Jerami Grant specjalnie żyje w najgorszym mieście w USA. Ma w tym swój cel i misję

Jakub Kręcidło
Do zmiany klubu koszykarzy zwykle przekonują pieniądze, możliwość rozwoju sportowego albo fajne miejsce do życia, jak np. w Miami czy Los Angeles. W przypadku Jeramiego Granta chodziło jednak o coś więcej. Skrzydłowy jest jedną z rewelacji sezonu w NBA, a z przeciętnymi Detroit Pistons z najbardziej depresyjnego miasta w Stanach Zjednoczonych związał się, by móc mocniej wpływać na walkę o równość rasową.

Gdy Jerami Grant podpisał trzyletni kontrakt z Detroit Pistons, dziwili się wszyscy. W końcu, Denver Nuggets, w barwach których skrzydłowy rozegrał sezon, dawali mu nie tylko tak samo wysoki kontrakt (60 milionów dolarów w ciągu trzech lat), ale też szansę walki o mistrzostwo. Tłumaczenia, że w słabszej drużynie będzie mógł rozwinąć skrzydła i że oferowana mu jest znacznie większa rola w ataku, nie przekonywały dziennikarzy. Ale, jak się okazuje, gra toczyła się coś, czego nie dało się przenieść na parkiet czy zapisać w kontrakcie. Chodziło o zwiększenie swoich szans na stanie się liderem opinii i większe zaangażowanie w kwestie społeczne.

Zobacz wideo NBA. "Nawet w Dineylandzie nie można zamknąć zawodników na pół roku"

Holandia - Polska. Adam WaczyńskiDwa wielkie powroty do reprezentacji Polski! Koniec konfliktu kapitana z władzami?

Grant zachwycił się rolą lidera projektu w kluczowym miejscu dla Afroamerykanów

– Byłem czarnoskórym mężczyzną jeszcze zanim zostałem koszykarzem – mówił Grant na łamach "The Athletic", gdzie opowiedział o powodach, dla których zdecydował się założyć koszulkę Pistons. Detroit to miasto, w którego populacji jest największy odsetek czarnoskórych w Stanach Zjednoczonych. Szkoleniowcem klubu jest Dwane Casey, jeden z siedmiu czarnoskórych trenerów w NBA. Generalnym menedżerem jest Troy Weaver, jedna z dziesięciu czarnoskórych osób piastujących to stanowisko w lidze. Duet z Detroit jest jednym z pięciu w liczącej trzydzieści drużyn NBA, w których dwa kluczowe stanowiska dla koszykarskiego rozwoju zespołów piastują czarnoskórzy.

– Weaver pragnie przywrócić kibicom w Detroit drużynę, z którą będą mogli się identyfikować – mówi Maciej Staszewski, jeden z nielicznych kibiców Tłoków w Polsce i autor bloga PostPrime.pl. – Od paru lat zespół był w ciągłej przebudowie, na którą bankrutujące miasto nie może sobie pozwolić. Detroit to miejsce, które kocha koszykówkę. Na początku XXI wieku trudno było wejść na halę. W Detroit mieli najdłuższą w lidze serię, gdy przez kilka lat wypełniali arenę z samej sprzedaży karnetów! Wtedy klub był jednym z najlepszych w NBA i dobrze oddawał ducha tego robotniczego miasta – był twardy, agresywny, grał fizycznie, często brudno. Mieszkańcy Detroit kochali drużynę, której zawodnicy wypruwali sobie żyły, jednak w ostatnich latach zmieniono koncepcję. Stracono i sportową jakość, i kibiców. Weaver wraca do korzeni. Tworzy ekipę twardą, ciężko pracującą, nieodpuszczającą żadnej piłki, która będzie rosnąć nawet mimo przegrywania. I tym też kupił Granta, któremu spodobała się rola jednego z liderów projektu w miejscu tak ważnym dla czarnoskórych – opowiada Staszewski.

"Czujesz się pewniej, gdy przebywasz wokół ludzi wyglądających tak jak ty"

Detroit to miasto kluczowe dla afroamerykańskiej kultury, bo to właśnie tam powstało np. sporo raperskich wytwórni muzycznych. Liczba czarnoskórych zaczęła rosnąć w lawinowym tempie w drugiej połowie XX wieku – w 1940 roku stanowili oni 9 proc. populacji, w 1980 aż 63 proc. Trafiali tam przede wszystkim po to, by pracować fizycznie w szybko rozwijających się fabrykach. Jak wynika z ubiegłorocznych badań, czarnoskórzy stanowią aż 79 proc. społeczności miasta pogrążonego w potężnym kryzysie ekonomicznym, który prowokuje np. rekordowe statystyki przestępczości i fakt, że Detroit znajduje się na czele rankingów dla najgorszych i najbardziej depresyjnych miast w Stanach.

Grant, który pierwszą fundację walczącą o równość założył w 2012 roku, będąc uczniem liceum, chciał być w centrum afroamerykańskiej społeczności. Planuje tam przenieść siedzibę fundacji i chce pomagać w walce o równość rasową. – I na parkiecie, i poza nim czujesz zrozumienie od czarnoskórych osób, które zmagały i zmagają się z problemami na tle rasowym – tłumaczył koszykarz, który w wolnym czasie studiuje historię rasizmu w Stanach Zjednoczonych czy zapoznaje się z biografiami działaczy walczących o równość. – To pomaga w nawiązaniu lepszej relacji. Sprawia, że jest łatwiej się zaaklimatyzować, że czujesz się pewniej, gdy przebywasz wokół ludzi wyglądających tak jak ty – argumentował Grant, który w Detroit po raz pierwszy w profesjonalnej karierze jest prowadzony przez czarnoskórego trenera.

Aby zostać liderem opinii, musi być też liderem na parkiecie

– Mówiłem Jeramiemu, by przede wszystkim był sobą – przekonuje Harvey Grant, ojciec gwiazdora Pistons, który przez jedenaście lat grał w NBA. – Kiedyś mogliśmy wypowiadać się na różne tematy, ale miało to swoje konsekwencje. Teraz powtarzam dzieciom, by wykorzystywały swoją pozycję. Ich działania wpłyną nie tylko na nich, ale też na ich dzieci oraz wnuki. Biję brawo Jeramiemu, tak jak biłem LeBronowi Jamesowi, Carmelo Anthony'emu, Chrisowi Paulowi czi NBA, WNBA, NFL i MLB – dodał Grant senior.

O działaniach 26-latka po raz pierwszy szeroko usłyszeliśmy latem ubiegłego roku. Nuggets byli jedną z drużyn rywalizujących w bańce NBA na Florydzie. Podczas konferencji prasowej Jerami był pytany o to, jak spędza wolny czas, itd., jednak w każdej odpowiedzi nawiązywał do śmierci Breonny Taylor. Jego słowa nie przebiły się jednak do mainstreamowych mediów. Skrzydłowy, który pasjonuje się np. historią życia Malcolma X, wiedział, że jeśli chce stać się liderem opinii, musi być też liderem na parkiecie. I od początku tego sezonu wziął się do roboty.

Pokora i małe kroczki doprowadzają do sukcesu

26-latek w jedenastu meczach w tym sezonie zdobywał średnio 24,8 punktu (15. wynik w lidze), zbierał sześć piłek, trafiał prawie trzy rzuty za trzy punkty na bardzo dobrej skuteczności 39 proc i zdecydowanie poprawił skuteczność z rzutów wolnych z 75 do 87 proc. Grant dalej gra też czysto. W Denver był czwartą opcją w ataku, w Detroit stał się pierwszą. Jego usage (procent akcji zawodnika kończących się rzutem z gry, rzutem wolnym lub stratą) wzrosło z 18 do 26 proc., co jest najwyższym wynikiem w karierze skrzydłowego. Znacząco nie odbiło się to na liczbie traconych przez niego piłek.  – To niespotykane w przypadku zawodników, którzy byli uzupełnieniami składu i nagle stają się kluczowymi postaciami – zachwycał się Casey, który regularnie komplementuje skrzydłowego na konferencjach prasowych.

– Jerami już w Denver widział, że może odgrywać większą rolę w drużynie, jednak tam był w hierarchii za Nikolą Jokiciem, Jamalem Murrayem czy Michaelem Porterem Jr. W Detroit dostał zielone światło i radzi sobie znakomicie – mówi Staszewski. – Imponuje mi w nim to, że nie robi rzeczy, których nie umie. Nie zobaczysz go, jak próbuje kozłować między nogami w stylu Jamesa Hardena czy jak posyła podania w stylu tych LeBrona Jamesa. W karierze nauczył się pokory i robienia małych kroczków. W tym roku pokazuje się jako znakomity strzelec i można spokojnie traktować go jako zawodnika na 25 punktów na mecz, a w kolejnych latach pewnie zobaczymy jego rozwój w roli rozgrywającego. Na razie ma wokół siebie wielu kreatorów gry, ale z czasem to pewnie on będzie pomagać kolegom tworzyć pozycje rzutowe – dodaje ekspert.

Nowe wielkie trio w NBA! Tylko kiedy zagra? Jeden zaginął, a data powrotu nieznanaNowe wielkie trio w NBA! Tylko kiedy zagra? Jeden zaginął, a data powrotu nieznana

"Wiara to pierwszy krok do sukcesu"

Grant imponuje też grą w defensywie. W pełni wykorzystuje znakomite warunki fizyczne (203 cm wzrostu, 95 kg, 220 cm zasięgu) i inteligencję, za którą chwalono go w Philadelphia 76ers, Oklahoma City Thunder czy w Denver. – Ciekawy jestem, czy wytrzyma kondycyjnie cały sezon – mówi bloger. – Historycznie, koszykarze otrzymujący większą rolę w ofensywie zwykli odpuszczać w obronie. Tak było np. z Bradleyem Bealem w Washington Wizards, który dziś prowadzi w klasyfikacji strzelców NBA i który nie jest już tym samym defensorem, co dwa-trzy sezony temu. Jerami dalej stara się jednak grać po obu stronach parkietu. Grant dalej broni najlepszego gracza rywala Pistons, stara się zamykać linie podań, blokować z pomocy. Już teraz jest liderem drużyny i rośnie w oczach – przekonuje Staszewski. 

Siostrzeniec Horace’a Granta, czterokrotnego mistrza NBA z Chicago Bulls, jest dziś jednym z głównych kandydatów do zdobycia nagrody dla zawodnika, który wykonał największy postęp (MIP). Szybko udało mu się zamknąć usta krytyków, którzy pojawiali się też w Detroit. Sugerowano, że być może lepiej było zapłacić Christianowi Woodowi, którego lekką ręką oddano do Houston Rockets. Krytyka wzrosła w trakcie meczów przedsezonowych, w których 26-latek rozczarowywał i nie grał na miarę zawodnika zarabiającego 20 milionów dolarów. Dziś o nim nikt złego słowa jednak nie powie. Amerykanin jest jedną z nielicznych jasnych postaci drużyny i daje kibicom z Detroit, według badań najbardziej depresyjnego miasta w Ameryce, powody do radości i nadziei, że przyszłość zespołu rysuje się w kolorowych barwach. – Wiara jest pierwszym krokiem do odniesienia sukcesu. Ja uwierzyłem w niego, a on we mnie. Ludzi może zaskakiwać to, jak dobrze gra, ale ja się tego spodziewałem. I jestem pewny, że Jerami będzie tylko lepszy – zapowiada Weaver.