Gwiazdor NBA odnalazł się. Klub wiedział tyle, ile zobaczył na Instagramie

Choć sezon NBA startuje za trzy tygodnie, Jamesa Hardena próżno było szukać na obozie Houston Rockets. Zamiast ćwiczyć, gwiazdor NBA imprezował w Las Vegas. Objawił się dopiero we wtorek.

- Szczerze? Nie wiem, czy ta sprawa ma drugie dno. Fakt jest taki, że nie ma go z nami. Tylko on może wytłumaczyć, dlaczego. Nie chcę snuć teorii. Nie ma go i kropka. Tylko on wie, co naprawdę się dzieje - mówił w niedzielę Stephen Silas, trener Houston Rockets.

Gdzie był James Harden?

Silas wiedział, że w dniu, w którym rozpoczął się obóz przedsezonowy Rockets, nie uniknie pytań o swoją największą gwiazdę. Dlatego gdy w trakcie konferencji prasowej, chwilę po pierwszym pytaniu, jego Zoom przestał działać, trener mógł na chwilę odpocząć od presji ze strony dziennikarzy.

Ale tylko na chwilę, bo zespół techniczny szybko naprawił usterkę, łącząc trenera z dziennikarzami za pomocą innej aplikacji. - No cóż, zawsze musimy mieć w zanadrzu alternatywę - powiedział Silas.

Trener Rockets nie mógł lepiej podsumować sytuacji, w której się wtedy znalazł. Choć Rockets szykują się do nowego sezonu, największej gwiazdy zespołu wciąż nie było w Houston. I nie było wiadomo, czy i kiedy dołączy do drużyny.

Wiadomo, że zeszły tydzień Harden spędził na imprezowaniu. Najpierw bawił się na urodzinach rapera Lil' Baby (sprezentował mu torbę Prady wypełnioną ulubionymi ciasteczkami), a potem wybrał się na balangę do Las Vegas. Fani nakryli go w modnym nocnym klubie Drai's i kilku barach ze striptizem. Choć "nakryli" to niezbyt trafne słowo, bo Harden nie robił nic, by sądzić, że chce swoje zachowanie ukryć.

"Być może Harden robi po prostu to, co zwykł robić od zawsze"- pisał The Athletic, przypominając, że gracz Rockets od zawsze był typem imprezowicza, który bawił się do ostatniej chwili, a potem wskakiwał do ostatniego samolotu do Houston i skupiał się na walce o mistrzostwo.

Tym razem nieobecność Hardena - z czego zdaje sobie sprawę Silas - mogła mieć drugie dno.

Harden od dłuższego czasu nie ukrywa, że chciałby odejść z Houston. Odrzucił ofertę Rockets dotyczącą przedłużenia kontraktu za ponad 100 mln dol. za dwa kolejne lata, a przeszło miesiąc temu przyznał, że najchętniej przeniósłby się do Brooklyn Nets, aby znów zjednoczyć siły z Kevinem Durantem i razem z Kyriem Irvingiem, trenerem Stevem Nashem i jego asystentem Mikem D’Antonim - również starym dobrym znajomym - powalczyć o pierwszy w karierze mistrzowski pierścień. Zatrudnić Hardena chcieliby także w Philadelphii, choć 76ers nie chcieliby pozbywać się w zamian żadnej ze swych młodych gwiazd - Joela Embiida czy Bena Simmonsa.

"Brodacz" chce odejść do Nets

W Teksasie w nadchodzącym sezonie będzie o tytuł niezwykle trudno. Po ostatnich rozgrywkach, które poprzedzały wielkie nadzieje, a które skończyły się wielką klapą, Rockets przechodzą rekonstrukcję. Z drużyny odszedł Russell Westbrook, a dołączyli do niej John Wall i DeMarcus Cousins. Choć, jak twierdzą media, Harden początkowo ucieszył się z przyjścia Walla (a może bardziej odejścia Westbrooka), to jednak "Brodacz" zdaje sobie sprawę, że obecny skład Rockets nie daje gwarancji sukcesu. A 31-letni koszykarz, po 11 bezowocnych sezonach na parkietach NBA, nie ma już czasu, by cierpliwie czekać na kolejną szansę.

Mimo że Harden swą niesubordynacją chce wymusić transfer, to w klubie byli zszokowani jego początkową nieobecnością. Choć wszyscy zdają sobie sprawę z jego humorków, to jednak nic nie wskazywało na to, że MVP sezonu zasadniczego z 2018 r. ot tak nie przyjedzie na obóz przygotowawczy.

- Jedyną relację, jaką mam z Jamesem, jest fakt, że był on jedną z osób, które zarekomendowały mnie do tej pracy. Zakładałem, że jego relacja z Wallem będzie świetna, dlatego ta sytuacja mnie zaskoczyła. Robię jednak to, co do mnie należy, trenujemy w takim składzie, jaki mamy - rozkładał ręce trener Rockets.

Imprezował, zamiast się izolować

Harden początkowo nie kontaktował się z nikim z klubu. Władzom Rockets i fanom pozostawało interpretować to, co gracz wrzuci na swojego Instagrama - zastanawiano się m.in. co oznacza emotikonka ze wściekłą miną, którą Harden wrzucił na Instastories. "Brodacz" w końcu jednak na obóz Rockets dojechał - we wtorkowy wieczór zameldował się w siedzibie klubu. Ale niemal trzydniowym spóźnieniem wysłał jasny sygnał, że nie widzi swej przyszłości w Houston.

Wymuszanie transferu - choć niezbyt eleganckie - nie jest jeszcze łamaniem przepisów. Na razie wiadomo, że Harden złapał zasady bezpieczeństwa ustalone przez NBA. Gdy niemal wszyscy koszykarze ściśle pilnowali reguł w czasach epidemii (gracze mają izolować się przed pierwszymi meczami przedsezonowymi, na zewnątrz wychodząc tylko w pilnych sprawach), "Brodacz" latał samolotami oraz imprezował w tłumie. A że robił to bez maseczki, wydaje się tylko niewinną igraszką rozkapryszonej gwiazdy.

- Słyszałem to z kilku klubów. Ich zdaniem liga powinna zareagować i zrobić coś z tą sytuacją, bo to, co robi Harden, nie jest w porządku - powiedział w swoim podcaście dziennikarz ESPN Zach Lowe. Na razie jednak nie wiadomo, czy i jak komisarz NBA Adam Silver zdecyduje się ukarać Hardena.