Kevin Durant przeszedł do historii NBA! Nikt wcześniej tego nie dokonał. Kosmos

Kevin Durant po kontuzji ścięgna Achillesa mógł nie wrócić do pełnej sprawności, ale w meczu z Bucks udowodnił, że zbyt wcześnie go skreślano. Lider Nets zdobył kosmiczne 49 punktów i dał drużynie zwycięstwo 114-108 i prowadzenie w serii play-off 3-2.

Kiedy dwa lata temu władze Nets obsypały Kevina Duranta złotem i podpisały z nim umowę wartą 164 mln dol., podejmowały ryzyko. Zgoda: na Brooklyn przeprowadzał się koszykarz wybitny, ale w tamtym momencie ledwie się poruszający. I bez obietnicy, że kiedykolwiek wróci do pełnej sprawności.

Zobacz wideo Lewandowski sfrustrowany, złota piłka ucieka

Durant był tuż po kontuzji Achillesa, która odniósł jeszcze w barwach Warriors. Oznaczało to dla niego roczną przerwę od koszykówki, dwanaście miesięcy ciężkiej rehabilitacji. I słuchania komentarzy, że po tak ciężkim urazie być może wróci na parkiet, ale już nie będzie po nim biegał z dawnym polotem.

"To dziś najlepszy koszykarz na świecie"

Ale Nets podjęli ryzyko. A do tego okazali się cierpliwi. Pragnęli bowiem, by Durant zaprowadził ich w to samo miejsce, do którego trzykrotnie dotarł on wcześniej z Golden State Warriors – finałów NBA. Czyli do źródła mistrzowskich pierścieni.

We wtorkowy wieczór Durant udowodnił, że ryzyko się opłaciło. – Myślałem tylko o kolejnym posiadaniu. Nie o tym, ile mam punktów, zbiórek, asyst. Myślałem: "Po prostu pozwólcie mi zrobić swoje" – powiedział Durant, który zaliczył kosmiczny wręcz występ: w 48 minut (z parkietu nie zszedł choćby na sekundę!) zdobył 49 punktów (16-23 z gry), zebrał 17 zbiórek i zaliczył 10 asyst. Najważniejsze jednak dla Nets, że wygrali oni z Bucks 114-108 w piątym, kluczowym meczu Półfinałów Konferencji Wschodniej. I są już tylko krok od następnej rundy.

Durant uwijał się jak w ukropie, ale nie miał wyjścia. Kyrie Irving, który trafił na Brooklyn w tym samym czasie co Durant, skręcił kostkę i w ogóle nie wyszedł na parkiet. James Harden co prawda wybiegł na boisko, ale był nieswój. To był dla niego pierwszy występ od czasu, gdy w pierwszym meczu serii z Bucks nabawił się urazu kolana. W piątym meczu z ekipą z Milwaukee trener Steve Nash nakazał mu straszyć rywali samą swoją obecnością. "Brodacz" trafił ledwie jeden rzut z gry, przestrzelił wszystkie osiem prób za trzy, uciułał pięć punktów. Ale ściągał na siebie uwagę obrony. A obok szalał Durant.

KD wiedział, że musi wziąć na siebie ciężar gry. Przed meczem rozmawiał ze Steve'em Nashem i jego asystentem Jacquesem Vaughnem. – Jeśli nie będziecie potrzebować, bym usiadł na ławce, zostawcie mnie na parkiecie. Zrobię to – powiedział. I stał się pierwszym graczem od 2018 r. – wówczas był nim LeBron James – który w meczu play-off nie zszedł z parkietu ani na minutę.

Durant jest pierwszym graczem w historii NBA, który zanotował ponad 45 punktów, ponad 15 zbiórek i ponad 10 asyst w meczu play-off. – W tej chwili to najlepszy koszykarz na świecie – przyznał po meczu Giannis Antetokounmpo, który zdobył dla Milwaukee 34 punktów. – Jest jednym z najlepszych w historii. Oglądać go dziś na parkiecie było czystą frajdą – dodał Nash, który – niższy o głowę – po spotkaniu wprost wtulił się z Duranta.

Zabójczy duet od czasów SuperSonics

Bucks po raz trzeci w tej serii przegrali w hali Barclays Center w Nowym Jorku. W dwóch wcześniejszych podejściach "Kozły" zostały kompletnie zdominowane przez Nets. Tym razem to jednak goście długimi fragmentami przeważali, w pewnym momencie wygrywali już 17 punktami i wydawało się, że obejmą prowadzenie w serii.

Wtedy jednak Durant i Nets otrzymali dość niespodziewanie wsparcie z ławki. Jeff Green zdobył aż 27 punktów w 35 minut, w tym trafiając siedem na osiem rzutów z dystansu. 34-letni weteran przypomniał fanom NBA, że z Durantem już kiedyś tworzył zabójczy duet. Obaj spotkali się bowiem w 2007 r. w barwach nieistniejących już Seattle SuperSonics.

Bohaterem był jednak Durant, który dobił Bucks trafiając kluczową trójkę na 50 sekund przed końcem. "KD przypomniał światu, że na parkiecie potrafi zrobić wszystko" - pisze Brian Windhorst z ESPN.