o tytuł – choćby z Lakers, co byłoby pewną klamrą tej historii – to CP3 powiedział jasno: – Nigdzie się nie wybieram.

Paul (już) bez obsesji walki o mistrzostwo

Nie było oczywiście mowy o tym, by drużyna z Oklahoma City walczyła w lidze o tytuł, ale udało jej się zrobić dobre wrażenie i zyskać powszechną sympatię. Paul i jego zgraja dzieciaków awansowali do play-off i w I rundzie do końca bili się – nie mylicie się – z Rockets. Przegrali 3-4, ale o Chrisie Paulu znów było głośno. Po raz 15. w karierze nie awansował do wielkiego finału. Ale otrzymał nowe życie.

Po kolejnym transferze do Suns wpasował się perfekcyjnie. Pod jego skrzydłami rozwija się środkowy DeAndre Ayton, dorósł także strzelec i prawdziwy lider Suns Devin Booker. – Przywitali mnie tutaj z otwartymi rękami – cieszył tuż po transferze Paul.

– Jestem jego fanem od dawna – mówi dziś Booker. – Przez ten rok nauczyłem się od niego mnóstwo. Mam do niego mnóstwo szacunku. Nie tylko za to, jakim jest człowiekiem i koszykarzem, ale i za to, jak wściekle chciał dostać się do finałów i ile włożył w to sił. 16 lat to bardzo długo – dodał.

Choć niewiele brakowało, by znów wszystko wyłożyło się na ostatniej prostej. Na Paula w trakcie play-off spadły niemal wszystkie możliwe plagi: najpierw odniósł kontuzję w meczu I rundy z Lakers, później zakaził się koronawirusem, mimo że wcześniej się zaszczepił, w końcu starł się z Patrickiem Beverley’em z Clippers, co mogło zakończyć się groźnym urazem. Za każdym razem Paul jednak wracał. Tym razem nie mógł już zawrócić sprzed drzwi z tabliczką: "Finał NBA".

"Przychodząc do Suns nie ściemniał, nie dołączył do kolejnego Super Teamu. Poszedł do Phoenix, podniósł je z kolan, wziął pod skrzydła grupkę młodych chłopaków bez doświadczenia. Kudos, jedziesz z tym!" – napisał na Twitterze Kendrick Perkins, były koszykarz i ekspert.

I Paul rusza. Suns w tegorocznych play-off uporali się już z Lakers, Nuggets i Clippers, a w wielkim finale czekają na nich Milwaukee Bucks. – Z awansu pocieszymy się minutę – mówił Paul, wiedząc, że dzieło nie zostało jeszcze skończone.

Więcej o: