Najbardziej polski klub w NBA gra w finale! "Obok hali była knajpa Polonez"

Jeśli nie wiecie, komu kibicować w finale NBA, w którym Phoenix Suns zagrają z Milwaukee Bucks, to mamy podpowiedź - żaden inny klub NBA nie ma tylu związków z Polską, co ekipa z Phoenix.

Skład tegorocznego finału NBA to ogromne zaskoczenie. Nie ma w nim obrońców tytułu, nie ma najlepszych drużyn wschodu i zachodu po rundzie zasadniczej, nie ma napakowanych gwiazdami ekip budowanych doraźnie do walki o tytuł. Jest objawienie, bo za takie należy uznać rewelacyjnie grających ostatnio Suns. Jest zespół z mistrzowskimi ambicjami, bo od kiedy na poziom MVP ligi wskoczył Giannis Antetokounmpo, Bucks mierzą w tytuł.

Zobacz wideo

Za faworytów finału uznawani są Suns, którzy mają przewagę boiska i w rundzie zasadniczej wygrali oba mecze z Bucks. Z drugiej strony – lepiej się tymi wynikami nie sugerować, bo różnice były minimalne. U siebie Suns wygrali 125:124, a na wyjeździe 128:127 po dogrywce. To zapowiada duże emocje.

W Phoenix nie zadomowił się tylko Gortat. Ale grał najlepiej

Kibice koszykówki mają swoje sympatie i faworytów. Ale jeśli ktoś potrzebuje argumentów wykraczających poza boisko, to być może przekona go "polskość" Phoenix Suns.

Każdy z trzech Polaków, którzy zagrali w NBA – Cezary Trybański, Maciej Lampe i Marcin Gortat – występował w Arizonie. Trybański był tam najkrócej – spędził w Suns trzy miesiące w sezonie 2003/04, a potem został oddany do New York Knicks. W tej samej wymianie, w drugą stronę, powędrował Lampe, który w NBA zadebiutował właśnie w Phoenix.

W drużynie "Słońc" Lampe zagrał 37 razy – najwięcej spośród swoich czterech klubów. I to właśnie w Phoenix ustanowił swój punktowy rekord kariery – 20 marca 2004 roku zdobył 17 punktów przeciwko… Milwaukee Bucks.

Niespełna rok później, gdy Lampe znalazł się w gronie koszykarzy transferowanych do New Orleans Hornets, klub z Phoenix pozyskał m.in. wybór w drugiej rundzie draftu 2005 roku. I kogo wybrał z numerem 57.? Gortata.

Co prawda szybko oddał go do Orlando Magic, gdzie środkowy z Łodzi zadebiutował, zagrał w finale NBA i podpisał wieloletni kontrakt, ale Phoenix było jednak Gortatowi pisane. 18 grudnia 2010 r. "Polski Młot" uczestniczył w dużej wymianie graczy i w końcu założył koszulkę Suns.

W trakcie trzech sezonów Gortat rozegrał w drużynie z Phoenix 182 mecze, w rozgrywkach 2011/12 był najlepszym strzelcem zespołu ze średnią 15,4 punktów na mecz – to był jedyny taki przypadek w jego długiej karierze. Ale w październiku 2013 roku odchodził do Washington Wizards bez żalu – w Phoenix nigdy specjalnie się nie zadomowił. W odróżnieniu od Trybańskiego, który ma tam dom i często w nim pomieszkuje, oraz Lampego, który w pewnym momencie życia też osiadł w Phoenix i miał tam rodzinę.

Polskie związki z miastem w Arizonie nie kończą się na Polakach grających w NBA. Na przełomie wieków w Pruszkowie grali Richard Dumas i Oliver Miller – koszykarze zapamiętani przede wszystkim za grę dla Suns w świetnym finale z 1993 r. Górą byli wówczas Chicago Bulls z Michaelem Jordanem, ale i Dumas, i Miller – wówczas debiutanci – mieli w tym finale bardzo dobre momenty, koszykarski świat ich zauważył. W Polsce furory nie zrobili, ale sama ich obecność w naszej lidze była wydarzeniem.

Polski akcent dla fanów Bucks. "Fajna normalność w Milwaukee"

Co ciekawe, kibice Milwaukee Bucks również mogą powoływać się na związki z Polską. W 2003 r. z 35. numerem draftu klub z Wisconsin wybrał Szymona Szewczyka. Środkowy ze Szczecina kontraktu w NBA nigdy nie podpisał, ale grywał w Bucks w Lidze Letniej. I ma dobre wspomnienia związane z Milwaukee. – Miałem na biurku niegwarantowaną umowę, ale jej nie podpisałem. Bałem się, że zostanę zwolniony tuż przed początkiem sezonu i nie znajdę nowego pracodawcy. Dziś wiem, że na graczy zwolnionych z NBA czekają w Europie czy Chinach. Szkoda, to był mój duży błąd – wspomina w rozmowie ze Sport.pl.

Polak został wybrany w drafcie w 2003 r. – tym samym, w którym do NBA trafili LeBron James, Carmelo Anthony, Dwayne Wade czy Chris Bosh, ale też wspominany już Lampe. Szewczykiem interesowali się Lakers, ale ten był zdeterminowany, by wybrali go Bucks. – Spędziłem w Los Angeles kilka dni na treningach. Miasto zrobiło na mnie kiepskie wrażenie. Przytłoczyła mnie wielkość, tempo. A w Milwaukee panowała fajna normalność. Obok hali była polska restauracja "Polonez". Właściciele nawet nie wiedzieli, że jestem koszykarzem. Było przyjaźniej – mówi.

Przyjaźni nie będzie za to w finałach, które rozpoczynają się w nocy z wtorku na środę. Pierwsze dwa mecze odbędą się w Arizonie, dopiero trzeci – w Wisconsin. Być może któraś z drużyn będzie świętować wygraną w "Polonezie".

Więcej o:
Copyright © Gazeta.pl sp. z o.o.