Kadra bez swojego kapitana! Gortat: "To jest, k..., skandal, jakiego nie było"

Nieważne, że był kapitanem i najlepszym graczem kadry. Nieważne, że jest jednym z najlepszych koszykarzy najlepszej w Europie ligi hiszpańskiej. Adam Waczyński nie dostał powołania do reprezentacji - z powodu fochów prezesa PZKosz. - Zaczęło się wymazywanie z historii jednego z naszych najlepszych koszykarzy. To, że Waczyńskiego nie ma w kadrze, to jest, k., skandal - mówi Marcin Gortat. A reszta milczy.

Dzwonimy do jednego z reprezentantów Polski. Chcemy zapytać o nieobecność w kadrze Adama Waczyńskiego. Telefon milczy. Do kolejnego wysyłamy wiadomość z tym samym pytaniem. Odczytuje, nie odpowiada.

Gdy prosimy o stanowisko jedną z osób będących blisko reprezentacji Polski, ta rozmawia niechętnie, nie chce poruszać tematu. Na koniec prosi, by nie wspominać nawet o tym, że odmawia komentarza.

 – Na zgrupowaniu głośno się o tej sprawie nie mówi. Jeśli już, to indywidualnie, między sobą. A przecież wszyscy wiemy, jak cennym graczem dla tej drużyny byłby Adam – mówi nam jeden z graczy.

Cedzą słowa nawet byli koszykarze, niezależni eksperci. Konflikt, który niszczy polską koszykówkę, to dziś dla większości temat tabu. Jak doszło do tego, że o nieobecności jednego z najlepszych graczy w kadrze lepiej dziś milczeć?

Jak Waczyński zaczął znikać

Kadra od kilku dni jest już w Hiszpanii. Wzorem NBA, europejska federacja na mecze eliminacji mistrzostw Europy zamknęła drużyny narodowe w "bańkach". Polacy w Walencji zagrają z Rumunią (28 listopada) i dwa dni później z Izraelem.

W 13-osobowej kadrze brakuje jednak tego, który nad Morze Śródziemne miał najbliżej. Adam Waczyński – kapitan drużyny, która w zeszłym roku zajęła ósme miejsce na świecie, na co dzień gracz Malagi, jednej z najlepszych drużyn hiszpańskiej ligi ACB – stał się dla selekcjonera niewidoczny. Mike Taylor nie tylko nie wpisał 31-latka na listę powołanych, ale i przemilczał jego brak. "Zdarta płyta" – próbował kilka miesięcy temu skończyć dyskusje o Waczyńskim prezes Polskiego Związku Koszykówki Radosław Piesiewicz. O tym, dlaczego Waczyńskiego – jednego z najlepszych polskich graczy ostatniej dekady – nie ma w kadrze, nie chce wypowiadać się dziś niemal nikt – ani selekcjoner, ani przedstawiciele związku, ani jego dawni koledzy z reprezentacji. 

– Szkoda, że nie doprowadzono do sytuacji, w której prezes Piesiewicz i Waczyński usiedliby razem do stołu. Kadra gra w Walencji, to była świetna okazja, bliżej siebie już nie będą – mówi nam jedna z osób z bliskiego otoczenia kadry.

– Zaczęło się wymazywanie z historii jednego z naszych najlepszych koszykarzy. To, że Waczyńskiego nie ma w kadrze, to jest, k…, skandal, jakiego w polskiej koszykówce nie było. I proszę mnie zacytować – mówi Sport.pl Marcin Gortat. 

To właśnie konflikt Radosława Piesiewicza z Waczyńskim, wzniecony jeszcze przed mundialem w Chinach, jest powodem, dla którego koszykarz stał się persona non grata w polskiej kadrze.

Zaczęło się walką o zgrupowanie. W 2019 r. kadrowicze umówili się ze związkiem, że obóz przed mistrzostwami świata odbędzie w Trójmieście. Z prostego powodu – większość koszykarzy gra na co dzień w tamtejszych drużynach, a po trudnym sezonie i przed wyjazdem do Chin chcieli być bliżej rodzin.

Koszykarze ze związkiem byli w tej sprawie już po słowie. W ostatniej chwili działacze zmienili jednak plany – i na zgrupowanie wybrali Wałbrzych. Koszykarzom ten pomysł się nie spodobał, a w ich obronie stanął kapitan – Adam Waczyński.

To wówczas Waczyński z Piesiewiczem starli się po raz pierwszy, i to dość mocno, jak twierdzą świadkowie tamtych zdarzeń. Pojawiły się nawet informacje, że Piesiewicz przekonywał graczy, by zmienić kapitana.

Być może sprawa rozeszłaby się po kościach, gdyby nie kolejny spór, już po mistrzostwach. Związek obiecał koszykarzom milion złotych premii za awans do ćwierćfinału (skończyło się na 600 tys. dla drużyny). Ale po imprezie wypłaty wstrzymano i uwarunkowano podpisaniem kontraktu z firmą Energa, sponsorem reprezentacji. Jakby tego było mało, na poczet premii za wynik zaliczono także stypendium wypłacane zawodnikom z ministerstwa sportu. – Zawsze premie wypłacano na konto, zaraz po imprezie. O co tu chodzi? – dziwił się wtedy Marcin Gortat. Umowy nie podpisali oprócz Waczyńskiego także Mateusz Ponitka, którego w klubie sponsorował konkurencyjny dla Energi Gazprom, Dominik Olejniczak, który jako zawodnik NCAA nie mógł przyjmować pieniędzy od sponsorów, oraz AJ Slaughter. 

Ostatecznie premie wypłacono, nawet tym którzy nie podpisali umów ambasadorskich z Energą. W ratach, z potrąceniami za ministerialne stypendia, ale wypłacono.

Kiedy w styczniu kadra koszykarzy została wybrana Drużyną Roku w plebiscycie Przeglądu Sportowego, odbierający nagrodę prezes Piesiewicz zapomniał podziękować nieobecnemu na gali kapitanowi. 

Podobnych prztyczków było więcej. Waczyński - o czym pisał "Przegląd Sportowy" - a to zniknął z plakatu promującego mecze kadry, a to nie zaproszono go na promocję książki o reprezentacji, w której był jednym z głównych bohaterów...

Waczyński był rozżalony, ale nie spodziewał się, że tak potraktuje go trener. W lutym Mike Taylor nie powołał go na mecze kwalifikacji do mundialu, twierdząc, że "Waczyński postanowił odpocząć". – To kłamstwo – odpowiedział koszykarz i opublikował oświadczenie. "Nie mam już sił na tę brudną pozaboiskową rozgrywkę. (...) Nie mogę zrozumieć, skąd bierze się niechęć prezesa Piesiewicza w stosunku do mnie. (...) Być może [powodem jest] zaangażowanie w działalność Związku Zawodowego Koszykarzy tylko i wyłącznie, aby pomóc rozwinąć dyscyplinę w kraju w takim kierunku, jaki poznałem, grając 6 lat poza granicami Polski" – napisał.

Kim jest Radosław Piesiewicz?

Zawsze w kraciastej marynarce, ze starannie ułożoną fryzurą i filmowym uśmiechem. 39-letni Radosław Piesiewicz nie stroni od wywiadów, stara się być jak najczęściej na meczach kadry i ligowych.

"Zwykły karierowicz" – mówił o nim Marcin Gortat, prezes Związku Zawodowego Koszykarzy, a prywatnie przyjaciel Waczyńskiego. To właśnie trudne relacje walczącego o przywileje dla graczy Gortata z Piesiewiczem mogą przekładać się na to, co dzieje się dziś z Waczyńskim. Gortat przyznaje, że rzeczywiście "mogło zacząć się od niego". 

Prezes PZKosz jest w koszykówce człowiekiem nowym. Zanim pod koniec 2018 r. został prezesem PZKosz, był wiceprezesem w Polskim Związku Piłki Siatkowej (od 2016). Zrezygnował pod presją innych działaczy PZPS - byli zirytowani, że Piesiewicz, nie dostając nominacji do Polskiego Komitetu Olimpijskiego z ramienia PZPS (wziął ją Ryszard Czarnecki), otrzymał ją od PZKosz, mimo że w tej organizacji jeszcze formalnie nie był - pisała wówczas "Wyborcza". "To człowiek Jacka Sasina" - charakteryzował go "Newsweek". Choć sam Piesiewicz lubi powoływać się na różne kontakty, tak naprawdę nie wiadomo, czy są one prawdą, czy prezes związku jest jak bohater filmu "Konsul" - udający wielkie wpływy i roztaczający wokół siebie aurę bywalca salonów. 

Styl i sposób zachowania Piesiewicza budzi kontrowersje, ale na stanowisku jest on wyjątkowo skuteczny – do ligi przyniósł umowy sponsorskie z Energą, Suzuki, Lotosem, podpisał patronat medialny RMF FM czy kontrakt sponsorski z 4F. Robi więc to, czego nie potrafili jego poprzednicy.

Wydawać by się mogło, że koszykówka pod rządami Piesiewicza wstaje z kolan. Tym bardziej więc nie wiadomo, po co mu konflikt z kapitanem kadry?

– Przed powołaniami brak Waczyńskiego nazwałem skandalem i zdanie podtrzymuję. Zamiast rozmawiać o zbliżających się meczach, poruszamy temat, który w ogóle nie powinien się pojawić – mówi Sport.pl Jacek Łączyński, były reprezentant Polski i koszykarski ekspert.

– Oczywiście, zdarzają się sytuacje, że do reprezentacji, z różnych powodów, nie powoływani są dobrzy, czy bardzo dobrzy zawodnicy. Nie pasują mentalnie, do filozofii trenera. Ale to nie przypadek "Wacy", bo to kapitan, podstawowy gracz. Konflikt na linii prezes - zawodnik to chyba rzadkość i dziwię się, że tak długo nie można było tego rozwiązać – dodaje Łączyński. 

Waczyński rozgrywa właśnie jeden z najlepszych sezonów w karierze. W ostatnim meczu ligi ACB Unicaja ograła Estudiantes 92:90. Waczyński zdobył 15 punktów, trafiając kluczowe rzuty w ostatnich sekundach. Jest na ósmym miejscu w lidze pod względem skuteczności w rzutach za trzy (trafia 51,7 proc.), a niedawno świętował 200. mecz w ACB – lidze uważanej za najlepszą w Europie. Był również najskuteczniejszym graczem na mistrzostwach w Chinach, gdzie zdobywał średnio 15,4 pkt na mecz (Mateusz Ponitka uzyskał średnio 15,1 pkt.).

Od momentu, w którym Waczyński popadł w konflikt z prezesem związku, koszykarz stał się dla jednak niewidzialny. Także – a może przede wszystkim – dla selekcjonera Mike'a Taylora.

Taylor stracił w oczach zawodników

Taylor nie powołał Waczyńskiego już na lutowe mecze eliminacji EuroBasketu z Izraelem i Hiszpanią. – Rozmawiałem z Adamem ponad godzinę. Według mnie nie był skoncentrowany na graniu w koszykówkę. Chciałem go chronić – mówił przed kamerami TVP Sport.

Od tej chwili minęły jednak miesiące, a Taylor nie postarał się o to, by "odzyskać" dla kadry jej kapitana. Brak listopadowego powołania dla Waczyńskiego zbył milczeniem, jakby zawodnik w ogóle nie istniał.

– Taylor miał dwie opcje: albo przyklepać kiepską decyzję pracodawcy, albo się zbuntować i odejść. Z opinii krążących o nim, wiadomo, że nie jest to postać gotowa do tych drugich rozwiązań – słyszymy od jednej z ligowego środowiska. 

Amerykanin przejął kadrę w 2014 r. Drużynę pokiereszowaną, szorującą po dnie europejskich tabel, która dopiero co zakończyła mistrzostwa Europy z jednym zwycięstwem. I wyciągnął ją za uszy w górę. Był jak przybysz z obcej planety. Przyzwyczajeni do naburmuszonych, wściekających się trenerów robiliśmy wielkie oczy, gdy na każdym kroku powtarzał, że jest „very excited”. Tryskał energią. Gdy miał czas, grał w warszawskiej lidze amatorów.

Gdy minął efekt nowości, zaczęło przybywać niezadowolonych. Choć zakwalifikowaliśmy się do mistrzostw Europy w 2015 r. i dwa lata później, Taylorowi zarzucano, że marnuje najlepsze od 20 lat pokolenie w polskiej koszykówce. Nie radził sobie także w klubowej koszykówce – długo nie mógł znaleźć pracy, w końcu dostał zatrudnienie w II lidze niemieckiej. Awansował do Bundesligi, ale po roku na najwyższym szczeblu klub nie przedłużył z nim umowy.

W końcu odniósł jednak sukces spektakularny – na mundialu w Chinach w 2019 r. drużyna awansowała do ćwierćfinału. Wydawało się, że historyczny sukces będzie dla polskiej koszykówki impulsem.

Wtedy jednak dało o sobie znać polskie piekiełko. I wciągnęło także Amerykanina. – Przez całą tę sytuację Taylor stracił w oczach graczy wiele. Nie wstawił się za kapitanem drużyny, otwarcie stanął po stronie prezesa i przestał powoływać jednego ze swoich najlepszych graczy. Rzeczywistość pokazała, jaki jest jego trenerski potencjał. Poza kadrą nie może znaleźć innej pracy, nawet w polskiej lidze – tłumaczy Marcin Gortat. 

– Taylor tę sytuację mocno przeżył, zwłaszcza jako szkoleniowiec, który na pierwszym miejscu stawia dobry kontakt z graczami. W tej sprawie wiele do gadania jednak nie miał – dodaje kolejny z naszych rozmówców.

Kadrowicze o kapitanie zapomnieli

Inna sprawa, że za Waczyńskim nie wstawili się jego koledzy z drużyny. Tylko Tomasz Gielo był na tyle odważny, by w pierwszym meczu po odsunięciu Waczyńskiego od składu, zagrać w opasce kapitańskiej z napisem "Waca". 

– Wiele osób ze środowiska koszykarskiego schowało głowę w piasek. To mega słabe. Waczyński walczył o wspólne dobro, aby wszystko było załatwione, ale niestety oni później odwrócili się od niego. To smutne – mówi Gortat.

Według naszych informacji, na reprezentantów naciskano, by do tej sprawy w ogóle się nie mieszali. 

– Za moich czasów doszło do konfliktu śp. Adama Wójcika z ówczesnym prezesem Markiem Pałusem. Adam powiedział, że nie chce grać w reprezentacji. Ale to była oczywista sprawa. (Pałus miał powiedzieć, że Wójcikowi zależy na pieniądzach, a nie na kadrze). Teraz doszło do jakiegoś absurdu, w którym o powołaniu koszykarza decyduje prezes – złości się weteran polskiej koszykówki Maciej Zieliński. 

– Mam wrażenie, że zawodnicy już sami nie mają do końca pojęcia, o co poszło. Czas jednak leczy rany i wszyscy w drużynie po cichu liczą na zakończenie tego konfliktu – mówi nam jedna z osób będących blisko drużyny Mike’a Taylora.

"Waczyński nie oczekuje wiele"

O brak Waczyńskiego spytaliśmy w PZKosz, ale związek nie zamierza tej sprawy komentować. Początkowo sztab Taylora planował zwołać przedmeczową konferencję, na której Taylor mógłby sprawę wyjaśnić, ale do momentu publikacji tekstu konferencja się nie odbyła. 

– Mecze reprezentacji w Hiszpanii to była idealna okazja, by podać sobie ręce. Ale związek tę okazję widowiskowo zaprzepaścił – słyszymy od jednego z naszych rozmówców. 

Waczyński chciałby zagrać w kadrze. Nie oczekuje wiele, a na pewno nie liczy na publiczne przeprosiny. Jest realistą. Chciałby, żeby ktoś do niego zadzwonił i powiedział, że jest potrzebny kadrze. Wszyscy wiedzą, że jest. Ale telefon milczy.