Kosmiczny rekord trójek Curry'ego! "Steph stworzył nową pozycję w tej dyscyplinie"

Nikt nigdy w historii NBA nie trafił więcej trójek w trakcie jednego miesiąca. Stephen Curry trafił już 85. A licznik bije. - Steph stworzył nową pozycję w tej dyscyplinie - twierdzi trener Steve Kerr.

– Steph, o czym myślisz, gdy trafiasz kolejne trójki i wiesz, że jesteś blisko rekordu NBA? – spytał po meczu z Kings jeden z dziennikarzy. Curry odparł: – Kiedy jestem w transie? Absolutnie o niczym.

Zobacz wideo Kto zostanie mistrzem NBA? "Dawno nie było takiej sytuacji"

Tej nocy lider Golden State Warriors znów zagrał niczym najlepszy gracz ligi. Zespół z San Francisco wygrał z Sacramento Kings 117:114, Curry zdobył 37 punktów, trafiając siedmiokrotnie za trzy punkty. Dzięki temu ostatniemu wyczynowi – to już brzmi niemal jak codzienność – pobił kolejny w tym sezonie rekord ligi. W kwietniu trafił bowiem już 85 trójek. W najlepszej lidze świata nikt nigdy nie dokonał tego w trakcie jednego miesiąca. Poprzednim liderem tej klasyfikacji był James Harden, który jako gracz Houston Rockets trafił w listopadzie 2019 r. 82 trójki. Aż dziw bierze, że ten rekord mógł należeć do kogoś innego. A przecież kwiecień dla Warriors jeszcze się nie skończył, Curry ma szansę wyśrubować rekord i złamać barierę 100 celnych rzutów za trzy punkty. Skoro jest w transie, to czemu nie?

Kiedy Curry rzuca, kosz jest wielki niczym ocean

Koszykarz Warriors, który w kwietniu zdobywa w każdym meczu średnio 38,2 pkt, próbował wyjaśnić dziennikarzom z pozoru banalną myśl. – Nie myślę o niczym, tak to najłatwiej ująć. Zachowuję spokój i myślę tylko o krótkiej chwili, w której oddaję rzut. Staram się dobrze ustawić stopy, a reszta należy do pamięci mięśniowej, pewności siebie i kreatywności. Kiedy pudłujesz, myślisz o mnóstwie rzeczy, które zaczynają pełzać ci po głowie. Ale kiedy czujesz rytm, flow, to w głowie dzieje się niewiele. W gruncie rzeczy to miłe uczucie.

– Jego rzuty są niemożliwe. Kiedy Steph rzuca, kosz zdaje się być wielki niczym ocean. Kilka trójek, które dzisiaj trafił, są niewykonalne – powiedział po spotkaniu wieloletni kolega Curry'ego z Warriors Draymond Green.

Choćby ten z początku pierwszej kwarty. Curry w tracie kozłowania zgubił piłkę, musiał się po nią głęboko cofnąć. A że zegar 24 sekund wskazywał, że trzeba się spieszyć z rzutem, Curry rzucił – niemal z koła środkowego, po dryblingu i koźle za plecami. No i z ręką obrońcy niemal na czole.

Kibice w hali Chase Center drugą noc z rzędu skandowali na cześć swojego idola: "MVP!". A to nobilitacja, na którą w NBA zasłużyć sobie mogą tylko nieliczni. Ale Curry w tym rzeczywiście gra na miarę najlepszego gracza ligi. W tym sezonie zdobywa średnio 31,3 punktu na mecz, dokładając do tego 5,8 asysty  i 5,6 zbiórki. Ale statuetki dla najwybitniejszego gracza NBA najpewniej nie dostanie. Warriors już nie są tą samą drużyną, co przed laty, o walce o tytuł nawet nie marzą, koncentrują się na tym, by w ogóle załapać się do play-off. W tej chwili mają bilans 31-30 i są na 10. miejscu na Zachodzie. A to w zasadzie przekreśla szansę 33-letniego gracza na trzecie w karierze tego typu trofeum.

Choć sam Curry, który w zeszłym tygodniu wziął udział w programie "Rex Chapman Show", przyznał: – Wydaje mi się, że powinienem zostać MVP. Prawdopodobnie nie wygram statuetki, ale nie rusza mnie to. Czasem lubię dramatyzować, więc po prostu przygotowuję stół do dyskusji.

Argumentów ma sporo. W kwietniu, oprócz rekordu trojek, dołożył dwa inne kamienie milowe w karierze. Po pierwsze: przeskoczył Wilta Chamberlaina i stał się najlepszym strzelcem Warriors w historii. Po drugie: stał się pierwszym od czasu Kobego Bryanta graczem, który po 33. roku życia zdobył 30 punktów lub więcej w 11 kolejnych meczach. Całkiem przyzwoite asy w rękawie.

Kerr: Wyczerpałem już wszystkie komplementy

Tym bardziej że wszystkie rekordy przytrafiają się Curry'emu jakby przy okazji. Gracz Warriors jest przede wszystkim liderem, który sprawia, że lepsi stają się wszyscy wokół. Ekipa z Oakland wygrała już siedem z dziewięciu ostatnich meczów. – Jego punkty to tylko produkt uboczny bycia przywódcą. Jeśli masz w drużynie takiego gościa, jesteś mu winien to, by dawać z siebie absolutnie wszystko – dodał Draymond Green.

Curry w kwietniu trafia z niemal 53-procentową skutecznością rzutów z gry i 47-procentową zza łuku. – Nie skupiam się na wynikach, tylko procesie – powiedział Curry. – To nie tak, że zdaje mi się, iż jestem najlepszy na świecie i już nie mam co poprawiać. Ja wręcz zakochuję się w procesie, szukam nowych sposobów, by wejść na wyższy poziom – dodał.

A trener Warriors Steve Kerr po meczu z Kings jak zwykle miał kłopot. Od pewnego czasu niemal co wieczór musi stanąć przed dziennikarzami i spróbować zdobyć się na coś oryginalnego w chwaleniu Curry'ego.

– Wygląda na to, że wyczerpałem już wszystkie komplementy, którymi mogłem opisać grę Stepha – powiedział do dziennikarzy. – Cofnijcie się o trzy-cztery mecze, przeczytajcie mój komentarz i użyjcie go po raz kolejny – śmiał się.

I dodał na poważnie: – Rozumiem, że dopóki on tak będzie grał, wy, dziennikarze, będziecie o to pytać, a będę odpowiadał. Steph jest po prostu niewiarygodny. Stworzył na parkiecie nową pozycję.

W świecie NBA rozgorzała bowiem dyskusja, czy Curry to rozgrywający, a może strzelec? – Steph zmienił definicję rozgrywającego. To czyni go wyjątkowym. Gdy nie ma piłki, potrafi być niesamowity jak biegający po zasłonach legendarny Reggie Miller. A kiedy mają w ręce, potrafi lepiej niż ktokolwiek na tej planecie znajdywać pozycję do rzutu i dla siebie, i dla kolegów z drużyny.