"O tym, że odchodzę, dowiedziałem się z Twittera". Ich rywalizacja jest ciekawsza niż ta na parkiecie

"Jeśli jesteś koszykarskim narkomanem, znasz te dwa nazwiska doskonale" - pisze serwis Yahoo!. W świecie NBA rywalizacja dziennikarzy Adriana Wojnarowskiego i Shamsa Charanii potrafi być ciekawsza niż sama gra. Za wojnę na newsy obaj płacą jednak ogromną cenę.

"Celtics oddają Daniela Theisa do Bulls – donoszą źródła". "Raptors nie oddadzą Kyle’a Lowry’ego – donoszą źródła ESPN". "Rockets oddali Victora Oladipo do Heat – donoszą źródła ESPN". "Hawks oddadzą Rajona Rondo do Clippers w zamian za Lou Williamsa – donoszą źródła...".

Zobacz wideo Interaktywny Quiz Sport.pl - odc.1

Ponad 50 tweetów w ciągu 24 godzin ostatniego dnia okna transferowego w NBA. Wszystkie od lat zakończone w ten sam charakterystyczny sposób – zmieniały się tylko redakcje, w których pracował ich autor – "source tells ESPN". Miliony lajków, setki tysięcy retweetów. I ani jednej pomyłki.

"Zdążyłem wyjść z windy, a na Twitterze już był jego tekst"

Adrian Wojnarowski, 52-letni dziennikarz i reporter amerykańskiej stacji ESPN, kolejny rok z rzędu potwierdził miano legendy zakulisowego świata amerykańskiej koszykówki, króla dżungli, bez którego wiedzy nie odbędzie się żadna transakcja w NBA.

Shawn BradleyDramatyczne informacje: Shawn Bradley jest sparaliżowany. Marcin Gortat zdruzgotany

– Jest niczym Kobe Bryant w swojej profesji – mówi Mike Schmitz, analityk ESPN. – To reporter na sterydach – twierdzi Frank Isola z New York Daily News. – Nie ma lepszego dziennikarza zajmującego się newsami na świecie. W żadnej dyscyplinie – dodaje Jackie MacMullan, dziennikarka i autorka kultowych książek o NBA.

J.A. Adande, dyrektor pionu sportowego w ESPN: – Pamiętam, jak polecieliśmy do Los Angeles na jeden z meczów NBA. Wsiadamy do hotelowej windy, Woj lewą ręką podtrzymuje laptopa, a prawą wstukuje tekst. Uwierzcie – zdążyłem wejść do pokoju, rzucić walizki i włączyć Twittera, a tam ludzie komentowali już nowy artykuł Woja, kolejną "The Woj Bomb".

– To praca na 365 dni w roku. Bez wakacji, bez dnia przerwy. Kiedyś raptownie przeciąłem dwie linie autostrady, by zatrzymać się na poboczu i napisać o umowie Mo Williamsa w Portland Trail Blazers. Kładę się spać i budzę z telefonem w ręce. Ale i tak kocham tę robotę – mówi Adrian Wojnarowski, o którym w ostatnich godzinach zamkniętego w czwartek okna transferowego znów było głośniej niż o największych gwiazdach najlepszej ligi świata. Jak co roku.

Dla porządku: trade deadline, czyli ostatni dzień, w którym kluby NBA mogą dokonywać transferów, to dla fanów koszykówki święto, z którym równać się może tylko finałowa seria meczów o tytuł. Albo i większe – w finale walczą dwie drużyny, trade deadline to batalia wszystkich ze wszystkimi, telefony, laptopy i powerbanki w 30 klubach ligi są rozgrzane do czerwoności. Jedni chcą oddać niechcianych graczy, drudzy szukają wzmocnień przed fazą play-off, kolejni szukają oszczędności i chcą pozbyć się gigantycznych kontraktów gwiazd. NBA to biznes, w którym tylko kilku graczy z samego szczytu, jak LeBron James, może tego dnia spać spokojnie. Reszta musi czekać z telefonem przy uchu, czy przypadkiem nie trzeba się spakować i wyprowadzać tysiące mil stąd.

Królem tej dżungli od lat jest Adrian Wojnarowski – dziennikarz, którego wartość rynkowa wyceniana jest na sześć mln dol., a na Twitterze śledzi go 4,6 mln osób, czyli więcej niż część klubów NBA. Jego newsy transferowe mają już nawet własne, kultowe określenie – "The Woj Bomb".

APTOPIX Hawks Lakers BasketballLeBron James kontuzjowany! To się nie zdarza. "Jeszcze nigdy tak nie krzyczał"

"Cholera, Woj mnie dopadł!"

Wojnarowski zrzuca je niespodziewanie. "Cholera, Woj mnie dopadł!" ["Damn, I just got Woj’d!"] – napisał koszykarz Wenyen Gabriel, gdy na początku 2020 r. został wymieniony i oddany z Portland do Sacramento. Nie dowiedział się tego od pracodawcy czy agenta, a z Twittera Wojnarowskiego.

– Wyszedłem z treningu. Nie zdążyłem oddzwonić do agenta, a już z Twittera Woja dowiedziałem się, że zostałem oddany. To szaleństwo – mówił anonimowy gracz z ligi. Generalny menedżer jednego z klubów NBA: – Kiedyś podpisaliśmy kontrakt z graczem i mój sztab jeszcze o tym nie wiedział. Nagle usłyszałem okrzyki radości, bo w pokoju obok zobaczyli tweet Woja. Nadal rozmawiałem z agentem omawiając szczegóły kontraktu. A Woj już to miał. – Jest jak maszyna – tłumaczy dziennikarz Zach Lowe w filmowym dokumencie "Woj Bomb". – Jeśli Woj o czymś nie napisał, to tak naprawdę w NBA to się nie wydarzyło – dodaje J.A. Adande.

Pozycję budował latami – zaczynał w lokalnej gazecie Fresno Bee w Kalifornii, a potem opisywał mecze ligi uniwersyteckiej. Głośno zrobiło się o nim, gdy dołączył do portalu Yahoo!. Był 2006 r., a w mediach trwała rewolucja – coraz mniej osób sięgało po gazety, a wiedzę czerpało z sieci.

Po kilku latach zaczął zrzucać na ligę NBA "bomby Woja". Nagłówki Yahoo! pełne były newsów z NBA, a pod wszystkimi podpisywał się ten sam autor – Adrian Wojnarowski. Dla dziennikarzy, którzy zdobyte newsy umieszczali na szpaltach gazet, a na publikację musieli czekać do następnego dnia, stał się przekleństwem i znienawidzonym rywalem. Dla kibiców był gwiazdą. Przebił się do świadomości, gdy zaczął tweetować w trakcie naboru do NBA w 2011 r. Był za każdym razem minutę szybszy od prowadzącego draft komisarza ligi Davida Sterna. "Cavaliers z numerem pierwszym sięgną po Kyriego Irvinga" – napisał, a 120 sekund później Irving przywdziewał czapeczkę Cavs. "Timberwolves już powiadomili obóz Derricka Williamsa, że będzie on numerem drugim" – wstukał po chwili w telefon. Kilka chwil później David Stern wyszedł na scenę i powtórzył to samo.

Kolejny popis Jamesa Hardena. Kolejny popis Jamesa Hardena. "Czuję, że to ja jestem MVP"

Wówczas obserwowało go na Twitterze 75 tys. osób. To sporo, ale licznik wybił poza skalę, gdy Woj w 2017 r. odszedł do ESPN – jednego z najbardziej prestiżowych mediów w Stanach Zjednoczonych.

– Byłam na tysiącach meczów i wiem, jak dziennikarze spędzają na nich czas – siedzą w pokoju dla mediów, rozmawiają. Tam nigdy nie było Adriana. W tym czasie rozmawiał ze skautami, asystentami trenerów, zawodnikami. Nie tylko gwiazdami, lecz także tymi z końca ławki – opowiada Jackie MacMullan. I dodaje: – Kiedy po pewnym czasie ci asystenci stawali się pierwszymi trenerami albo generalnymi menedżerami, Adrian doskonale ich znał, miał zbudowane przyjacielskie relacje. Nie ma w tej lidze osoby, która ma szansę dostać posadę, a której Adrian nie zdążył spotkać. To wiele o nim mówi.

Zach Lowe: – Nie znoszę, gdy ktoś mówi, że Wojnarowski dostaje informacje. On niczego nie dostaje – na wszystko zapracował utrzymywaniem relacji. Potrafi polecieć na dzień do Detroit czy Miami tylko po to, by przywitać się z kimś czy pójść na niezobowiązującą kawę.

– Po prostu lubię ludzi w tej lidze – menedżerów, trenerów, zawodników, agentów. Nigdy nie czułem, by rozmowy z nimi były przykrym obowiązkiem – mówi Wojnarowski. – Chodzi o chęć rozmowy, którą musisz podtrzymać przez 52 tygodnie. Nie możesz dzwonić tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebujesz. Informacja wędruje w obie strony. Pytam, co u nich słychać. Zawsze się czegoś dowiem, ale nie traktuję tych rozmów jako transakcji. Mogę odbyć 40-50 rozmów o niczym istotnym. Ale pięćdziesiąta pierwsza będzie prawdziwą bombą. To jest przyjemna część tej pracy – przekonuje.

Meyers LeonardMeyers Leonard wywołał burzę i został odsunięty. "Nie znałem znaczenia tego zwrotu"

Konkurent Woja, czyli "Doogie Howser świata NBA"

To ważne: Wojnarowski nie spekuluje. To różni go choćby od wielu dziennikarzy zajmujących się piłką nożną, którzy żyją z plotek transferowych, z których co piąta okaże się trafiona. Woj – jak mówią na niego w branży – wykreślił ze słownika słowa "najpewniej", "prawdopodobnie". Usunął też znak zapytania.   

– W dniu, kiedy ciśnienie jest wysokie, a wielki news wisi w powietrzu, potrafi dać sobie jeszcze 5-10 minut na dodatkowy telefon. Jego siłą jest to, że nie tweetuje od razu, gdy usłyszy coś istotnego – tłumaczy Adande. Zach Lowe: – W 2015 r. w trakcie trade deadline moja żona rodziła. Cieszyłem się, bo wyglądało na to, że to będzie spokojny dzień, bez wielkich transferów. Tymczasem między 15 a 15:30 pracodawców zmieniło 25 koszykarzy – już nawet zawodnicy gubili się w tym, kto gdzie będzie grał. Jako jedyny presję wytrzymał Woj, po kolei objaśniał, kto, gdzie i za ile. Dopiero na koniec dnia zatweetował: "Dobry Boże…". To było wielkie.

Wojnarowskiemu kilka lat temu przybył jednak konkurent – "cudowny dzieciak", "najlepszy młody reporter na świecie" i "Doogie Howser (postać nastoletniego lekarza z amerykańskiego sitcomu z lat 90.) świata NBA", czyli Shams Charania.

Wikipedia nie może się zdecydować, czy Charania ma 26, czy 27 lat. Wiadomo zaś, że dziennikarz The Athletic ma dziś 1,1 mln obserwujących na Twitterze i newsy, których zazdrościć mu może sam Woj.

Charania był jeszcze studentem na uniwersytecie Loyoli, gdy zaczął dostarczać znaczące informacje ze świata NBA – to on poinformował świat o tym, że Dwight Howard podpisze umowę z Atlantą Hawks, Luol Deng odejdzie do Los Angeles Lakers, a DeMar DeRozan przedłuży kontrakt z Raptors. "Tłitował z kampusu. Wykładowcy nie byli zbyt wyrozumiali, gdy wychodził z auli, by odebrać telefon od agentów czy menedżerów NBA" – pisał na łamach "Complex" Aaron Mansfield. Z Wojnarowskim, który był wzorem Charanii, spotkali się w 2015 r. w barwach Yahoo. Gdy jednak Woj dwa lata później odszedł do ESPN, zaczęli ze sobą rywalizować. Yahoo! opublikował nawet artykuł zatytułowany "Has Adrian Wojnarowski lost his title as a king of NBA Twitter?", porównując w nim transferowe łupy obu dziennikarzy w trakcie trade deadline w 2017 r.

Utah JazzChoć z nich drwiono, chcą mistrzostwa NBA. Utah Jazz "ściskają rywali jak boa dusiciel"

Wszystkie tytuły, które Charanii nadały amerykańskie media, nie wzięły się znikąd. Rzadko zdarza się, by tak młody dziennikarz umiał tak szybko wyrobić sobie kontakty w najlepszej lidze świata. Gdy Charania po raz pierwszy próbował dostać się do loży prasowej na mecz Bulls, biuro prasowe klubu z Chicago najpierw przyznało mu akredytację, ale cofnięto ją, gdy okazało się, że Charania ma tylko 19 lat. – Musiałem ukrywać swój wiek – opowiadał po latach. Dopiero z czasem zyskał uznanie. I wejściówki na mecze.

Z czasem dla kibiców NBA wewnętrzna rywalizacja Wojnarowskiego i Charanii stała się równie ciekawa, co newsy, które obaj zdobywają. Bywa, że tę samą informację publikują na Twitterze niemal równocześnie – niemal, bo dzielą ich sekundy, co skrupulatnie wytykają im i fani, i koszykarze.

Gracze NBA – choć często są "ofiarami" Wojnarowskiego i Charanii – są ich oddanymi czytelnikami.

"Znajdź życie? I tak skrolowałbym telefon"

W lipcu 2020 r. Wojnarowski został zawieszony przez ESPN za to, że zwyzywał senatora Josha Hawleya, gdy ten wytknął NBA hipokryzję w walce z segregacją rasową. Koszykarze stanęli murem za dziennikarzem. LeBron James, Patrick Beverley i inni publikowali wpisy z hasztagiem "#FreeWoj!". Gdy Wojnarowski zatweetował po dwóch tygodniach przerwy o kontuzji Domantasa Sabonisa, w środowisku graczy przyjęto tę informację z ulgą i radością i – pół żartem, pół serio – porównywano ją do powrotu Michaela Jordana do NBA w 1995 r. Mimo że w każdej chwili mogli spodziewać się tweeta na swój temat. Na przykład o zmianie barw.

I Wojnarowski, i Charania płacą za swą pracę wysoką cenę. – Oczywiście, że są ludzie, którzy pytają, czemu ciągle mam telefon w ręce. "Znajdź życie" – śmieją się ze mnie. Ale ja to kocham. Nie traktuję tego jak pracy, bo bez pensji i tak skrolowałbym w poszukiwaniu newsów – mówi Charania. – Moja rodzina jest wyrozumiała. To praca, którą chciałem wykonywać od dziecka. Spełniam dziecięce marzenie – dodaje Wojnarowski.